Seksmisja – świat bez mężczyzn okiem Juliusza Machulskiego

Czy Seksmisja to tylko komedia, czy genialna satyra na system totalitarny? Symbolika filmu Machulskiego. świat bez mężczyzn i kultowe teksty.

Gdyby w 1983 roku ktoś powiedział widzom stojącym w kilometrowych kolejkach do kas, że idą na wnikliwe studium totalitaryzmu, pewnie połowa z nich wróciłaby do domu. Ale Juliusz Machulski zrobił coś genialnego: pod przykrywką komedii science fiction i paru odważniejszych scen, które elektryzowały męską część publiczności, przemycił bombę z opóźnionym zapłonem.

„Seksmisja” to niby tylko futurystyczna wizja świata bez samców, ale tak naprawdę to bezlitosna jazda po mechanizmach manipulacji, którą każdy Polak podświadomie czuł pod skórą. Powstała w dusznej atmosferze schyłkowego PRL-u, łącząc brawurowy humor z polityczną satyrą tak celną, że do dziś – mimo upływu dekad – wciąż śmiejemy się z tego samego. I wciąż tak samo nas to uwiera.

Architektura idei, czyli jak genetyka spotkała się z humorem

Po sukcesie Vabanku Machulski mógł wszystko. Zamiast jednak iść wydeptaną ścieżką, postanowił zagrać va banque (nomen omen) i wejść w świat science fiction. Ale nie interesowały go gwiezdne wojny, lecz biologia. Wszystko zaczęło się od niewinnej lektury książki popularnonaukowej „Perspektywy XXI wieku”. To w niej reżyser wyczytał o partenogenezie, czyli dzieworództwie. Tak narodził się fundament „Seksmisji” – wizja świata, w którym facet jest eksponatem w muzeum, a dzieci zamawia się w laboratorium.

W latach 80. byłem gówniarzem otoczonym mądrzejszymi od siebie. Dzięki nim dobry pomysł dostawał wiatru w żagle. Kiedy napisałem pierwszy draft „Seksmisji”, ludzie obok – jak operator Jurek Łukaszewicz czy scenograf Janusz Sosnowski – podpowiadali: pociągnij to dalej. Odnieś to do świata, w którym żyjemy. Powiedziałem: jasne. I ubrałem dziewczyny jak Africa Korps, żeby zrobiło się bardziej militarnie.

— Juliusz Machulski w wywiadzie dla Wyborcza.pl – „Machulski: Otaczają nas gliździory”, 24.12.2008

Pisanie scenariusza (wspólnie z Pavlem Hajným i Jolantą Hartwig-Sosnowską) było jak projektowanie nowej religii. Twórcy musieli wymyślić całą mitologię od zera, by była na zmianę komiczna i przerażająco sensowna. Wybrali daty, które wtedy brzmiały jak głęboka przyszłość: hibernacja w 1991 roku i pobudka w 2044.

Maks i Albert – nasi przewodnicy po tym nowym wspaniałym świecie – trafiają w sam środek koszmaru (lub marzenia, zależy jak patrzeć). Wojna nuklearna, mityczna bomba M niszcząca tylko męskie geny i ucieczka pod ziemię. Tak powstało hermetyczne państwo, w którym Ligia Kobiet stworzyła idealny system totalitarny. System, który nasi bohaterowie postanowią – w swoim stylu – zdemolować.

Przyszłość z odzysku: Jak zbudowano rok 2044 w czasach kartek na mięso

Zrobić film science fiction w Hollywood to wyzwanie, ale zrobić go w Polsce lat 80., gdzie brakowało wszystkiego od gwoździ po papier toaletowy? To już wyższa szkoła jazdy. Scenograf Janusz Sosnowski musiał dokonać cudów, by podziemne miasto nie wyglądało jak piwnica bloku z wielkiej płyty.

Ratunkiem okazała się Wieliczka. Ciemne, surowe korytarze kopalni soli, odpowiednio podświetlone, stały się idealną bazą dla futurystycznej metropolii. Co ciekawe, ekipa filmowa zapłaciła kopalni w naturze: zostawili tam deficytowe kilometry kabli elektrycznych, które potem przez lata służyły turystom. Można więc powiedzieć, że dzięki Maksowi i Albertowi w Wieliczce w końcu nastała jasność!

Ale obraz to nie wszystko. Za klimat odpowiadała też ekipa „rodzinna” i sprawdzeni fachowcy:

  • Muzyka: Henryk Kuźniak – nadworny kompozytor Machulskiego, zmiksował elektronikę z klasyką. Efekt? Muzyka brzmi tak sterylnie i nienaturalnie, że od razu czuć chłód podziemnego laboratorium.
  • Zdjęcia: Za kamerą stanął Jerzy Łukaszewicz (prywatnie brat Olgierda, czyli filmowego Alberta). To on wyczarował te monumentalne kadry w ciasnych kopalnianych dziurach.
  • Moda jutra: Małgorzata Braszka ubrała kobiety w plastik i geometrię. Mundury Ligi Kobiet nie tylko świetnie wyglądały, ale od razu pokazywały, kto tu rządzi, a kto tylko pilnuje porządku. To była wizja mody utylitarnej, która o dziwo, do dziś wygląda stylowo.

Duet marzeń i kobieca ręka (nie zawsze) żelazna

Siłą napędową Seksmisji nie są lasery ani efekty specjalne, ale chemia między dwiema postaciami, których dzieli absolutnie wszystko.

Maksymilian Paradys (niezapomniany Jerzy Stuhr) to archetyp polskiego króla życia i cwaniaka. Gość ma instynkt przetrwania godny szczura, a każdą katastrofę traktuje jak okazję do zrobienia interesu lub podrywu. To właśnie Stuhr, często improwizując na planie, dorzucił do scenariusza te wszystkie teksty, które do dziś cytujemy na imieninach.

Dla równowagi mamy Alberta Starskiego (Olgierd Łukaszewicz). To poczciwy intelektualista, który zamiast kombinować, próbuje zrozumieć regulamin. Ich relacja to klasyczny „buddy movie” – zaczynają od kłótni o to, kto kogo wkręcił w hibernację, a kończą na twardej, męskiej solidarności w świecie, który chce ich znaturalizować.

Ale co z paniami? Tu casting był równie precyzyjny:

  • Lamia Reno (Bożena Stryjkówna): Łagodna twarz systemu. Jako archeolog grzebie w przeszłości i – ku swojemu zdziwieniu – odkrywa, że samiec wcale nie jest taki straszny, jak go malują w podręcznikach.
  • Emma Dax (Bogusława Pawelec): Ambitna karierowiczka z sekcji Genetix. Zimna, konkretna i gotowa piąć się po szczeblach władzy po trupach (albo po hibernatach).
  • Tekla (Hanna Stankówna) i Berna (Beata Tyszkiewicz): To już czysty, biurokratyczny beton. Uosobienie władzy, która nie znosi sprzeciwu i kocha procedury.

I na koniec – wisienka na torcie. Jej Ekscelencja. Obsadzenie Wiesława Michnikowskiego w roli najwyższej władczyni kobiet było ruchem genialnym. Ten niski, dystyngowany pan z głosem Barbary Wałkówny to chodzący dowód na to, że każdy totalitaryzm jest ufundowany na gigantycznym kłamstwie i hipokryzji. Jak to szło? Liga broni, Liga radzi, Liga nigdy cię nie zdradzi? No, niekoniecznie.

Podziemia pełne kamer, czyli PRL w krzywym zwierciadle

Choć akcja filmu dzieje się w 2044 roku, każdy widz w 1984 roku wiedział, że tak naprawdę patrzy przez okno, a raczej na brak tego okna. Państwo Ligi Kobiet to nic innego jak totalitaryzm w pigułce doprawiony szczyptą futurystycznego plastiku. Mamy tu wszystko, co znaliśmy z autopsji: monopol na jedyną słuszną prawdę, partyjne gierki (frakcje Archeo kontra Genetix) i wszechobecną biurokrację, która potrafi człowieka wymazać jednym podpisem.

Największą frajdę sprawiało Machulskiemu wyśmianie propagandy i rewizjonizmu. Sceny, w których dowiadujemy się, że Kopernik była kobietą, a Einstein… też była kobietą, do dziś wywołują salwy śmiechu. Ale to śmiech przez łzy, bo to genialna metafora wycinania z historii wszystkiego, co nie pasuje do aktualnej linii partii. Hasło „Samiec twój wróg”, wbijane do głowy od przedszkola, to podręcznikowy przykład tworzenia wroga ludu, byle tylko zjednoczyć społeczeństwo wokół władzy.

Dla Polaków żyjących w cieniu stanu wojennego, świat z „Seksmisji” był boleśnie bliski:

  • Permanentna inwigilacja!: Kultowy okrzyk Stuhra to nie tylko żart, ale też opis rzeczywistości pełnej podsłuchów i czujnych oczu sąsiadów.
  • Limity tlenowe: Czy można wymyślić lepszą metaforę życia w bloku wschodnim niż reglamentacja powietrza?
  • Brak wyjścia: Bohaterowie zamknięci w sterylnym bunkrze bez okien czuli dokładnie to samo, co ludzie marzący o paszporcie i wyjeździe na Zachód.

Machulski jednak mruga do nas okiem: nawet najbardziej szczelny system, pilnowany przez armię służbistek, ma swoje słabe punkty. Wystarczy odrobina cwaniactwa, ludzka przekora i… no cóż, chęć sprawdzenia, co jest za elektryczną barierą.

Wojna z cenzurą: Jak wykiwać smutnych panów z Mysiej?

Droga „Seksmisji” na ekrany nie była usłana różami, a raczej najeżona nożyczkami Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Machulski, stary wyga, zastosował jednak genialną strategię kontrolowanego pożaru. Nakręcił na przykład scenę, w której Maks pokazuje palcami znak „V” (symbol „Solidarności”) licząc na to, że cenzor rzuci się na to jak pies na kość, a w zamian odpuści inne, subtelniejsze szpile wbite w system.

Czasem jednak walka o dialogi przypominała absurdalny skecz:

  • Czeski błąd: Pamiętacie scenę w windzie podczas ucieczki? Pierwotnie kontrola graniczna mówiła po czesku. Cenzura uznała to za zbyt czytelną kpinę z bratnich narodów RWPG. Wynik? Przerobiono ich na Niemców z RFN, bo z zachodniego sąsiada można było drwić do woli.
  • Geopolityczny żart wszech czasów: „Kierunek – wschód! Tam musi być jakaś cywilizacja!”. To zdanie było dla Polaków jak policzek wymierzony Wielkiemu Bratu z ZSRR. Choć oficjalnie miało wylecieć z filmu, Machulskiemu udało się je przemycić do większości kopii. W kinach to zdanie zawsze kwitowane było salwą śmiechu i brawami.

A jak to wyglądało u sąsiadów? W Związku Radzieckim film przeszedł brutalną operację plastyczną. Wycięto blisko 40 minut. Poleciała niemal cała erotyka i wszystko, co mogło kojarzyć się z wyśmiewaniem socjalizmu. Nawet tytuł wydał się zbyt groźny, więc zmieniono go na grzeczne „Nowyje Amazonki”. Efekt? Mimo tych wszystkich cięć, radziecka publika i tak oszalała na punkcie Maksa i Alberta. Przed ekranami zasiadło 40 milionów ludzi. To dowód na to, że dobrego humoru nie zabije żadna cenzorska pieczątka.

Prucie swetra i „nas tu byli”: Cuda na planie

Produkcja „Seksmisji” to materiał na oddzielny film. Działy się tam rzeczy, które dziś nazwalibyśmy kreatywnym hackingiem. Wiedzieliście, że w obsadzie miał się pojawić sam Adam Słodowy? Legendarny majsterkowicz ze „Zrób to sam” nagrał scenę, w której uczył kobiety robić sweter na drutach w ekspresowym tempie. Jak to zrobiono? Słodowy po prostu pruł gotowy ciuch, a Machulski puścił taśmę od tyłu. Magia telewizji w służbie feminizmu przyszłości! Niestety, scena wyleciała w montażu, bo film i tak był już za długi.

Anegdoty o dialogach to już legenda. Wiele z nich powstało „na czuja”:

  • „Nasi tu byli!”: Kultowy tekst na widok butelki po tanim winie to czysta improwizacja Jerzego Stuhra. Poczuł klimat lasu i po prostu to wypalił. Machulski był tak zachwycony, że nie mogło być innej wersji.
  • „Nie przy jedzeniu, jak Boga kocham!”: To z kolei szybki strzał reżysera, który idealnie podsumował absurdalną sytuację, w której znaleźli się nasi bohaterowie.

Nie było też lekko w terenie. Skażoną powierzchnię Ziemi udawały ruchome piaski w Łebie. To tam ekipa walczyła z wiatrem i piachem w zębach, żeby nakręcić moment, w którym bocian staje się dla Maksa i Alberta symbolem wolności (i dowodem na to, że władza ich bezczelnie okłamywała).

Z kolei luksusowa willa Jej Ekscelencji, która tak kłuła w oczy na tle ciasnych bunkrów, to nie dekoracja w studiu, a zabytkowy budynek w Łodzi (ul. Raduńska). Do dziś stoi i przypomina, że elity zawsze wiedziały, jak urządzić się wygodnie, nawet jeśli reszta świata musiała żyć pod ziemią.

Od „Stuhryzmów” do kulturowych kodów

Mało który film potrafi tak wejść do potocznej mowy, by jego cytaty żyły własnym życiem przez kolejne 40 lat. Dziś nawet dzieciaki, które nie widziały ani minuty dzieła Machulskiego, krzyczą: „Ciemność, widzę ciemność!”, gdy zgaśnie światło, albo kwitują kłopoty krótkim: „Ciemność widzę”. To już nie są tylko linijki ze scenariusza – to nasze narodowe kody kulturowe.

Siła tych tekstów brała się z genialnego zderzenia dwóch światów:

  • Uliczny spryt Maksa: To język faceta, który w PRL-u potrafił załatwić wszystko. Kiedy on prosi o możliwość zadzwonienia na miasto albo dopytuje o małżonkę w świecie, gdzie małżeństwo to przeżytek, iskrzy tak, że nie trzeba efektów specjalnych.
  • Wysokie C i partyjna nowomowa: Liga Kobiet mówi językiem urzędowym, sztywnym i pełnym patosu. I tu pojawia się Albert, nasza ostoja spokoju i nauki. W momencie największego kryzysu to właśnie jemu puszczają nerwy, co owocuje legendarnym sprowadzeniem Maksa do parteru: „No wiesz! Nasza cywilizacja zawaliła się w gruzy, a tobie tylko dupy w głowie!”. To, że te słowa padają z ust ułożonego Alberta, a nie cwaniaka Maksa, do dziś bawi do łez.

Ale Machulski poszedł dalej. On bezlitośnie sparodiował język socrealizmu. Slogany w stylu „Samiec twój wróg” czy „Sekcja specjalna zawsze lojalna” biły prosto w bębenek ówczesnej propagandy.

Widz w kinie czuł się bezpiecznie, bo formalnie śmiał się z babskiego państwa, ale podświadomie puszczał oko do sąsiada z fotela obok. „Seksmisja” była najlepszym wentylem bezpieczeństwa, bo pozwalała wyśmiać absurdy systemu, nie lądując przy tym na przesłuchaniu.

Od skandalu w USA po komedię stulecia w Polsce

Gdybyście zapytali o „Seksmisję” widza w Nowym Jorku, pewnie wzruszyłby ramionami i wspomniał o „dziwnym filmie z Polski o nagich kobietach”. Na Zachodzie dzieło Machulskiego (znane tam jako „Sexmission”) często wpadało do szufladki z napisem „europejskie kino erotyczne”. Co gorsza, amerykańskie feministki nie zostawiły na nim suchej nitki. Zarzucano Machulskiemu manipulację i szkodliwe stereotypy.

Zarzucały mi manipulowanie emocjami, bo w czasie filmu były po stronie mężczyzn i postulowały, żeby zakazać wyświetlania „Seksmisji”. Uważały, że jest ona tak seksistowska, jak rasistowskie były „Narodziny narodu” Davida Warda Griffitha. Wtedy nie bardzo jednak wiedziałem, o co im chodzi i tłumaczyłem im, że żyjemy w Polsce w systemie totalitarnym i seks w filmie jest tylko zasłoną dymną.

— Juliusz Machulski w wywiadzie dla Onet.pl – „Pot na manewrach, krew w boju – wywiad z Juliuszem Machulskim”

To, czego nie zrozumiały aktywistki z USA, doskonale czuli nasi sąsiedzi z bloku wschodniego. W Czechosłowacji czy na Węgrzech film miał status arcydzieła. Tam nikt nie musiał tłumaczyć, że bomba M i podziemne bunkry to metafora życia za żelazną kurtyną. Dla Pragi czy Budapesztu Maks i Albert byli bohaterami walki z systemem, a nie seksistowskimi reliktami.

W Polsce werdykt mógł być tylko jeden. Czytelnicy kultowego pisma „Film” uznali „Seksmisję” za Polską Komedię Stulecia. Film wyprzedził wszystkie inne hity, stając się czymś więcej niż tylko kinową rozrywką. Dziś analizują go socjologowie i filozofowie, badając granice manipulacji i naszą naturę. Mimo że mury upadły, a my nie żyjemy już w podziemiach Wieliczki, pytania o to, jak łatwo dać się zamknąć w nowej utopii, wciąż pozostają boleśnie aktualne.

Dlaczego „Seksmisja” wciąż działa?

Sukces filmu Machulskiego to nie przypadek, ale efekt idealnego zgrania trzech elementów: zegarmistrzowskiej precyzji scenariusza, genialnej chemii między Stuhrem a Łukaszewiczem oraz odwagi, by o beznadziei PRL-u opowiedzieć językiem komedii. Juliusz Machulski stworzył filmowy majstersztyk, który bawi na najprostszym poziomie, a jednocześnie serwuje intelektualną ucztę tym, którzy lubią czytać między wierszami.

Cała ta historia – od hibernacji po ucieczkę – to klasyczny schemat odkrywania prawdy, który płynnie przechodzi od farsy do dramatu o wolności. Finałowa scena na powierzchni, z kultowym już bocianem i odkryciem, że świat wcale nie jest skażony, to jedno z najbardziej optymistycznych zakończeń w naszej kinematografii. To jasny sygnał: każda, nawet najbardziej opresyjna dyktatura, prędzej czy później musi pęknąć, gdy zderzy się z naturą i prawdą.

„Seksmisja” to dowód na to, że największa kreatywność rodzi się w bólach, między cięciami cenzury a pustkami w budżecie. Dzięki sprytowi twórców, którzy potrafili przemycić wolnościowe przesłanie w jednym geście czy zdaniu, film stał się mostem łączącym pokolenia. Jako nasza Komedia Stulecia nie tylko dokumentuje lęki minionej epoki, ale wciąż pełni rolę strażnika. Przypomina nam, że każda władza, która w imię wyższych celów chce nam meblować życie i odbierać prawo do bycia sobą, zasługuje na to, by ją po prostu wyśmiać.

Wojciech Płusa

Wojciech Płusa

Szperam w programach TV z PRL jak archeolog – wyciągam serialowe skarby, audycje i ciekawostki. Codziennie dorzucam felieton i szczyptę nostalgii. Jeśli podoba Ci się to, co robię, postaw mi kawę. Po dobrej kawie działam lepiej niż Unitra na bateriach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *