Rejs: Pytania są tendencyjne, czyli Piwowski i wielka improwizacja

Jak oszukano cenzurę? Co to był turecki zoom? Poznaj genialne kulisy i alkoholowe legendy z planu filmu Rejs. Wejdź na pokład tego statku.

Gdyby w 1970 roku ktoś powiedział Markowi Piwowskiemu, że jego debiut przejdzie do historii jako film kultowy, pewnie tylko uśmiechnąłby się pod nosem. Oficjalni krytycy kręcili nosami, komunistyczna władza próbowała go upchnąć w najciemniejszy kąt, a tymczasem „Rejs” stał się czymś więcej niż filmem. Stał się socjologicznym zwierciadłem, w którym do dziś przeglądają się kolejne pokolenia Polaków.

Na pierwszy rzut oka? Błaha, wręcz absurdalna wycieczka statkiem pasażerskim po Wiśle. Pod powierzchnią? Genialna, ubrana w kostium totalnej groteski diagnoza głębokiego kryzysu społeczno-politycznego PRL-u przełomu lat 60. i 70. Piwowski wpuścił na pokład absurd i zrobił z niego arcydzieło.

Film pomarcowy, czyli jak Piwowski kręcił w cieniu gomułkowskiej duszności

Żeby naprawdę zrozumieć, czym jest „Rejs”, trzeba cofnąć się do momentu, w którym powstawał. A był to czas wyjątkowo ponury. Film rodził się bezpośrednio w cieniu traumy Marca 1968 roku. Antysemicka i antyinteligencka nagonka rozpętana przez władze, brutalne bicie studentów na ulicach i zmuszanie tysięcy ludzi do emigracji bezpowrotnie zmieniły klimat kulturalny Polski. W środowisku filmowym dotychczasowy entuzjazm zastąpiło totalne rozczarowanie socjalizmem.

Dla kinematografii nastały ciężkie dni. Symbolem tamtych restrykcji było chociażby całkowite wstrzymanie rekrutacji na wydział reżyserski i operatorski w łódzkiej Filmówce na rok akademicki 1968/1969. Wprowadzona wtedy wewnętrzna cenzura miała dusić artystów przez kolejne dekady. Gdy w sierpniu 1968 roku czołgi Układu Warszawskiego wjechały do Czechosłowacji, ostatecznie pękła bańka o socjalizmie z ludzką twarzą. Polskę zalała fala apatii, bezwładu i egzystencjalnej pustki.

I właśnie w takich okolicznościach Marek Piwowski odpala kamerę. Krytycy nie bez powodu nazwali później „Rejs” najgenialniejszym filmem pomarcowym. To zawoalowana, ale bezwzględna satyra na totalitaryzm. Piwowski w genialny sposób obnażył w niej mechanizmy konformizmu, strachu i zwykłego oportunizmu, które przeżarły polskie społeczeństwo po 1968 roku.

Sama konstrukcja filmu to czysta metafora PRL-u: oto pasażerowie statku wycieczkowego zupełnie dobrowolnie poddają się absurdalnemu rygorowi, który narzuca im samozwańczy kaowiec-uzurpator. To idealne odbicie narodu stłamszonego przez władzę. System, który oficjalnie dążył do idealnego uporządkowania świata, pod maską ładu i składu fundował ludziom totalny bezład, płynność norm moralnych i wieczną niepewność jutra.

Jak oszukać cenzora, czyli spawacze pod hotelem Bristol

Wszystko zaczęło się w 1969 roku od towarzyskich spotkań w sercu artystycznej Warszawy. Marek Piwowski oraz pisarz i felietonista Janusz Głowacki mieli już serdecznie dosyć skostniałych schematów ówczesnego kina. Chcieli nakręcić coś, co uderzy wprost w szarą rzeczywistość ustrojową. Kluczowy moment? Nieformalne spotkanie pod hotelem Bristol. To tam, obok Piwowskiego i Głowackiego, stanęli Jerzy Karaszkiewicz oraz Andrzej Barszczyński i wspólnie sformułowali metaforę, która stała się fundamentem filmu: statek wycieczkowy, który osiada na mieliźnie, miał być bezlitosnym symbolem dryfującej, niewydolnej i ugrzęzłej w bagnie PRL-owskiej machiny.

Żeby jednak w ogóle wejść na plan, trzeba było rozegrać wyrafinowaną partię pokera z Głównym Urzędem Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Autorzy zastosowali genialny kamuflaż ideologiczny. Jak uśpić czujność cenzorów? Wpisać w scenariusz wstęp rodem z najgorszego socrealistycznego produkcyjniaka! Tekst zaczynał się dumnie: „Letni słoneczny poranek nad Wisłą. Brygada złożona z czterech spawaczy kończy nocną zmianę”. Urzędnicy kupili ten haczyk, myśląc, że dostaną lekką komedyjkę rejsową, podczas gdy twórcy od początku szykowali ostry pamflet polityczny.

Projekt trafił do Zespołu Filmowego „Tor”, kierowanego przez Antoniego Bohdziewicza. Debaty trwały od połowy 1968 do wiosny 1969 roku. Kierownictwo i kolaudatorzy uznali tekst za niegroźną, łagodną groteskę satyryczno-obyczajową, dzięki czemu film dostał zielone światło.

Cenzura obeszła się z projektem stosunkowo łagodnie, ale uderzyła w punkt o potężnym znaczeniu symbolicznym. Otóż w pierwotnym zamyśle na statku miało w ogóle nie być postaci kapitana, co miało jasno pokazywać totalny bezwład i brak jakiegokolwiek sensownego przywództwa w państwie. Urzędnicy się zorientowali i zmusili twórców do dopisania tej roli. Współscenarzysta i operator Andrzej Barszczyński nazwał to później największą klęską w walce z cenzurą.

Zaskakujące były za to sukcesy: sam minister kultury i sztuki osobiście machnął ręką i pozwolił na sfilmowanie finałowej sceny zabawy w salonowca, kończącej się groteskowym widokiem wypiętych czterech liter kaowca. Aby dodatkowo uwiarygodnić projekt w oczach władzy i nadać mu pozorów artystycznej powagi, do obsady celowo dokooptowano uznane zawodowe aktorki, jak choćby Jolantę Lothe. Gra pozorów zakończyła się pełnym sukcesem – statek mógł wreszcie odbić od brzegu.

Kontrolowany żywioł, czyli jak nakręcić film „tureckim zoomem”

Kiedy 10 lipca 1969 roku padł pierwszy klaps na planie „Rejsu”, Marek Piwowski zrobił coś bezczelnego: niemal całkowicie wyrzucił do kosza zatwierdzony z takimi bólami scenariusz. Zamiast tradycyjnej fabuły postawił na totalny żywioł: improwizację, prowokację socjologiczną i elementy dokumentu. Chodziło o jedno – zamknąć ludzi na statku i zobaczyć, jak zaczną się zachowywać w warunkach takiego sztucznego skoszarowania.

Zawodowcy kontra naturszczycy

Kluczem do sukcesu był genialny, choć ryzykowny eksperyment z obsadą. Piwowski zderzył ze sobą garstkę zawodowych aktorów z prawdziwą armią amatorów, czyli tzw. naturszczyków. Skąd ich wziął? Dał po prostu ogłoszenie do „Expressu Wieczornego”. Na masowy casting w warszawskiej hali Gwardii stawiły się tysiące ludzi z całej Polski.

Zastosowałem w „Rejsie” metodę prowokowania swoistego ekshibicjonizmu psychicznego, stąd konieczność improwizacji podczas zdjęć, konieczność sytuacji i zachowań naturalnych, dialogów powstających na żywo przed kamerą. (…) Taki materiał ma w moim odczuciu określoną wartość: stanowi najbardziej autentyczny dokument stanu współczesnych umysłów.

— Marek Piwowski w tygodniku „Film” w 1971 roku

Wybrani szczęściarze wnieśli na pokład coś, czego nie dało się wyuczyć w żadnej szkole teatralnej: unikalny, uliczny język, naturalną ekspresję i absolutnie autentyczny wygląd. Tyle że obecność amatorów rodziła potężne tarcia i konflikty z zawodowcami. A Piwowski? Zamiast te konflikty gasić, celowo podsycał ogień, żeby atmosfera na pokładzie była gęsta i duszna.

„Turecki zoom” i tortura ciszą

Brak funduszy zmusił ekipę do technicznej ekwilibrystyki. Film kręcono na czarno-białej taśmie, starą kamerą Arriflex 35 mm schowaną w wielkiej, dźwiękochłonnej obudowie. Mało tego – żeby nagrać jakikolwiek dialog, parowiec musiał wyłączać silniki, bo ich hałas zagłuszał wszystko.

Największy dramat rozegrał się jednak z optyką. Uszkodzony obiektyw zmiennoogniskowy kompletnie uniemożliwiał robienie ostrych zbliżeń. Operator Andrzej Barszczyński i Piwowski wymyślili więc genialne oszustwo, które nazwali „tureckim zoomem”. Na czym to polegało? Kamera stała nieruchomo, a aktorzy na znak reżysera fizycznie podchodzili bliżej obiektywu, udając, że to kamera robi najazd.

Jakby tego było mało, Piwowski wymyślił na swoich aktorów perfidną pułapkę. Zakładał do kamery najdłuższą możliwą taśmę i nie krzyczał „stop”, nawet gdy aktorzy wypowiedzieli już wszystkie wyuczone kwestie. Kamera warczała dalej, sekundy mijały, a w powietrzu wisiała upiorna cisza. Przerażeni wykonawcy, szukając ratunku, zaczynali rozpaczliwie improwizować na żywioł. To właśnie z tej paniki i walki o przetrwanie zrodziły się najbardziej kultowe, absurdalne monologi, które do dziś cytuje cała Polska.

Galeria osobliwości, czyli tragiczny los i duet wszech czasów

Cała fabuła „Rejsu” kręci się wokół podróży, którą od pierwszej minuty rządzi czysty, biurokratyczny absurd. Na pokład wsiada pasażer na gapę (Stanisław Tym). Przez zwykły urzędniczy bezwład i zbieg okoliczności kapitan statku (Ryszard Pietruski) bierze go za nowego referenta kulturalno-oświatowego, czyli słynnego kaowca.

Urodziłem się w Małkini w 1937 roku w lipcu. Znaczy, w połowie lipca. Właściwie w drugiej połowie lipca. Dokładnie 17 lipca.

Nowy lider błyskawicznie wchodzi w rolę. Wokół niego natychmiast wyrasta samozwańcza rada rejsu, a pokład zamienia się w festiwal absurdalnych zebrań, gier sportowych i uroczystości z okazji rocznicy… samego rejsu.

Tragedia, która zmieniła wszystko

Mało kto wie, że historia polskiego kina mogła potoczyć się zupełnie inaczej. Pierwotnie rolę kaowca miał zagrać wybitny Bogumił Kobiela. Stało się jednak najgorsze – aktor zginął tragicznie w wyniku obrażeń po wypadku samochodowym w Buszkowie. Dramat rozegrał się 10 lipca 1969 roku, czyli dokładnie w dniu, w którym miały ruszyć zdjęcia do „Rejsu”. W obliczu tej tragedii Piwowski musiał działać natychmiast i w trybie alarmowym powierzył rolę Stanisławowi Tymowi.

„Bracia syjamscy” z dwóch różnych światów

O sile filmu zdecydował jednak przede wszystkim absolutnie genialny, skontrastowany duet: Zdzisław Maklakiewicz (inżynier Mamoń) oraz Jan Himilsbach (Sidorowski). W środowisku nazywano ich „braćmi syjamskimi”. Stali się żywym symbolem polskiego losu tamtych lat. Obaj uosabiali przeciętnego obywatela PRL: zmęczonego, potarganego, klepiącego biedę i szukającego ucieczki w alkoholu. Ich ekranowe postacie to dwa bieguny:

  • Inżynier Mamoń (Zdzisław Maklakiewicz): Sfrustrowany inteligent. Swój konformizm i totalną pustkę intelektualną maskuje pretensjonalnym żargonem oraz zgrywaniem wielkiego znawcy sztuki.
  • Sidorowski (Jan Himilsbach): Klasyczny reprezentant prostego ludu. Człowiek o surowej twarzy, który dla świętego spokoju bez mrugnięcia okiem podda się każdemu rygorowi narzuconemu przez samozwańczą władzę.

A w filmie polskim, proszę pana, to jest tak: nuda… Nic się nie dzieje, proszę pana. Nic. Taka, proszę pana… Dialogi niedobre… Bardzo niedobre dialogi są. W ogóle brak akcji jest. Nic się nie dzieje.

Co ciekawe, ich prywatne życiorysy dzieliła przepaść. Maklakiewicz pochodził z zamożnego, inteligenckiego warszawskiego domu i miał dyplom szkoły aktorskiej. Himilsbach z kolei był nieślubnym dzieckiem, dorastał w skrajnej nędzy w Mińsku Mazowieckim, a czytać i ciosać kamienie uczył się w zakładzie poprawczym.

Przekrój PRL-owskiego społeczeństwa

Wokół głównych postaci Piwowski zebrał niesamowitą galerię ludzkich typów, z których każdy symbolizował coś innego:

  • Andrzej Dobosz (amator) jako Filozof: Uosobienie niezależnej myśli humanistycznej. Gdy zderza się z prymitywną siłą i autorytarnym systemem, zostaje brutalnie uciszony i zepchnięty na margines.
  • Leszek Kowalewski (amator) jako Poeta: Postać tragikomiczna. Reprezentuje naiwną, artystyczną wrażliwość, którą aparat kaowca bezczelnie wykorzystuje do celów oficjalnej propagandy.
  • Wanda Stanisławska-Lothe (zawodowiec) jako Krysia, żona Mamonia: Typowa przedstawicielka rodzącej się drobnomieszczańskiej klasy średniej PRL, skupiona na kurczowym trzymaniu się fasadowych konwenansów.
  • Jolanta Lothe (zawodowiec) jako dziewczyna w stroju kąpielowym: Żywy symbol cichej tęsknoty pasażerów za zachodnim konsumpcjonizmem i obyczajową swobodą.
  • Jerzy Dobrowolski (zawodowiec) jako pasażer bez biletu (kolega Kaowca): Jego rola padła ofiarą cenzury i montażowych nożyc. Została drastycznie skrócona do samej sceny wejściowej. Cała sekwencja jego kłótni z kaowcem wylądowała w koszu.

Wojna na górze, czyli cenzura kontra studenci

Droga „Rejsu” na ekrany to gotowy scenariusz na film o tym, jak system spektakularnie przegrywa z własnymi obywatelami. Kiedy 19 października 1970 roku odbyła się oficjalna premiera, czołowi krytycy filmowi zaniemówili z oburzenia. Film spotkał się z niemal jednomyślnym, totalnym odrzuceniem. Recenzenci prześcigali się w złośliwościach, zarzucając Piwowskiemu brak dyscypliny formalnej, chaos kompozycyjny i zwykłą, ordynarną amatorszczyznę.

Władze postanowiły wykończyć „Rejs” po cichu. Cenzura i urzędnicy przyznali mu najniższą kategorię artystyczną, co w tamtych czasach oznaczało wyrok śmierci: zakaz wyświetlania w dużych, prestiżowych kinach i całkowitą blokadę szerokiej dystrybucji.

I w tym momencie system zaliczył potężny nokaut. Przez to, że film nie trafił do oficjalnych kin, zaczął krążyć po klubach studenckich i Dyskusyjnych Klubach Filmowych (DKF). Efekt? Lotem błyskawicy stał się manifestem pokoleniowym, a bilety na zamknięte pokazy były towarem bardziej pożądanym niż zagraniczne papierosy.

Oficjalna prasa była wściekła. Pisano, że w państwowym systemie powstał potworek pozbawiony jakiejkolwiek legitymacji ideowej, który bezczelnie drwi z klasycznego rzemiosła. Piwowskiego porównywano do ucznia czarnoksiężnika, który rozpętał żywioł improwizacji i wpuścił przed kamerę naturszczyków, ale zupełnie nie potrafił nad tym chaosem zapanować. Salonowi krytycy grzmieli o estetycznym skandalu, nazywając arcydzieło Piwowskiego infantylną i bezwartościową zgrywą żakowską.

Co ciekawe, ten niesamowity opór materii musiał uznać nawet sam Andrzej Wajda. Choć początkowo podchodził do „Rejsu” bardzo sceptycznie, zmienił zdanie, gdy zobaczył pełne kina.

Alkoholowy żywioł i statek z historią w tle

Chaos na planie „Rejsu” nie był błędem przy pracy – on był metodą. Permanentne spożycie napojów wyskokowych przez ekipę i aktorów zrodziło dziesiątki legend, które z czasem całkowicie zrosły się z samym filmem. Co ciekawe, niemal mityczną historię miał też sam parostatek pasażerski, który posłużył za ruchomy plan zdjęciowy.

Od Piłsudskiego do Dzierżyńskiego

Losy tej jednostki idealnie odzwierciedlają burzliwe i paradoksalne dzieje XX-wiecznej Polski. Statek został zwodowany pod dumną nazwą „Polska” niespełna rok po Bitwie Warszawskiej. Jego uroczyste poświęcenie odbyło się 14 lipca 1921 roku przy warszawskim Solcu, a w ceremonii brał udział sam Naczelnik Państwa, Józef Piłsudski, w towarzystwie ministra pełnomocnego Francji.

Dzięki znikomemu zanurzeniu maszyna idealnie radziła sobie z kapryśną i płytką Wisłą, obsługując prestiżową linię Warszawa–Gdańsk–Warszawa. Na pokładzie kusiły dwa luksusowe salony restauracyjne i eleganckie kajuty. Po wojnie, w 1960 roku, przeszedł kapitalny remont w Stoczni Gdańskiej, gdzie zyskał nowy kocioł. Jednak w realiach PRL-u nie było już miejsca na dawną nazwę – przedwojenny symbol elegancji przemianowano, o ironio, na „Feliks Dzierżyński”, na cześć twórcy sowieckiej bezpieki.

Dantejskie sceny na pokładzie, czyli Jan Himilsbach w akcji

Trzydzieści dni zdjęciowych na „Dzierżyńskim” obfitowało w absurdy, które mogłyby posłużyć za scenariusz do kolejnego filmu. Królem polowania był tu bezapelacyjnie Jan Himilsbach. Oto zestawienie najgorszych (i najlepszych!) ekscesów z planu:

  • Rola za kaucję: Tuż przed pierwszym klapsem Himilsbach zaliczył karczemną awanturę w toruńskiej kawiarni i wylądował w areszcie. Marek Piwowski musiał osobiście negocjować z komendantem milicji. Panowie dobili targu: aktor wyjdzie na wolność, jeśli reżyser obsadzi syna komendanta w roli chłopca podejrzanego o kradzież kiełbasy z talerza Himilsbacha. Podczas spisywania protokołu pijany Janek zdążył jeszcze rzucić do milicjanta legendarne: „Tylko nie napisz, ch…, przez rz!”, gdy ten pytał o jego adres przy ulicy Żeromskiego.
  • Kac jako środek wyrazu artystycznego: Pamiętacie to niesamowite, pełne głębokiej zadumy i skupienia spojrzenie, jakim Sidorowski obdarza inżyniera Mamonia podczas kultowego monologu o nudzie w polskim kinie? Zapomnijcie o kunszcie aktorskim. Himilsbach umierał wtedy na gigantycznego, morderczego kaca. Jego zesztywnienie i hipnotyzujący wzrok były w rzeczywistości heroiczną walką z dreszczami, zimnymi potami i potężnymi nudnościami.
  • Strategia dwóch oranżad: Duet Maklakiewicz-Himilsbach wypracował bezbłędny system zakupów w monopolowych. Gdy Maklakiewicz proponował asekuracyjnie jedną półlitrówkę, Janek natychmiast protestował: „A jak wypadnie z rąk i się stłucze? Zostaniemy z niczym!”. Zakupy kończyły się więc stałą formułką do ekspedienta: „Poprosimy te dwie oranżady i sześć półlitrówek”.
  • Zemsta na elektryku: Jeden z zatrudnionych na planie elektryków rzucił pracę w połowie zdjęć. Powód? Nietrzeźwy Himilsbach bezceremonialnie i bez słowa wyjaśnienia oddał mocz prosto do wnętrza jego kabiny sypialnej.
  • Pies w SPATiF-ie: Legenda głosi, że Himilsbach wprowadził kiedyś do słynnego warszawskiego lokalu psa i bezczelnie usadził go przy stoliku. Gdy wściekły kierownik (który nawiasem mówiąc był pierwowzorem postaci Sidorowskiego) zaczął wrzeszczeć: „Czyj ten pies?!”, aktor odpowiedział ze stoickim spokojem: „Ja się do tego pana tylko przysiadłem”.
  • System rozproszonego uzębienia: Himilsbach, doskonale znający swoje tendencje do gubienia rzeczy podczas ostrych libacji, opracował genialny system bezpieczeństwa dla swoich sztucznych szczęk. Wychodząc w miasto, chował górną i dolną część protezy do zupełnie innych, oddzielnych kieszeni marynarki. Wszystko po to, by w razie awantury lub kradzieży nie stracić całego garnituru zębów na raz.

Z uśmiechem mówić prawdę, czyli dlaczego wciąż płyniemy tym statkiem

Mimo upływu dziesięcioleci od premiery, „Rejs” Marka Piwowskiego w ogóle się nie starzeje. Jego żywotność w polskiej kulturze jest wręcz zdumiewająca, a kultowe cytaty na stałe weszły do naszego codziennego języka. Dlaczego tak się stało? Bo twórcom udało się coś niezwykłego: wyszli daleko poza doraźną satyrę na komunistyczną biurokrację przełomu lat 60. i 70. Ten film dotyka uniwersalnej prawdy o ludzkiej kondycji i naszej odwiecznej skłonności do konformizmu.

Wyprawa parostatkiem po Wiśle stała się genialnym mikrokosmosem, w którym z uśmiechem i lekkością obnażono najgłębsze ludzkie słabości. Idealnie pasuje tu klasyczna horacjańska sentencja: „Z uśmiechem mówić prawdę, któż broni?”.

Ta cała filmowa parada fasadowych ról społecznych i „przyprawianych gąb” to lustro, w którym współczesny widz – bez względu na to, czy żyje w czasach PRL-u, czy w XXI wieku – wciąż bez trudu odnajduje własne odbicie. I właśnie to pieczętuje status „Rejsu” jako absolutnego arcydzieła.

Wojciech Płusa

Wojciech Płusa

Szperam w programach TV z PRL jak archeolog – wyciągam serialowe skarby, audycje i ciekawostki. Codziennie dorzucam felieton i szczyptę nostalgii. Jeśli podoba Ci się to, co robię, postaw mi kawę. Po dobrej kawie działam lepiej niż Unitra na bateriach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *