Jak telewizja celebrowała święta państwowe w PRL?

Święta państwowe w PRL jako narzędzie propagandy – 1 maja, 9 maja, 22 lipca i 7 listopada oraz rola telewizji w kreowaniu rzeczywistości.

Po 1944 roku w Polsce zmieniło się nie tylko państwo. Zmieniono również kalendarz. A wraz z nim – rytm zbiorowego życia. Nowa władza doskonale rozumiała, że kto kontroluje święta, ten kontroluje pamięć. A kto kontroluje pamięć – ten kształtuje tożsamość.

Wprowadzenie nowego „systemu świątecznego” nie było więc drobną korektą administracyjną. Było aktem świadomej inżynierii społecznej. Trzeba było zbudować nowe sacrum – polityczne, świeckie, podporządkowane ideologii. Takie, które zastąpi narodowo-religijny rytm II Rzeczypospolitej.

W tej operacji ogromną rolę odegrała telewizja. To ona transmitowała pochody, akademie, przemówienia. To ona pokazywała tłumy z flagami, transparentami i uśmiechniętymi twarzami przodowników pracy. To ona – rok po roku – utrwalała obraz jedności narodu.

Święta państwowe w PRL nie były tylko dniami wolnymi. Były spektaklem. A telewizja stała się jego najważniejszą sceną.

Święta w systemie socjalistycznym

W teorii święto to dzień wyłączony z codzienności – czas odpoczynku, refleksji, wspólnoty. W Polsce Ludowej pojęcie to przeszło jednak wyraźną metamorfozę. Święto nie było przestrzenią wolności. Było przestrzenią mobilizacji.

Aparat władzy operował rozbudowanym kalendarzem – około 70 różnych rocznic i uroczystości. Tylko nieliczne dawały wolne od pracy, ale niemal wszystkie wymagały odpowiedniej oprawy: akademii, dekoracji, referatu, gazetki ściennej, obowiązkowej obecności delegacji. Każdy element miał znaczenie. Nawet kolejność maszerujących w pochodzie była ustalana z polityczną precyzją.

System świąt opierał się na dwóch filarach:

  • świętach własnych, jak 22 lipca – rocznica ogłoszenia Manifestu PKWN, mająca budować mit założycielski nowej Polski,
  • świętach zaadaptowanych, jak 1 maja – włączonych w ideologiczną narrację światowej rewolucji robotniczej.

Te daty miały być kamieniami milowymi postępu dziejowego. W przekazie oficjalnym to one wyznaczały prawdziwe początki i prawdziwe triumfy.

Jednocześnie z kalendarza systematycznie wypychano święta, które przypominały o innej Polsce. Święto Konstytucji 3 Maja – silnie związane z tradycją parlamentarną i kultem Matki Bożej Królowej Polski – było dla władz niewygodne podwójnie: jako symbol demokracji i jako znak zjednoczenia patriotyzmu z religią.

Jeszcze trudniejszy był los 11 Listopada. Uosabiał II Rzeczpospolitą – w propagandzie przedstawianą jako „Polska pańska”, klasowa i antyrobotnicza. Aby nowy porządek mógł się legitymizować, trzeba było symbolicznie odciąć się od 1918 roku i przekonać społeczeństwo, że prawdziwa niepodległość zaczęła się dopiero 22 lipca 1944 roku.

I właśnie tu do gry wchodziła telewizja. Bo jeśli coś nie istniało na ekranie – z czasem zaczynało nie istnieć w zbiorowej wyobraźni. A to, co transmitowano co roku z tą samą pompą, zyskiwało rangę niemal oczywistej prawdy historycznej.

1 maja – Międzynarodowe Święto Pracy jako fundament jedności klasowej

Choć w oficjalnej hierarchii najważniejszym świętem państwowym był 22 lipca, to sercem kalendarza PRL pozostawał 1 maja. Tego dnia system pokazywał swoją siłę w pełnej krasie. Ulice zamieniały się w scenę, a telewizja w główny nadajnik obowiązującej narracji.

Geneza Święta Pracy sięga wydarzeń w Chicago w 1886 roku, kiedy strajk robotników domagających się ośmiogodzinnego dnia pracy został brutalnie stłumiony. Decyzją II Międzynarodówki w 1889 roku 1 maja stał się międzynarodowym symbolem walki proletariatu, a czerwień flag – znakiem przelanej krwi.

W Polsce Ludowej święto to oficjalnie ustanowiono dniem wolnym w 1950 roku. Od tej chwili stało się ono nie tylko dniem odpoczynku, lecz przede wszystkim obowiązkowym rytuałem uczestnictwa.

Centralnym punktem obchodów był pochód pierwszomajowy. Scenariusz dopracowywano z dokładnością godną teatru narodowego. Była trybuna honorowa – symboliczny balkon władzy. Pojawiali na niej przywódcy partii, a ich obecność miała wizualnie potwierdzać jedność kierownictwa z masami.

Zapraszanie na trybunę przodowników pracy, zasłużonych matek czy młodych aktywistów budowało obraz wspólnoty. Delegacje zakładów pracy niosły portrety przywódców i transparenty z hasłami. Wszystko w rytmie orkiestr dętych, wśród morza biało-czerwonych i czerwonych flag.

Polska Kronika Filmowa relacjonowała to w charakterystycznym, podniosłym tonie, językiem pełnym metafor i subtelnych sugestii.

Rusza pochód pierwszomajowy. Na czele przywódcy partii i państwa. To już tradycyjny symbol wspólnego marszu. Dziś idą w pochodzie. Kilkadziesiąt lat temu szli na barykady… […] 30 lat żyjemy w pokoju. Zbieramy owoce zwycięstwa i naszej codziennej pracy. Mamy powody do satysfakcji i radości w tym majowym dniu.

— Polska Kronika Filmowa, wydanie 18B/75

Telewizja transmitowała pochody z Placu Defilad w Warszawie, ale również z Moskwy, Leningradu czy innych stolic bloku wschodniego. Relacje zajmowały centralne miejsce w „Dzienniku Telewizyjnym”.

W niektórych latach korzystano z systemu Interwizji – socjalistycznej odpowiedzi na Eurowizję. W latach 70. funkcjonowało nawet „Studio 1-majowe”, w którym gościli przedstawiciele Czechosłowacji, ZSRR, Węgier czy NRD. Był to medialny obraz wspólnoty – zestrojony, zsynchronizowany, jednolity.

Pierwszomajowy ton dopełniały reportaże o pracy: „Budowniczowie Polski Ludowej”, „Koncert” o hutnikach szkła, radziecki dokument „Hutnik” czy opowieść o Ludwiku Waryńskim „Uczciwie służyłem swej sprawie”. Widz miał zobaczyć, że socjalizm pracuje – i że pracuje skutecznie.

Żelaznym punktem majowych ramówek był Wyścig Pokoju – największy amatorski wyścig kolarski Europy Wschodniej, rozgrywany tradycyjnie na trasie Warszawa–Berlin–Praga. Relacje z kolejnych etapów budowały atmosferę sportowego święta narodów socjalistycznych. W 1985 roku trasa prowadziła przez Moskwę, rok później przez Kijów – mimo że kilka dni wcześniej doszło do katastrofy w Czarnobylu. Nawet w obliczu zagrożenia symbolika tego wydarzenie musiała zostać zachowana.

Choć 1 maja miał wymiar ideologiczny, nie brakowało w ramówce telewizyjnej pozycji lżejszych. Występował Zespół „Śląsk” i „Mazowsze”, transmitowano koncert WOSPRiTV „Ludziom pracy w dniu święta 1-majowego”, pojawiały się gwiazdy bloku wschodniego – chociażby Karel Gott.

Wieczorem telewizja sięgała po kino – czasem historyczne, czasem komediowe. Widz mógł obejrzeć „Rzeczpospolitą babską”, „Przygodę na Mariensztacie”, „Pana Wołodyjowskiego”, a nawet kultową komedię „Nie ma mocnych”.

Bo 1 maja musiał być dniem pełnym. Od porannego pochodu, po wieczorny seans. Całość składała się w starannie wyreżyserowany spektakl – święto pracy, jedności i „dobrze spełnionego obowiązku”.

A telewizja? Ona sprawiała, że nawet ci, którzy w pochodzie nie maszerowali, i tak stawali się jego częścią.

9 maja – Dzień Zwycięstwa i narracja o wyzwoleniu

Jeśli 1 maja był świętem przyszłości – obietnicą rozkwitu i programu dalszego rozwoju – to 9 maja należał do przeszłości. Ale przeszłości starannie uporządkowanej. Takiej, która miała potwierdzać, że historia znalazła swój logiczny finał właśnie w Polsce Ludowej.

Podpisanie aktu bezwarunkowej kapitulacji III Rzeszy nastąpiło 8 maja 1945 roku o 22:43 czasu środkowoeuropejskiego. Jednak w Moskwie była już 00:43 – 9 maja. Decyzją Stalina to właśnie ta data stała się obowiązującą w całym bloku wschodnim. I Polska Ludowa, wierna polityce historycznej Kremla, przyjęła ją bez wahania.

Dzień Zwycięstwa był więc nie tylko rocznicą zakończenia wojny. Był symbolicznym potwierdzeniem przynależności do wschodniej strefy pamięci.

W oficjalnej narracji 9 maja był dniem wdzięczności wobec Armii Czerwonej za wyzwolenie. Nie wspominano o 17 września 1939 roku. Nie było miejsca na rozmowę o powojennej zależności. Zwycięstwo nad faszyzmem przedstawiano jako triumf ustroju socjalistycznego – dowód jego moralnej i historycznej wyższości.

Podkreślano rolę Ludowego Wojska Polskiego jako jedynego prawowitego kontynuatora tradycji oręża. Armia Krajowa czy Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie w tej opowieści niemal nie istniały.

Uroczystości miały charakter godny, lecz wyraźnie zmilitaryzowany: capstrzyki, salwy honorowe, składanie wieńców na Cmentarzach Żołnierzy Radzieckich, ceremonie przy Grobie Nieznanego Żołnierza.

Dwadzieścia cztery lata temu podobne saluty armatnie były ostatnią salwą II wojny światowej. Obwieściły Europie ostateczne zwycięstwo nad hitleryzmem. […] Przypomnienie, że nad zachowaniem owoców zwycięstwa i pokoju w Europie trzeba i dziś jeszcze czuwać.

— Polska Kronika Filmowa, wydanie 20A/69

To charakterystyczne „trzeba czuwać” było subtelnym sygnałem: wojna się skończyła, ale ideologiczna mobilizacja trwa.

Żelaznym punktem ramówki była transmisja uroczystej zmiany warty przed Grobem Nieznanego Żołnierza na Placu Zwycięstwa w Warszawie. Kamera zatrzymywała się na sztandarach, medalach, skupionych twarzach weteranów.

W 1965 roku pokazywano paradę wojskową w Moskwie. W 1970 – akademię z okazji 25. rocznicy zwycięstwa i powrotu Ziem Zachodnich i Północnych do Macierzy. W 1985 roku widzowie oglądali defiladę w Moskwie z okazji 40-lecia zwycięstwa nad faszyzmem. Obraz był zawsze podobny: kolumny żołnierzy, sprzęt wojskowy, monumentalna oprawa.

Telewizja sięgała również po film. Dokumenty takie jak „Finał 1945”, „Berliński finał”, „Podpisanie kapitulacji” czy „Miasto moje Warszawa” budowały wizję wojny zakończonej sprawiedliwym triumfem.

W 1977 roku drugi program TVP przygotował blok „Frontowe drogi”. Widzowie zobaczyli m.in. „Kierunek Berlin” i „Ostatnie dni” Jerzego Passendorfera, „Krzyż Walecznych” Kazimierza Kutza czy „Epilog norymberski” Jerzego Antczaka. Rok później „Dwójka” zaproponowała blok „W rocznicę zwycięstwa”.

Nawet gdy na ekranie pojawiał się klasyk, miał on wpisywać się w rocznicową narrację. „Popiół i diament” – choć artystycznie niejednoznaczny – osadzony był w maju 1945 roku. „Godziny nadziei” pokazywały ostatnie godziny wojny, „Raj na ziemi” – życie saperów na Ziemiach Odzyskanych, a „Zwycięstwo” – finałową ofensywę 1945 roku z perspektywy polskiego żołnierza.

Wszystko prowadziło do jednej konkluzji: wojna zakończyła się zwycięstwem, a zwycięstwo doprowadziło do Polski Ludowej.

Tego dnia nawet programy muzyczne miały wojskowy rytm. „Z Albumu Piosenek Wojskowych”, koncerty „Żołnierska rzecz” czy „W żołnierskiej pieśni”, występy Centralnego Zespołu Artystycznego Wojska Polskiego – wszystko utrzymane w tonacji pamięci i chwały.

Dzień Zwycięstwa w telewizji PRL był więc lekcją historii. Nie spontaniczną, nie wielogłosową – lecz starannie wyreżyserowaną. Bo w tej opowieści nie chodziło wyłącznie o przeszłość. Chodziło o to, by siedzący przed ekranem widz poczuł, że powojenny porządek jest naturalnym, jedynym możliwym finałem wielkiej wojennej epopei.

22 lipca – Narodowe Święto Odrodzenia Polski jako mit założycielski

Jeśli 1 maja było świętem mas, a 9 maja – świętem zwycięstwa, to 22 lipca był świętem samego systemu. Jego symbolicznymi urodzinami. Datą, która miała odciąć grubą kreską wszystko, co było wcześniej.

Oficjalnie upamiętniano ogłoszenie w 1944 roku Manifestu PKWN – dokumentu, który według propagandowej wersji narodził się w Chełmie, na wyzwalanej ziemi polskiej. W rzeczywistości tekst powstał w Moskwie pod czujnym okiem Stalina. Wybór 22 lipca jako najważniejszego święta państwowego miał znaczenie fundamentalne: tworzył nową cezurę historyczną, unieważniając ciągłość II Rzeczypospolitej i rządu na uchodźstwie. Od tej pory to Krajowa Rada Narodowa miała być jedynym legalnym źródłem władzy. A Polska – odrodzona.

Święto Odrodzenia Polski celebrowano z rozmachem. Parady wojskowe, festyny, igrzyska sportowe, koncerty – wszystko podporządkowane jednemu celowi: pokazać, że nowa Polska jest silna, nowoczesna i zakorzeniona w tysiącletniej tradycji.

Najbardziej charakterystycznym elementem obchodów było jednak oddawanie do użytku kluczowych inwestycji. Terminy ich ukończenia dopasowywano do 22 lipca – często kosztem jakości i bezpieczeństwa.

W ten sposób święto stawało się nie tylko symbolicznym, ale i bardzo materialnym dowodem „postępu”:

  • 1949 – oddanie Trasy W-Z i Mostu Śląsko-Dąbrowskiego w Warszawie,
  • 1954 – uruchomienie kombinatu Nowa Huta, modelowego miasta socjalistycznego,
  • 1955 – otwarcie Pałacu Kultury i Nauki oraz Stadionu Dziesięciolecia,
  • 1973 – start produkcji Fiata 126p w Bielsku-Białej, symbolu gierkowskich aspiracji.

Pałac Kultury i Nauki stał się najbardziej widocznym znakiem tej epoki. Monumentem, który miał górować nie tylko nad Warszawą, ale i nad wyobraźnią.

Kulminacją dnia była defilada wojskowa w Warszawie. Transmitowana obowiązkowo przez telewizję, stawała się spektaklem o rozmachu niemal operowym.

Polska Kronika Filmowa relacjonowała defiladę Tysiąclecia z charakterystyczną mieszanką patosu i zachwytu:

Orzeł piastowski uformowany z 35 bombowców IŁ-28. Jubileuszowy tysiąc z 42 LIM-ów. […] Woje króla Bolesława Chrobrego. […] Husaria z XVII wieku. […] Czołgi T-55 produkowane przez polski przemysł obronny. […] Najcięższa z pokazanych rakiet klasy ziemia-ziemia… Oby nigdy nie służyły do innego celu niż defilady.

— Polska Kronika Filmowa, wydanie 31A/66

Przeszłość i nowoczesność łączyły się w jednym obrazie: od Chrobrego po rakiety taktyczno-operacyjne. Historia miała tworzyć nieprzerwany łańcuch, którego naturalnym zwieńczeniem była Polska Ludowa.

W 1966 roku defilada łączyła Święto Odrodzenia z obchodami tysiąclecia państwa. W 1969 – z 25-leciem PRL i paradą sportowców. Telewizja pokazywała każdy detal: mundury, sztandary, kolumny czołgów, uśmiechniętych młodzieżowców.

22 lipca miał swoją stałą ramówkę: transmisja defilady, zmiana warty przy Grobie Nieznanego Żołnierza, reportaże z nowych inwestycji.

Bywały też eksperymenty. W 1975 roku „Dwójka” zaproponowała „Dzień bratnich telewizji” z filmami radzieckimi, węgierskimi i czechosłowackimi. W 1978 roku wyemitowano blok „Seriale, seriale”, w którym pojawiły się m.in. „Barbara i Jan”, „Czarne chmury”, „Czterdziestolatek” czy „07 zgłoś się”.

W repertuarze filmowym pojawiały się zarówno produkcje historyczne, jak „Krzyżacy” czy „Noce i dnie”, jak i tytuły lżejsze – „Sami swoi”, „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz” czy „Och, Karol”.

Z biegiem lat repertuar stawał się coraz bardziej rozrywkowy. Patos ustępował miejsca komedii, choć oficjalna oprawa święta pozostawała niezmienna.

22 lipca był próbą stworzenia mitu założycielskiego – nowej opowieści o narodzinach państwa. Telewizja odgrywała w tym procesie rolę kluczową. To ona pokazywała, że odrodzenie ma twarz nowoczesnych fabryk, potężnej armii i zadowolonych obywateli. To ona utrwalała przekonanie, że historia nie tylko się wydarzyła – ale że wydarzyła się właściwie.

I choć dziś ta narracja brzmi jak zapis innej epoki, przez dekady była czymś oczywistym. Bo jeśli co roku oglądało się te same defilady, te same przemówienia i te same fajerwerki postępu – trudno było nie uwierzyć, że 22 lipca to naprawdę początek wszystkiego.

7 listopada – Rocznica Rewolucji Październikowej jako element sojuszu z ZSRR

Rocznica 7 listopada w PRL była jednym z najbardziej czytelnych rytuałów politycznych podporządkowania wobec Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich. Upamiętniała wydarzenia z 1917 roku w Piotrogrodzie (rewolucję bolszewicką), ale w praktyce pełniła funkcję corocznego sprawdzianu lojalności władz wobec Kremla.

Listopad ogłaszano „Miesiącem Pogłębiania Przyjaźni Polsko-Radzieckiej”. W szkołach, bibliotekach i domach kultury organizowano akademie, konkursy recytatorskie poezji rosyjskiej, wystawy o osiągnięciach Kraju Rad. Kulminacją był 7 listopada – z obowiązkowymi wiecami, dekoracjami w barwach czerwieni i intensywną narracją propagandową.

W oficjalnym przekazie rewolucję przedstawiano jako wydarzenie, które obaliło carat, otworzyło drogę do niepodległości Polski w 1918 r. oraz zapoczątkowało nową epokę dziejową o światowym znaczeniu. Taka interpretacja miała marginalizować pamięć o wojnie polsko-bolszewickiej 1920 r. oraz fakt, że niepodległość była skutkiem upadku wszystkich trzech mocarstw zaborczych. W praktyce celebrowanie 7 listopada było symbolicznym potwierdzeniem geopolitycznej zależności PRL od Moskwy.

Data 7 listopada wypadała zaledwie cztery dni przed zakazanym w PRL Świętem Niepodległości (11 listopada). Rozbudowane obchody rocznicy rewolucji miały wypełnić przestrzeń publiczną uroczystościami i przykryć narodową tradycję niepodległościową.

Przed milionową rzeczą Moskwiczan, kierownictwem radzieckiego rządu i partii oraz gośćmi honorowymi wielka parada wojskowa na Placu Czerwonym. Ożyły karty historii. Znów jak przed pięćdziesięciu laty maszerują oddziały Gwardii Czerwonej. Pierwsze formacje regularnej już Armii Czerwonej. Sławna 1 Armia Konna i legendarne taczanki, postrach wszystkich wrogów Rewolucji. Od tych czasów minęło pół wieku. I oto na Placu Czerwonym rozwija się defilada współczesnej Armii Radzieckiej.

— Polska Kronika Filmowa, wydanie 46B/67

Szczególną rolę odgrywała telewizja. Transmisja defilady z Plac Czerwony w Moskwie była stałym elementem ramówki. W 1967 r., przy okazji 50. rocznicy, relacje i komentarze podkreślały dziejowe znaczenie rewolucji dla świata i Polski.

W 1962 r. nadano z Warszawy do Moskwy specjalny reportaż o polskich obchodach 45. rocznicy. W 1976 r. TVP 2 wyemitowała blok „Spotkanie w Telekinie w rocznicę Rewolucji”, a rok później – z okazji 60-lecia – zorganizowano „Dzień radziecki w Telewizji Polskiej”.

Na antenie regularnie pojawiały się filmy radzieckie, m.in.: „Chodząc po Moskwie”, „W okopach Stalingradu”, „Czterdziesty pierwszy”, czy „Wierność”.

Pod koniec lat 80. skala obchodów wyraźnie malała. Ograniczano się głównie do transmisji z Moskwy. W 1988 r. jedynym radzieckim akcentem był spektakl telewizyjny „Wujaszek Wania” według sztuki Antona Czechowa. Rok później – jesienią 1989 r. – Polska funkcjonowała już w zupełnie odmiennej rzeczywistości politycznej i medialnej.

Rocznica Rewolucji Październikowej była więc w PRL nie tylko świętem ideologicznym, lecz przede wszystkim narzędziem podtrzymywania symbolicznej więzi z Moskwą oraz demonstracją przynależności do radzieckiej strefy wpływów. Zanik jej znaczenia w drugiej połowie lat 80. stał się jednym z widocznych sygnałów erozji całego systemu.

Rola telewizji w reżyserii świąt państwowych w PRL

W realiach PRL telewizja była czymś znacznie więcej niż medium informacyjnym – stanowiła narzędzie inscenizacji państwowej rzeczywistości. Zwłaszcza w czasie świąt państwowych ekran telewizora stawał się sceną, na której reżyserowano obraz narodowej jedności i powszechnego entuzjazmu.

Transmisje z pochodów pierwszomajowych były wizualnym majstersztykiem propagandy. Kamery ustawiano tak, by kolumny marszowe wydawały się niekończące, a tłum – zwarty i radosny. Zbliżenia na dzieci z biało-czerwonymi chorągiewkami czy uśmiechniętych robotników miały potwierdzać społeczne poparcie dla systemu.

Święto ogłoszenia Manifestu PKWN (22 lipca) było okazją do prezentowania osiągnięć gospodarczych. Telewizja emitowała reportaże z budów mostów, hut, osiedli mieszkaniowych czy stadionów. Narracja była prosta: Polska się rozwija, a każda kolejna inwestycja to dowód skuteczności władzy.

W latach 70. szczególną rolę odgrywała postać Edward Gierek. Pokazywano go w bezpośrednich rozmowach z robotnikami, w kasku na budowie, otwierającego nową fabrykę. Telewizja kreowała wizerunek gospodarza kraju bliskiego zwykłym ludziom. Był to element tzw. propagandy sukcesu.

Rzeczywisty odbiór świąt państwowych często odbiegał od telewizyjnej wizji. Udział w pochodach bywał obowiązkowy – brak obecności mógł skutkować utratą premii, problemami z awansem czy innymi szykanami. Pochód pełnił funkcję symbolicznego sprawdzenia lojalności. Telewizja maskowała ten przymus. Widz miał zobaczyć radość i spontaniczność, nawet jeśli uczestnicy czuli znużenie lub obojętność.

Telewizja PRL nie tylko transmitowała święta – ona je współtworzyła i nadawała im sens. Poprzez odpowiedni dobór kadrów, komentarza i repertuaru programowego budowała symboliczną przestrzeń, w której państwo jawiło się jako dynamiczne, zjednoczone i silne.

Z biegiem czasu dystans między ekranową wizją a codziennością stawał się jednak coraz bardziej widoczny. W latach 80. rytuały te traciły moc oddziaływania, a wraz z nimi kruszył się autorytet całego systemu.

Święta państwowe w PRL – podsumowanie

System świąt państwowych w PRL tworzył rozbudowaną, silnie zideologizowaną strukturę symboliczną. Daty takie jak 1 maja, 9 maja, 22 lipca i 7 listopada wyznaczały rytm oficjalnego kalendarza, budując nowe czasy podporządkowane logice partii i sojuszowi ze Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich. W tym porządku suwerenność narodu interpretowano nie jako niezależność polityczną, lecz jako lojalność wobec ideologii i bloku wschodniego.

Centralnym narzędziem utrwalania tej wizji była telewizja. Jako medium masowe nadawała rytualnym obchodom pozory spontaniczności i powszechności. Dzięki transmisjom pochodów, defilad i akademii państwowych widz mógł odnieść wrażenie, że uczestniczy w wydarzeniu ogólnonarodowym. Telewizja nie tylko relacjonowała święta, lecz współtworzyła ich scenografię i sens.

Ostateczny kres tego systemu nastąpił wraz z przemianami 1989 roku. Obradujący po częściowo wolnych wyborach Sejm Kontraktowy przywrócił do kalendarza państwowego 3 maja i 11 listopada, a zniósł 22 lipca – symboliczny fundament świątecznego porządku PRL. Decyzje te oznaczały nie tylko zmianę dat, lecz także powrót do tradycji historycznej sprzed 1944 roku.

Upadek PRL pokazał, że święto narzucone administracyjnie i podtrzymywane przez aparat państwowy nie zakorzenia się trwale w świadomości społecznej. Gdy zniknęła struktura przymusu i kontroli, rozpadł się również rytuał, który ją legitymizował.

Telewizja pozostaje w tej historii zjawiskiem dwoistym. Była elementem państwowej inscenizacji i narzędziem propagandy, ale jednocześnie częścią codzienności milionów widzów. To, co miało być jednolitym przekazem ideologicznym, w praktyce bywało odbierane z dystansem, ironią lub obojętnością. W tym napięciu między oficjalnym spektaklem a prywatnym odbiorem kryje się jedna z istotnych lekcji epoki PRL.

Wojciech Płusa

Wojciech Płusa

Szperam w programach TV z PRL jak archeolog – wyciągam serialowe skarby, audycje i ciekawostki. Codziennie dorzucam felieton i szczyptę nostalgii. Jeśli podoba Ci się to, co robię, postaw mi kawę. Po dobrej kawie działam lepiej niż Unitra na bateriach.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *