W pustyni i w puszczy: Przygoda naszego dzieciństwa

Ponad 30 mln widzów w kinach i afrykańskie upały. Poznaj kulisy filmu W pustyni i w puszczy. Jak kręcono kultową superprodukcję epoki PRL?

Kinematografia epoki PRL-u wręcz uwielbiała sięgać po klasykę literatury, a dzieła Henryka Sienkiewicza były dla reżyserów prawdziwym samograjem. Zanim jednak na ekranie pojawili się Staś i Nel, polscy widzowie w latach 60. wstrzymywali oddech na „Krzyżakach” oraz „Panu Wołodyjowskim”, a w kolejnej dekadzie doczekali się „Potopu”.

Ale prawdziwa magia i duch wielkiej przygody nadeszły w bardzo szczególnym momencie. Dokładnie dzień przed słynnym meczem na Wembley, który dał reprezentacji Górskiego historyczny awans do mistrzostw świata w RFN, do kin trafiła ekranizacja „W pustyni i w puszczy”. Polacy dosłownie oszaleli na jej punkcie.

Powieść Sienkiewicza przez dekady była absolutnym fundamentem młodzieżowej klasyki. Jednak przeniesienie tej historii na taśmę filmową przez lata wydawało się misją niemal niemożliwą. Już w okresie międzywojennym na ten tytuł ostrzyły sobie zęby wytwórnie z Ameryki, Włoch czy Niemiec. Gdy jednak zagraniczni producenci stykali się z wizją brutalnej afrykańskiej logistyki, morderczym klimatem i piętrzącymi się kosztami, podliczali budżet i po cichu wycofywali się z projektu.

Dopiero na przełomie lat 60. i 70. tego karkołomnego zadania podjęła się polska kinematografia, oddając stery Władysławowi Ślesickiemu. Wybór tego reżysera, człowieka z bogatym dorobkiem dokumentalnym, słynącego z niezwykłej wrażliwości na piękno obrazu i detal, okazał się strzałem w dziesiątkę i wyznaczył niemal poetycki ton całej adaptacji.

Od sienkiewiczowskiej powieści do filmowego scenariusza

Kiedy Władysław Ślesicki siadał do pisania scenariusza, stanął przed nie lada wyzwaniem. Literacki oryginał powstał przecież w zupełnie innej epoce – w czasach, gdy mocarstwa europejskie bez pardonu dzieliły Afrykę między siebie, a dziewiętnastowieczny eurocentryzm i kolonialny punkt widzenia były czymś naturalnym.

Ślesicki doskonale wiedział, że przeniesienie książki na ekran „jeden do jednego” po prostu nie przejdzie. Postawił więc na świadomą ewolucję materiału: wyciszył utarte rasowe stereotypy, a na pierwszy plan wysunął humanizm i niesamowite piękno afrykańskiej przyrody. Zamiast powielać protekcjonalne spojrzenie z epoki, film wyraźnie przywrócił podmiotowość i godność mieszkańcom Afryki. Symbolicznym wręcz manifestem tej zmiany stały się wypowiedziane na ekranie słowa: „Oni są przecież u siebie”, które idealnie połączyły klasyczną powieść przygodową z nową wrażliwością.

Prace nad filmem trwały od 1971 do 1973 roku, a sam obraz szybko zyskał status jednej z najbardziej skomplikowanych logistycznie superprodukcji w dziejach polskiego kina.

Konstrukcja fabularna i adaptacyjne modyfikacje

Akcja filmu przenosi nas do roku 1885, w samo serce afrykańskiego piekła, czyli krwawego Powstania Mahdiego w Sudanie. Czternastoletni Staś Tarkowski i ośmioletnia Nel Rawlison, dzieci inżynierów pracujących przy Kanale Sueskim, zostają podstępnie uprowadzeni z Port Saidu. Za intrygą stoi Beduin Smain, który chce wymienić dzieci na uwięzioną przez Brytyjczyków żonę Fatmę. Wędrując z porywaczami – Gebhrem, Idrysem i zdradzieckim Chamisem – przez bezkresną pustynię, dzieci na własne oczy widzą dramat wojny i upadek Chartumu.

Przełom następuje w wąwozie. To moment, który każdemu z nas zapadł w pamięć: Staś dostaje do rąk sztucer, by zabić atakującego lwa, ale zamiast tego błyskawicznie kieruje lufę w stronę porywaczy. Jednym strzałem odmienia losy całej grupy, uwalniając Nel oraz dwójkę czarnoskórych służących – Kalego i Meę.

Od tej chwili zaczyna się dramatyczna i długa epopeja przez nieznany i dziki kontynent w stronę Oceanu Indyjskiego. Jest tu wszystko, co kształtowało naszą dziecięcą wyobraźnię: uwięziony w rozpadlinie słoń King, przerażający atak febry u Nel i uratowanie jej w ostatniej chwili dzięki chininie od umierającego geografa Lindego.

Warto jednak zauważyć, że filmowy scenariusz nie był kopią książki. Twórcy sprawnie podkręcili tempo, dostosowując opowieść do reguł nowoczesnego kina akcji. Rozbudowano wątki obyczajowe (kto z nas nie pamięta uroczych i humorystycznych zalotów Kalego do Mei), ale najpoważniejszą zmianę przeszedł sam finał. W filmie Staś nie czeka biernie na nadejście ratunku, ale bierze aktywny udział w bitwie z ludźmi Smaina i łowcami niewolników, broniąc wioski Wa-hima. Z lekko pomnikowego chłopca z powieści Ślesicki stworzył prawdziwego bohatera z krwi i kości.

Główne postaci oraz obsada aktorska

Znalezienie odpowiednich aktorów do tej ekranizacji graniczyło z cudem. Reżyser musiał połączyć dojrzały warsztat gwiazd polskiej sceny teatralnej ze świeżością dziecięcych naturszczyków, a do tego dołożyć autentyzm aktorów z Afryki i Bliskiego Wschodu.

Poszukuje się chłopca w wieku 14-17 lat o wzroście 165 do 175 cm i dziewczynki w wieku 9-12 lat w granicach 140-155 cm wzrostu.

Poszukiwania Stasia i Nel urosły w PRL-u do rangi prawdziwego narodowego wydarzenia. Do castingów stanęła gigantyczna armia chętnych. O rolę Stasia walczyło blisko 2000 chłopców, a o postać Nel ponad 5000 dziewcząt.

Wygrał szesnastoletni wówczas licealista Tomasz Mędrzak, który stworzył postać chłopca niezwykle dojrzałego, odpowiedzialnego i odważnego, ale i pełnego chłopięcej wrażliwości.

Od wejścia zrozumiałem, że nie mam żadnych szans na rolę, bo kręciło się tam z pięćdziesięciu Stasiów.

— Tomasz Mędrzak

Z kolei małą Nel zagrała ośmioletnia Monika Rosca, uczennica szkoły muzycznej. Jej naturalność, delikatność i dziecięca niewinność przed kamerą sprawiły, że widzowie od razu ją pokochali.

Kwalifikacje trwały około sześciu miesięcy. Często jeździłyśmy z mamą do stolicy, mieszkałyśmy w hotelu, to była dla mnie niezapomniana przygoda. Początkowo zakładano, że Nel będzie nieco starsza, ale w końcu wybrano właśnie mnie.

— Monika Rosca

W postacie ojców wcieliły się wielkie osobowości: Edmund Fetting jako George Rawlison nadał swojej roli brytyjską elegancję i dystans skrywający ojcowską troskę, Zygmunt Maciejewski zagrał geografa Lindego, a Zygmunt Hobot podstępnego Greka Kaliopulego.

Z rolą ojca Stasia wiąże się zresztą niezwykle poruszająca i smutna historia. Stanisław Jasiukiewicz, który wcielał się we Władysława Tarkowskiego, zmagał się z ciężką chorobą i zmarł przed zakończeniem zdjęć. Aby dokończyć film, w ujęciach kręconych z tyłu zastępował go kierownik produkcji Jerzy Laskowski, a głosu postprodukcyjnie użyczył Jerzy Kamas, który z szacunku dla zmarłego kolegi poprosił, by nie umieszczać jego nazwiska w napisach końcowych.

Prawdziwym strzałem w dziesiątkę było też zaangażowanie naturszczyków z Sudanu oraz zawodowych aktorów z Egiptu. Role Kalego i Mei zagrali Emos Bango oraz Malija Mekki. Ich ekranowy luz, swoboda i naturalny urok całkowicie przełamały sztywne schematy i dały opowieści mnóstwo ciepła. Z kolei egipscy aktorzy genialnie wcielili się w porywaczy i mahdistów: Ahmad Hegazi stworzył przerażająco okrutnego Gebhra, Ibrahim El-Shamy zagrał Idrysa, Ahmed Marei – Chamisa, a charyzmatyczny Abd El Menan Abu El Fatouh wcielił się w samego Mahdiego.

Gdzie kręcono „W pustyni i w puszczy”?

To nie były czasy komputerowych efektów specjalnych ani zielonych ekranów. Jeśli film miał dziać się w Afryce, trzeba było tam po prostu pojechać. Prace na planie trwały od 1971 do 1973 roku, a ekipa filmowa kręciła w autentycznych plenerach Egiptu, Sudanu i Bułgarii.

Przygoda rozpoczęła się pod koniec 1971 roku w Egipcie. To tam powstały otwierające sceny w Port Saidzie, gwarne ujęcia z ulic Kairu oraz pierwsze kilometry morderczej przeprawy przez pustynię. Następnie ekipa przeniosła się do Sudanu, gdzie w obiektywie kamery uchwycono bezkresną sawannę, gęstą roślinność podzwrotnikową oraz prawdziwe wioski, tworzące niezwykle autentyczne tło dla drugiej części wędrówki. Z kolei w Bułgarii zrealizowano najbardziej skomplikowane i niebezpieczne sekwencje wymagające precyzyjnej pracy ze zwierzętami i specyficznego ukształtowania terenu. To właśnie tam nakręcono m.in. dramatyczną ucieczkę w wąwozie, słynne starcie z lwem oraz wszystkie wzruszające ujęcia ze słoniem Kingiem.

Dzięki doświadczeniom z planu nieźle się zahartowałam. Kiedy ma się dziewięć lat i trzeba jeździć na koniu, słoniu czy wielbłądzie, długi czas siedzieć na drzewie, znosić upał lub polewanie lodowatą wodą, to ma się już odporność na całe życie.

— Monika Rosca

Przez dekady wielu widzów było święcie przekonanych, że pustynne sceny kręcono na ruchomych wydmach w Słowińskim Parku Narodowym koło Łeby. Choć polskie wydmy faktycznie „grały” egzotyczne krajobrazy w wielu innych produkcjach (jak choćby w „Seksmisji” czy „O dwóch takich, co ukradli księżyc”), to w przypadku „W pustyni i w puszczy” ani jeden kadr nie powstał w Polsce. Twórcy byli bezkompromisowi i cały materiał zrealizowali wyłącznie w Afryce oraz na Bałkanach.

Kulisy produkcji, rozwiązania techniczne i oprawa artystyczna

Realizacja tak gigantycznego przedsięwzięcia na początku lat 70. wymagała od polskiej ekipy niezwykłej pomysłowości. Egzotyczny klimat, tropikalne upały i choroby dawały się wszystkim mocno w kość, a do tego dochodziła praca na planie z żywymi zwierzętami, co zawsze jest realizacyjnym koszmarem.

Czy wiedzieliście, że wierny pies Saba miał na planie dublera? W rolę tego czworonoga wcieliły się dwa płowe dogi niemieckie – Łoś i Apacz. Za ich przygotowanie odpowiadał słynny pułkownik Franciszek Szydełko, ten sam genialny treser, który wyszkolił kultowego Szarika z „Czterech pancernych i psa”. Pustynne słońce tak mocno rozgrzewało piasek, że psiakom groziło poparzenie łap. Aby temu zapobiec, uszyto dla nich specjalne skórzane buty ochronne.

Z kolei filmowy słoń King wcale nie pochodził z afrykańskiej dziczy. Zagrała go indyjska słonica Tara, wypożyczona z bułgarskiego cyrku. Słonie indyjskie są znacznie łagodniejsze i łatwiejsze we współpracy z ludźmi niż ich afrykańscy kuzyni, dzięki czemu niemiecki treser mógł bezpiecznie pokierować zwierzęciem w słynnych scenach z udziałem małej Nel.

Twórcy z niesamowitą pieczołowitością dbali też o rekwizyty. W filmie pojawiły się prawdziwe perełki z epoki, na czele z autentycznym XIX-wiecznym sztucerem myśliwskim oraz unikalnym wydaniem „Pana Tadeusza” z 1844 roku.

Reżyser Władysław Ślesicki nie był do mnie w stu procentach przekonany. Napisałem muzykę typu hollywoodzkiego, tak mi się przynajmniej wydawało, a on może oczekiwał czegoś innego? Wstawił się za mną Bogusław Lambach, fantastyczny operator, umiał zdjęciami oddać całą poetykę Afryki. Chciałem, żeby moja muzyka nie zepsuła tych obrazów, żeby była wzruszająca, zachowała piękno płynące z tej opowieści. Trzeba mieć dużo wyobraźni i intuicję.

— Andrzej Korzyński

A do tego ta genialna muzyka. Andrzej Korzyński stworzył cudowną, ilustracyjną ścieżkę dźwiękową, łącząc potęgę orkiestry symfonicznej z etnicznymi, afrykańskimi rytmami. Wisienką na torcie była promująca film piosenka „Gwiazda dnia” ze słowami Marka Dutkiewicza, zaśpiewana przez zespół 2+1. Utwór błyskawicznie stał się wielkim przebojem, który do dziś budzi natychmiastowe skojarzenie z tym filmowym arcydziełem.

Film kinowy a miniserial telewizyjny

Gigantyczny sukces kinowy sprawił, że twórcy postanowili iść za ciosem i podarować widzom coś specjalnego. Tak powstał czteroodcinkowy miniserial pod tym samym tytułem, który zadebiutował na małych ekranach dokładnie w Boże Narodzenie, 25 grudnia 1974 roku.

Obie wersje montowano równolegle, czerpiąc garściami z gigantycznego materiału zdjęciowego zgromadzonego podczas trzech lat spędzonych w Afryce i Bałkanach. Ślesicki nie szedł na łatwiznę. W wersji telewizyjnej wykorzystał zupełnie inne duble tych samych scen, zmodyfikował dialogi i nadał całości zupełnie inny rytm.

Telewizyjny format pozwolił opowieści oddychać. Widzowie przed czarno-białymi i kolorowymi odbiornikami mogli zachwycać się długimi, malowniczymi ujęciami afrykańskich krajobrazów, zgłębić skomplikowane tło historyczne Powstania Mahdiego czy jeszcze mocniej poczuć niezwykłą więź, jaka połączyła Stasia i Nel z Kalim i Meą.

Rezonans kulturowy „W pustyni i w puszczy”

Superprodukcja Władysława Ślesickiego to bez wątpienia jedno z najważniejszych i najbardziej spektakularnych osiągnięć w historii polskiego kina popularnego. Frekwencja w kinach (ponad 30 milionów widzów) zwala z nóg do dziś. To nie był po prostu hit, a absolutny fenomen społeczny, którym żyła cała Polska. Co ciekawe, film zyskał uznanie także poza naszymi granicami, zdobywając w 1974 roku we Włoszech prestiżową nagrodę „Oscar Italy” oraz wyróżnienia dla młodych aktorów w Czechosłowacji.

Niezwykły sukces tej adaptacji wynikał z idealnego połączenia realizacyjnego rozmachu z niezwykłą wrażliwością estetyczną reżysera. Przenosząc na ekran sienkiewiczowską klasykę, Ślesicki stworzył widowisko olśniewające wizualnie, oparte na autentyzmie afrykańskich plenerów i mądrym, wyważonym uwspółcześnieniu powieściowych wątków.

Dla całego pokolenia wychowanego w PRL-u „W pustyni i w puszczy” – czy to w wersji kinowej, czy podczas świątecznych powtórek miniserialu w telewizji – stało się czymś więcej niż tylko filmem. To zapach kinowej sali z tamtych lat, niedzielne emocje przed telewizorem i niezatarta pamiątka wielkiej, dziecięcej przygody, która na zawsze wpisała się w kanon naszej popkultury.

Wojciech Płusa

Wojciech Płusa

Szperam w programach TV z PRL jak archeolog – wyciągam serialowe skarby, audycje i ciekawostki. Codziennie dorzucam felieton i szczyptę nostalgii. Jeśli podoba Ci się to, co robię, postaw mi kawę. Po dobrej kawie działam lepiej niż Unitra na bateriach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *