Zanim Dustin Hoffman brylował na światowych ekranach w kobiecym przebraniu jako kultowa „Tootsie”, dekadę wcześniej w PRL-u mieliśmy własną supergwiazdę w spódnicy – Wojciecha Pokorę jako niezapomnianą Marysię. Pamiętacie komedię „Poszukiwany, poszukiwana”? Stanisław Bareja udowodnił nią światu, że od samego pomysłu na facetów w rajtuzach znacznie ważniejsze jest genialne wykonanie.
W historii polskiej kinematografii ten film to absolutny fundament. To właśnie ta produkcja grubą kreską oddzieliła wczesną twórczość Barei od tego, co zobaczyliśmy później. Choć reżyser miał już na koncie spore sukcesy w lekkich komediach muzycznych (kto nie kojarzy „Żony dla Australijczyka” czy „Przygody z piosenką”?), to dopiero historia Stanisława Marii Rochowicza stała się kamieniem węgielnym pod budowę tego, co dekadę później z dumą zaczęto nazywać bareizmem. To tutaj tradycyjna farsa spotkała się z bezlitosną, socjologiczną obserwacją absurdów PRL-u, dając nam zupełnie nową jakość w kinie.
Skąd ta zmiana? Przejście od niewinnych, odrywających od szarej rzeczywistości komedyjek do ostrej i wnikliwej satyry nie wzięło się znikąd. Było to efektem narastającej frustracji twórców, którzy patrzyli na fasadowość rodzącego się systemu gierkowskiego. Film wszedł na ekrany w bardzo specyficznym momencie politycznym. Początek lat 70. obiecywał nam przecież wielką modernizację, dobrobyt, Coca-Colę i otwarcie na Zachód. Tymczasem rzeczywistość z każdym rokiem coraz mocniej grzęzła w biurokratycznym chaosie i moralnym bagnie.
Bareja idealnie wyczuł ten moment. Odrzucił przedwojenne wzorce komediowe i postawił w centrum zwykłego człowieka uwikłanego w idiotyczne mechanizmy systemu. Systemu, który zmusił wykształconego faceta do porzucenia własnej tożsamości i pracy naukowej na rzecz biegania ze ścierką i gotowania makaronu. Wszystko po to, by przetrwać w świecie wiecznego niedoboru i wszechobecnego kłamstwa.
Architektura scenariusza: Między anegdotą a diagnozą społeczną
Proces powstawania scenariusza do filmu „Poszukiwany, poszukiwana” to absolutnie fascynująca historia. Tekst, który pierwotnie nosił roboczy tytuł „Kariera Stanisława Marii R.”, wyszedł spod pióra genialnego duetu: Stanisława Barei i Jacka Fedorowicza. Panowie postanowili grubą krechą odciąć się od dotychczasowych, grzecznych schematów komediowych i rzucić wyzwanie absurdom PRL-u.
Życie pisze najlepsze scenariusze
Co ciekawe, cała ta zwariowana intryga wcale nie była efektem czystej fantazji twórców. Bareja dostał gotowy punkt wyjścia od własnej żony, Hanny Kotkowskiej-Barei. Jako historyk sztuki pracująca w Muzeum Narodowym w Warszawie, była ona świadkiem absurdalnego incydentu. Z muzeum „zniknęła” rzeźba Alfonsa Karnego. Jak się okazało, artysta po prostu zabrał swoje dzieło, zapominając zostawić dyrekcji jakiegokolwiek pokwitowania. Wybuchła panika, ruszyło oficjalne śledztwo, a nad pracownikami zawisło widmo niesłusznego oskarżenia i prokuratorskich nieprzyjemności. Ten autentyczny, paraliżujący strach przed bezdusznym systemem stał się motorem napędowym dla życiowej tragedii (i filmowej komedii) Stanisława Marii Rochowicza.
Mało tego – wątek Marysi jako pomocy domowej to również stuprocentowe życie. Małżeństwo Barejów, jak zresztą wiele inteligenckich rodzin w ówczesnej Warszawie, bezskutecznie poszukiwało niani do dzieci. Obserwacje dziewcząt, które przyjeżdżały wtedy ze wsi do miast za chlebem – ich specyficzny język, mentalność i osobliwe podejście do obowiązków – posłużyły jako genialny materiał faktograficzny. Bareja niczego nie musiał wymyślać, wystarczyło, że uważnie przyglądał się rzeczywistości.
Duet Bareja-Fedorowicz, czyli fabryka hitów na celowniku cenzury
Współpraca z Jackiem Fedorowiczem dała Barei potężnego, intelektualnego kopa. Fedorowicz, ze swoim ostrym jak brzytwa zacięciem kabaretowym, wniósł do scenariusza coś bezcennego: bezlitosną dekonstrukcję nowomowy i biurokratycznego bełkotu. Choć film ogląda się z lekkim uśmiechem, panowie uderzyli w same fundamenty socjalistycznego porządku, obnażając jego niewydolność i moralną zgniliznę. „Poszukiwany, poszukiwana” otworzył zresztą całą serię ich wspólnych projektów. Niestety, system szybko się zorientował, z kim ma do czynienia. Aż dziesięć ich kolejnych wspólnych pomysłów cenzura bezlitośnie wyrzuciła do kosza.
Warto zwrócić uwagę na samą konstrukcję tego scenariusza. Bareja i Fedorowicz postawili na strukturę epizodyczną. Każde nowe mieszkanie, do którego trafia Rochowicz w spódnicy, to osobny, genialnie skrojony mikroświat. Każdy z nich reprezentuje inną patologię systemu: od bezczelnych, nowobogackich dyrektorów, przez skorumpowanych kombinatorów, aż po totalnie odklejonych od rzeczywistości „naukowców”. Dzięki temu zabiegowi, zamiast prostej farsy, dostaliśmy pełnokrwistą, szeroką panoramę polskiego społeczeństwa przełomu dekad.
Przygotowania do produkcji: Casting i transformacja tożsamości
Wybór odtwórcy głównej roli był jak stąpanie po polu minowym. Bareja szukał aktora, który udźwignie grę w damskich ciuszkach, ale zrobi to z klasą. Chodziło o to, by nie wpaść w pułapkę taniego, wulgarnego cyrku czy przaśnego slapsticku. Marysia musiała być autentyczna.
Dylematy obsadowe: Marysia poszukiwana
Trudno w to uwierzyć, ale pierwotnie Stanisław Bareja widział w roli Stanisława Marii Rochowicza swojego kumpla i współscenarzystę, Jacka Fedorowicza. Wszystko było na dobrej drodze, dopóki nie zrobiono próbnych zdjęć charakteryzatorskich. Na przeszkodzie stanęła biologia. Zarost Fedorowicza odrastał w tak ekspresowym tempie, że utrzymanie gładkiej, kobiecej buzi przez kilkanaście godzin harówki na planie graniczyło z cudem.
Kolejny na liście był Janusz Gajos. Choć to genialny aktor, Bareja szybko machnął ręką. Gajos był wtedy facetem o zbyt atletycznej, muskularnej sylwetce. No umówmy się – robotny chłop jak dąb kiepsko wpisywał się w wizję filigranowej pomocy domowej.
Ostatecznie wybór padł na Wojciecha Pokorę, który na ten pomysł zareagował kategoryczną odmową. Przerażony aktor bał się, że paradowanie w spódnicy zrujnuje jego wizerunek ekranowego amanta i na zawsze zamknie go w szufladzie z napisem „mało ambitny kabareciarz”. Kto uratował sytuację? Jego żona, Hanna Pokora. To ona miała nosa: dostrzegła w scenariuszu genialny potencjał i tak długo wierciła mężowi dziurę w brzuchu, aż ten skapitulował i podjął wyzwanie.
Posiadając obecną wiedzę, na pewno nie przyjąłbym roli Stanisława Marii Rechowicz w filmie „Poszukiwany, poszukiwana”. Ta rola na długo zapisała się w pamięci Polaków, ale i sprawiła, że nie mogłem się uwolnić od łatki „Marysi”. Wielokrotnie ludzie krzyczeli za mną na ulicy „Te, Maryśka!” albo wołali na plaży „Marysiu, zupa ci kipi!”. To była etykietka, której nie mogłem się pozbyć. I zresztą nigdy na dobre jej się nie pozbędę. Niechaj będzie i tak.
— Wojciech Pokora w rozmowie z Krzysztofem Pyzią, „Z Pokorą przez życie”, Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2015
Ironią losu jest to, że rola, której Pokora szczerze i z całego serca nienawidził, stała się najbardziej rozpoznawalną kreacją w jego karierze i przyniosła mu nieśmiertelną sławę.
Kostiumy z prywatnej szafy i Warszawa w roli głównej
Problemy z garderobą Marysi zaczęły się już pierwszego dnia. Stroje uszyte przez filmowe krawcowe leżały na Pokorze fatalnie. Zamiast maskować męskie kształty, tylko je podkreślały. Wybawieniem znów okazała się żona aktora. Pokora grał w autentycznych sukienkach, perukach i pończochach swojej małżonki. To właśnie ten zabieg nadał postaci Marysi niesamowitej zwyczajności i autentyzmu, tak ważnego dla satyrycznego wydźwięku filmu. Jedynym problemem były buty. Z racji oczywistej różnicy w rozmiarze stóp, filmowa pomoc domowa musiała dostać szpilki robione na zamówienie.
Sama scenografia to z kolei genialna kapsuła czasu. Bareja z mistrzowską dbałością o detal zderzał ze sobą dwa światy: nowoczesne, luksusowe apartamenty dyrektorów i tradycyjne, przedwojenne wnętrza muzeów czy mieszkań artystów. Wykorzystane w filmie autentyczne przedmioty z epoki są dziś dla nas bezcennym archiwum ikonograficznym.
Warszawa jako bohater zbiorowy: Gdzie Marysia biegała ze ścierką?
Zdjęcia kręcono głównie w Warszawie, która na początku lat 70. przypominała jeden wielki plac budowy. Bareja wybierał lokacje chirurgicznie, tak aby każde miejsce było tłem dla konkretnego absurdu tamtych lat. Gdzie zajrzała ekipa filmowa?
- Ulica Grzybowska 46: To tutaj, w sercu stolicy, mieszkał Rochowicz. Ta konkretna przedwojenna kamienica była idealnym symbolem dawnej architektury, brutalnie wciśniętej w nową, socjalistyczną tkankę miejską.
- Plac Konstytucji i Nowy Świat: Idealne tło do pokazania wielkomiejskiego ruchu i codziennego, szarego życia warszawiaków.
- Dom Artysty Plastyka (ul. Mazowiecka 11 A) i Galeria ZPAP: To tutaj Rochowicz obracał się w środowisku artystycznym, zanim musiał uciekać przed milicją i przebrać się za kobietę.
- Willa przy ul. Rajców 10: Rezydencja jednego z bogatych pracodawców Marysi. Dom idealnie pokazywał, jak wyglądał luksus dla wybranych w teoretycznie równym, socjalistycznym państwie.
- Ulica Fitelberga 31: To tu mieszkał legendarny, „wieczny dyrektor” grany przez Jerzego Dobrowolskiego, który z zawodu był dyrektorem, a hobbistycznie przestawiał jezioro na makiecie.
- Agrykola i Most Poniatowskiego: Malownicze plenery, przez które Marysia gnała do kolejnych miejsc pracy.
Smaczkiem jest też wykorzystanie słynnego Bazaru na ul. Polnej. W tamtych czasach była to oaza prywatnej przedsiębiorczości i jedyne miejsce w Warszawie, gdzie za odpowiednią gotówkę można było kupić towary, o których państwowe sklepy mogły tylko pomarzyć.
Z luksusów do siermięgi: Kozłówka robi za muzeum
Co ciekawe, sceny w muzeum, z którego rzekomo zniknął nieszczęsny obraz, kręcono w zespole pałacowo-parkowym w Kozłówce. Te bogate, magnackie wnętrza stanowiły genialny kontrast dla ciasnych, siermiężnych mieszkań, w których Marysia musiała później gotować makaron. Bareja idealnie pokazał w ten sposób kulturową i klasową przepaść, jaka ziała w ówczesnej Polsce.
Fabuła filmu: Mechanizmy przetrwania w świecie totalnego absurdu
Z pozoru fabuła opiera się na starym jak świat motywie kinowej przebieranki. Jednak w rękach Barei i Fedorowicza ta prosta farsa staje się pretekstem do bezlitosnej sekcji zwłok systemu społeczno-ekonomicznego PRL. Stanisław Maria Rochowicz – stateczny historyk sztuki i pracownik muzeum – nagle zostaje postawiony pod ścianą. W realiach państwa totalitarnego podejrzenie o kradzież dzieła sztuki to nie są przelewki. To nie tylko wilczy bilet w zawodzie, ale realna perspektywa wieloletniej odsiadki w więzieniu za przywłaszczenie mienia społecznego.
Strategia kamuflażu: Ścierka jako tarcza antykryzysowa
Decyzja o wskoczeniu w spódnicę i założeniu peruki to akt czystej desperacji, ale – jak się szybko okazuje – genialny ruch taktyczny. Jako „Marysia” Rochowicz całkowicie znika z radarów milicji. Kupuje sobie w ten sposób czas na namalowanie kopii zaginionego obrazu, który planuje po cichu podłożyć do magazynu. Ta podwójna tożsamość to oczywiście fabryczna maszyna do produkowania gagów. Ma jednak drugie, głębsze dno: pozwala bohaterowi obserwować świat z perspektywy pomocy domowej. Kobiety ze ścierką nikt z dygnitarzy czy nowobogackich nie traktuje poważnie, dzięki czemu Marysia staje się niewidzialnym świadkiem, który widzi i słyszy absolutnie wszystko.
Początkowa nieporadność Rochowicza w nowej roli to kopalnia humoru. Pamiętacie scenę, w której Marysia kompletnie nie radzi sobie z usmażeniem kotletów mielonych? Wiąże się z tym genialna anegdota z planu. W tym ujęciu musiał interweniować sam Stanisław Bareja, który osobiście stanął za patelnią, by pokazać, jak to zrobić. Skutek? Reżyser tak potwornie przypalił mięso, że patelnia nadawała się już tylko do wyrzucenia.
Z czasem jednak Rochowicz przechodzi przyspieszony kurs przetrwania. Nie tylko doskonali swoje nowe rzemiosło, ale z każdym kolejnym miesiącem zaczyna dostrzegać potężny plus nowej sytuacji: zarobki pomocy domowej na czarnym rynku błyskawicznie zaczynają bić na głowę jego nędzną, urzędniczą pensję.
Ewolucja zawodowa Marysi, czyli tour de PRL
Droga zawodowa Marysi to idealna parabola ekonomicznych i społecznych absurdów tamtych lat. Bohaterka wędruje od domu do domu, a każda kolejna stacja to bezczelne obnażenie innej grupy społecznej:
- Dom artystów”: Tutaj Marysia zderza się z niesamowitą pretensjonalnością, snobizmem i totalnym fałszem środowiska plastycznego.
- Dom „biurokratów”: Czyli kultowa fucha u legendarnego dyrektora, który planuje urbanistykę zza biurka i przestawia makiety jezior („jezioro damy tutaj”).
- Dom „naukowców”: Gdzie z kolei asystuje przy absurdalnych, pseudonaukowych badaniach nad zawartością cukru w cukrze.
Finał filmu to już ostateczny, nokautujący cios wymierzony w powagę państwowych instytucji. Kiedy okazuje się, że nieszczęsne dzieło sztuki wcale nie zginęło, a jedynie zostało idiotycznie wpisane do złej rubryki przez pijanego lub przemęczonego magazyniera, cała konstrukcja strachu pęka. Cały trud, upokorzenie, ucieczka przed prawem i miesiące biegania na szpilkach okazały się wynikiem zwykłego, urzędniczego błędu. I to jest właśnie kwintesencja bareizmu: system nie jest groźny dlatego, że jest genialnie zły – jest groźny, bo jest potwornie głupi.
Satyra na zjawiska społeczne przełomu dekad
„Poszukiwany, poszukiwana” to nie jest zwykła, lekka komedyjka do niedzielnego rosołu. To przede wszystkim bezlitosne, wręcz chirurgiczne cięcie wykonane na polskiej rzeczywistości przełomu lat 60. i 70. Bareja z Fedorowiczem bezbłędnie punktują zjawiska, które dla ówczesnych były szarą codziennością, a z perspektywy czasu stały się jaskrawymi symbolami upadku socjalistycznego mitu.
Kryzys inteligencji, czyli magister za grosze, niania za miliony
Jednym z najmocniejszych punktów filmu jest pokazanie całkowitej dewaluacji wykształcenia. Status inteligencji w PRL-u leżał na łopatkach. Stanisław Rochowicz, człowiek z dyplomem magistra historii sztuki i pracownik szanowanej instytucji, zarabia nędzne grosze, które ledwo starczają mu na przeżycie od pierwszego do pierwszego.
Wystarczy jednak, że założy perukę i jako Marysia wejdzie w świat prywatnych usług jako niewykwalifikowana pomoc domowa, by nagle zacząć kosić kasę, o jakiej w muzeum mógłby tylko pomarzyć. To brutalne odwrócenie hierarchii ekonomicznej było bolesnym policzkiem wymierzonym systemowi. Państwo, które głośno trąbiło o awansie społecznym, w rzeczywistości promowało kombinatorstwo i czarny rynek, spychając wiedzę, kulturę i naukę na margines.
Kultura dyrektorów i kultowe „jezioro damy tutaj”
Postać wiecznego dyrektora, brawurowo zagrana przez Jerzego Dobrowolskiego, to jeden z najwspanialszych i najbardziej jadowitych archetypów w historii polskiego kina. Dobrowolski stworzył postać faceta, który „z zawodu jest dyrektorem”. Jego kompetencje merytoryczne? Równe zero. Ale ma za to unikalny, genetyczny wręcz talent: potrafi utrzymać się na powierzchni w każdym układzie politycznym i przy każdej personalnej karuzeli.
Taki dyrektor traktuje państwowy majątek jak swój prywatny folwark. Kwintesencją tego podejścia jest legendarna już scena przestawiania jeziora na makiecie nowego osiedla mieszkaniowego. Strategiczną decyzję o tym, gdzie setki ludzi będą mieszkać i jak zmieni się krajobraz całego rejonu, podejmuje się tu na podstawie chwilowego kaprysu ignoranta. Bo jemu akurat tak na makiecie ładniej wygląda. Ta scena do dziś pozostaje uniwersalnym symbolem bezmyślnego, aroganckiego zarządzania, które nie liczy się z nikim i z niczym.
Urbanistyka zza biurka, czyli papier wszystko przyjmie
Satyra na urbanistykę w idealnie uderza w fasadowość gierkowskiej propagandy sukcesu. Masowa budowa spółdzielczych punktowców bez jakiegokolwiek ładu i składu, totalny brak infrastruktury (sklepów, dróg, szkół) czy idiotyczne lokalizacje budynków – to wszystko Bareja pokazuje jako efekt całkowitego odklejenia planistów od realnego życia.
Postaci i obsada: Galeria archetypów PRL-u
Siła tego filmu tkwi w genialnie napisanych i jeszcze lepiej zagranych postaciach. Każda z nich to osobny, jadowity komunikat satyryczny. Bareja skompletował na planie prawdziwy dream team, tworząc galerię typów, które na stałe wrosły w polską popkulturę.
Stanisław Maria Rochowicz / Marysia (Wojciech Pokora)
Wojciech Pokora dokonał tu rzeczy niemożliwej. Stworzył rolę, która wymagała od niego tytanicznej dyscypliny warsztatowej. Marysia w jego wykonaniu nie jest ordynarną, przerysowaną babą z kabaretu. To facet, który rozpaczliwie, ze wszystkich sił próbuje naśladować kobietę. I właśnie ten wysiłek oraz ciągłe napięcie czynią tę postać tak niesamowicie komiczną i budzącą autentyczną sympatię.
Co ciekawe, Pokora musiał na planie wykazać się nie lada odwagą. Pamiętacie scenę ucieczki przez okno na dach? Aktor zmagał się z potężnym lękiem wysokości, a mimo to zrezygnował z pomocy dublera. Szedł po gzymsie sam, zabezpieczony jedynie linami, których nie było widać w kadrze.
Pan „profesor” (Mieczysław Czechowicz)
Postać „profesora” prowadzącego przełomowe badania nad zawartością cukru w cukrze to genialna, bezlitosna kpina z pseudonauki zaprzęgniętej w służbę komunistycznej biurokracji. Jego „doniosły wynalazek” ma dowieść, że dzięki badaniu promieniowania podziemnego wyciągniemy z buraka tyle cukru, że w zasadzie w ogóle nie trzeba będzie sadzić buraków.
Ja pracuję nad doniosłym wynalazkiem! Chodzi o potwierdzenie procentu cukru w cukrze w zależności od podziemnego promieniowania na tym terenie. Bo na przykład w jednym sklepie na półkach po rocznym leżeniu cukier ma 80% cukru w cukrze, a w drugim sklepie ma 90% cukru w cukrze, a sacharyna to ma w ogóle 500% cukru w cukrze. A dzięki mojemu wynalazkowi dojdzie do tego, że w ogóle nie trzeba będzie sadzić buraków na cukier, tyle będzie cukru w cukrze.
Mieczysław Czechowicz gra tego oszusta z niesamowitym, jowialnym spokojem i profesorską powagą, co sprawia, że ten bzdurny bełkot brzmi jeszcze bardziej absurdalnie. Była to też bardzo czytelna, zjadliwa aluzja do wiecznych kryzysów i niedoborów na rynku. System, zamiast dostarczyć towar do sklepów, wolał zatrudnić „naukowca”, który w telewizji logicznie wytłumaczył ludowi, dlaczego cukru nie ma.
Wieczny dyrektor (Jerzy Dobrowolski)
Jerzy Dobrowolski, absolutna legenda polskiej satyry i współtwórca kultowych kabaretów „Koń” oraz „Owca”, wniósł do filmu swój unikalny, niepodrabialny styl. Jego dyrektor to człowiek-instytucja. Dla niego prawda nie istnieje. Wyznacznikiem rzeczywistości jest wyłącznie aktualna linia partii lub najnowszy okólnik z góry. Sceny z jego udziałem to absolutny majstersztyk dialogowy, pokazujący jak za pomocą urzędniczej nowomowy można bezczelnie manipulować ludźmi i maskować własną niewiedzę.
Gwiazdy w epizodach, czyli Hitchcock po polsku i ręka Tyma
Bareja miał niesamowitą rękę do drugiego planu i epizodów. W filmie roi się od wielkich nazwisk tamtych lat:
- Adam Mularczyk jako ekscentryczny malarz Bogdan Adamiec,
- Barbara Rylska jako wyniosła żona wiecznego dyrektora,
- Wojciech Siemion w roli bezkompromisowego prokuratora,
- Jolanta Bohdal jako wierna i zmartwiona żona Rochowicza,
- A w mniejszych lub większych rólkach: Wiesław Gołas, Zofia Czerwińska, Witold Kałuski, Tadeusz Pluciński czy Bohdan Łazuka.
Tradycyjnie, wzorem Alfreda Hitchcocka, na ekranie na moment pojawia się sam Stanisław Bareja: gra faceta, który goni samochód Rochowicza.
Ale największym smaczkiem jest udział Stanisława Tyma. W filmie pojawia się jego ręka. Pamiętacie scenę, w której urzędnik leniwie stempluje wracający do muzeum obraz? To była właśnie dłoń Tyma! Aktor zgarnął za to pełną, oficjalną dniówkę aktorską. Jak widać, absurd gonił absurd nie tylko w scenariuszu, ale i na samym planie.
Recepcja i fenomen bareizmu – od obelgi do kultu
Premiera filmu w kwietniu 1973 roku była dla Stanisława Barei momentem prawdziwej próby. Z jednej strony reżyser dostał najwspanialszą nagrodę: gigantyczny sukces frekwencyjny. Polacy tłumnie walili do kin drzwiami i oknami, bo w zwariowanych przygodach Marysi odnajdywali idealne, choć krzywe zwierciadło własnego losu. Z drugiej strony – oficjalna krytyka filmowa była po prostu bezlitosna.
Jak narodziła się najsłynniejsza obelga polskiego kina
To właśnie przy okazji premiery filmu „Poszukiwany, poszukiwana” w oficjalnym obiegu narodził się termin „bareizm”. Co ciekawe, dziś kojarzy się on z geniuszem, ale wtedy funkcjonował jako synonim najgorszego kiczu, tandety, braku smaku i niskiej wartości artystycznej. Nadęci krytycy, zapatrzeni w rodzące się właśnie, śmiertelnie poważne Kino Moralnego Niepokoju, zarzucali Barei, że zamiast cierpieć za naród i analizować wielkie dramaty, serwuje Polakom tanią rozrywkę opartą na prymitywnych gagach.
Dla reżysera te ataki były potężnym ciosem. Szczególnie bolesny był fakt, że to złośliwe określenie ukuł jeden z jego dawnych kolegów ze szkoły filmowej, celowo nadając mu pogardliwe znaczenie, by zdyskredytować Bareję w środowisku.
Słodka zemsta, czyli wielki powrót króla satyry
Historia okazała się jednak niezwykle sprawiedliwa. Z perspektywy dekad bareizm przeszedł całkowitą rehabilitację. To, co kiedyś salonowi mędrcy uznawali za wadę, dziś jest uważane za największy atut reżysera: unikalną, wręcz genialną zdolność przenikliwego, socjologicznego obserwowania świata. Bareja jak nikt inny potrafił palcem wskazać i nazwać po imieniu absurdy, których inni twórcy albo nie dostrzegali, albo po prostu bali się dotknąć z lęku przed cenzurą.
„Poszukiwany, poszukiwana” był pierwszym, niezwykle ważnym krokiem na tej drodze. To właśnie ten film zapoczątkował wielki projekt dokumentowania surrealizmu polskiej codzienności. Stanisław Bareja z powodzeniem kontynuował ten projekt w swoich kolejnych, kultowych już dziełach. Droga od pogardzanego rzemieślnika do niekwestionowanego króla polskiej komedii została otwarta.
„Poszukiwany, poszukiwana”: Dziedzictwo i bolesna aktualność
„Poszukiwany, poszukiwana” to dzieło, które pod wieloma względami wyprzedziło swój czas. Wyprzedzając o dekadę hollywoodzkie superprodukcje w stylu „Tootsie”, Bareja udowodnił, że polska komedia potrafi być nie tylko piekielnie zabawna, ale też głęboko refleksyjna. Ten sukces nie byłby możliwy bez ułańskiej odwagi reżysera, chirurgicznej precyzji scenariusza Jacka Fedorowicza oraz genialnej kreacji Wojciecha Pokory, który wbrew własnej niechęci stworzył rolę absolutnie ikoniczną.
Dzisiejsza perspektywa pozwala nam dostrzec w przygodach Marysi coś więcej niż tylko śmieszną opowieść o muzealniku biegającym w sukience. To przede wszystkim bezcenny, choć bolesny dokument o czasach, w których prawda musiała chować się pod przebraniem, a totalny absurd był jedyną logiczną formą przetrwania.
Ten film pozostaje żywym pomnikiem talentu Stanisława Barei – reżysera, który jak nikt inny potrafił rozśmieszać Polaków do łez, podstawiając im jednocześnie pod nos krzywe zwierciadło rzeczywistości. Dziedzictwo filmu „Poszukiwany, poszukiwana” trwa w najlepsze, a Marysia wciąż pozostaje symbolem samotnej walki jednostki o godność i przetrwanie. I to w świecie, który – spójrzmy prawdzie w oczy – wcale tak bardzo się nie zmienił. Fenomen tego filmu polega bowiem na tym, że mimo upływu dekad, zmiany ustrojów i dekoracji, mechanizmy, które tak bezlitośnie wyśmiewał Bareja, wciąż mają się świetnie. Bo wieczni dyrektorzy i domorośli badacze zawartości cukru w cukrze nie zniknęli, tylko zmienili garnitury i znaleźli sobie nowe posady.



