Jak rozpętałem drugą wojnę światową: Koniec martyrologii w kinie?

Grzegorz Brzęczyszczykiewicz z Chrząszczyżewoszyc! Odkryj, jak komedia Tadeusza Chmielewskiego dekonstruowała wojenną martyrologię.

Polska kinematografia powojenna przez długie lata była, krótko mówiąc, śmiertelnie poważna. Ukształtowana w cieniu wojennej traumy i pod czujnym okiem cenzury, karmiła nas głównie martyrologią. Filmy o II wojnie światowej – w tym te genialne, wychodzące spod skrzydeł Polskiej Szkoły Filmowej – stawiały na piedestale heroizm, narodową ofiarę i nieodwracalny tragizm polskiego losu.

Z jednej strony ekrany ociekały patosem, który miał wryć w pamięć widzów historię i cierpienie poległych. Z drugiej – niezwykle rzadko pojawiały się próby oswojenia tego dramatu śmiechem. I w taki właśnie przesiąknięty powagą i ideologiczną kontrolą krajobraz zawieruszył się film, który wymagał od twórców wręcz szalonej odwagi.

Mowa oczywiście o komedii „Jak rozpętałem drugą wojnę światową” w reżyserii Tadeusza Chmielewskiego. Ta trzyczęściowa epopeja, która weszła do kin 2 kwietnia 1970 roku, zamiast epatować bólem, zagrała va banque konwencją absurdu i groteski. Jej główny bohater, Franek Dolas, staje się tu mimowolnym trybikiem – choć w swoim mniemaniu: głównym motorem napędowym – globalnej machiny wojennej.

Geneza scenariusza i literacki fundament produkcji

Przekucie wojennej traumy w lekką komedię wymagało twardego gruntu. Tadeusz Chmielewski, który przy tym projekcie wziął na siebie podwójną rolę – reżysera i scenarzysty – znalazł go w powieści Kazimierza Sławińskiego „Przygody kanoniera Dolasa”.

Jednak samo przeniesienie tekstu z papieru na taśmę filmową było jak spacer po polu minowym. Sławiński naszkicował w książce losy polskiego żołnierza-tułacza, którego wojenny los rzuca po świecie. Dopiero Chmielewski podkręcił tę historię do maksimum, nasączając ją slapstickowym humorem. Reżyser ulepił z Dolasa postać absolutnie wyjątkową: genialny miks dobrego wojaka Szwejka, sarmackiego rębajły i mitologicznego trickstera – spryciarza, który z każdej opresji wychodzi obronną ręką dzięki własnemu cwaniactwu.

Decyzja, by w ówczesnej Polsce zrobić komedię o II wojnie światowej, ocierała się w oczach wielu o czystą profanację. Chmielewski musiał dokonać karkołomnej sztuki: idealnie wyważyć proporcje między historyczną powagą a bezpretensjonalną rozrywką.

Uwarunkowania polityczne: Między cenzurą a twórczą wolnością

W PRL-u kino nie było po prostu rozrywką. Władza ludowa traktowała je jako potężne narzędzie do meblowania masowej wyobraźni i kucia jedynej słusznej polityki historycznej. Każde odstępstwo od marksistowskiej linii kończyło się bolesnym zderzeniem ze ścianą.

Kiedy pod koniec lat 60. Chmielewski brał się za kręcenie przygód Dolasa, w polskim kinie trwała cicha wojna. Twórcy rozpaczliwie walczyli o wolność, a cenzura masowo „produkowała” tzw. półkowników, czyli filmy, które zamiast do kin, trafiały na wieczne potępienie.

Na polu minowym cenzury

Żeby zrozumieć, jak wielkim wyczynem było przepchnięcie przez ten system komedii wojennej, wystarczy spojrzeć, co działo się obok. Władza panicznie bała się jakiejkolwiek moralnej dwuznaczności.

  • „Na melinę” Stanisława Różewicza dostało szlaban, bo pokazało polskich partyzantów jako ludzi tak zniszczonych przez wojenną rzeź, że w swoim okrucieństwie zaczynali przypominać niemieckich okupantów.
  • „Długa noc” Janusza Nasfetera (ukończona w 1967 roku) poruszała arcytrudny temat relacji polsko-żydowskich. Cenzorzy zamknęli ją w szafie aż do 1989 roku.
  • „Przy torze kolejowym” Andrzeja Brzozowskiego czekało na uwolnienie z archiwów od 1963 do 1991 roku.

W takim klimacie Chmielewski porywał się z motyką na słońce.

Jak zdemoralizować cenzora, czyli wycięte sceny

Kłopoty zaczęły się już na etapie samego tytułu. Państwowi dygnitarze dostawali gęsiej skórki na myśl, że odpowiedzialność za wybuch najkrwawszego konfliktu w dziejach ludzkości – nawet w formie żartu – przypisuje się zwykłemu polskiemu szeregowcowi. To psuło całą patetyczną narrację o wojnie.

Podczas montażu cenzorzy cięli taśmę z chirurgiczną precyzją, dbając głównie o to, by nie urazić Wielkiego Brata ze Wschodu i jego sojuszników. Ofiarą tych zabiegów padła m.in. scena z pytaniem o Jugosławię. Gdy Franek Dolas pyta łączniczkę: „Belgrad daleko?”, ta odpowiada z irytacją: „Niech się pan nie wygłupia. Co sobie tutaj…”. Dialog wyleciał, bo Warszawa wolała nie drażnić Belgradu w okresie, gdy relacje na linii Moskwa–Warszawa–Belgrad przypominały jazdę na rollercoasterze.

Co ciekawe, cenzura przymykała oko na brutalne stereotypy, jeśli uderzały one w Zachód. Słynna scena, w której brytyjscy żołnierze punktualnie o 17:00 przerywają bitwę, by w eleganckich strojach wypić „five o’clock tea”, przeszła bez mrugnięcia okiem. Ta karykatura flegmatycznych i rzekomo miękkich zachodnich aliantów idealnie wpisywała się w komunistyczną propagandę.

Sprytny unik Dolasa

Dlaczego więc film ostatecznie nie skończył jako półkownik? Chmielewski rozegrał to po mistrzowsku. Nie atakował wprost żadnych sojuszy, a zamiast tego zaserwował władzy potężny ładunek ludowego patriotyzmu. Franek Dolas, choć cwaniak i pechowiec, kochał ojczyznę i był prawym polskim żołnierzem. Taki wizerunek ostatecznie zmiękczył serca decydentów, a kultowe: „Melduję posłusznie, panie pułkowniku, że ja tę wojnę zupełnie przypadkiem rozpętałem” na stałe weszło do języka potocznego.

Struktura narracyjna i fabularna: Wielka odyseja Franka Dolasa

Żeby pomieścić tak kosmiczną ilość przygód, zwrotów akcji i czystego absurdu, Tadeusz Chmielewski musiał rozbić swój film na trzy pełnometrażowe części. Taki filmowy tryptyk pozwolił utrzymać tempo i nie pogubić się w gąszczu anegdot.

Cała ta monumentalna fabuła kręci się wokół jednego, genialnego w swojej prostocie motywu: starszy strzelec Franciszek Dolas, przez totalny przypadek, nabiera absolutnej pewności, że to on osobiście rozpętał II wojnę światową. Od tej pory jego jedynym celem – życiową misją i obsesją – staje się zmazanie tej domniemanej winy. Chce za wszelką cenę dorwać się do karabinu, wrócić na front i udowodnić, że jest dobrym patriotą. Problem w tym, że jego wybuchowy temperament i legendarny pech pakują go w kolejne tarapaty, rzucając go po mapie Europy i Afryki niczym kauczukową piłeczkę.

Część I: „Ucieczka” – czyli jak zepsuć obozową dyscyplinę

Wszystko zaczyna się w nocy z 31 sierpnia na 1 września 1939 roku. Pechowiec Franek zasypia w pociągu i zamiast na swojej stacji, ląduje w eszelonie wojskowym tuż przy granicy polsko-niemieckiej. Zaspany i przekonany, że to tylko nocne manewry, oddaje jeden strzał. Pech chce, że dokładnie w tym samym ułamku sekundy niemiecka artyleria rozpoczyna zmasowany ostrzał. Dla Dolasa sprawa jest jasna: „Rany Julek, ale nawarzyłem bigosu…”.

Zamiast na front, Franek błyskawicznie trafia do stalagu. I tu Chmielewski robi coś genialnego: całkowicie dekonstruuje mit bezwzględnej machiny obozowej. Dolas i jego kumpel z pryczy, Józek, roznoszą niemiecki rygor od środka za pomocą bezczelnego cwaniactwa i totalnego braku subordynacji. Strażnicy i śledczy z Gestapo są tu pokazani nie jako demony zła, ale jako ograniczeni i zbiurokratyzowani urzędnicy, którzy kompletnie głupieją w starciu z polskim sprytem. Część pierwsza kończy się brawurową ucieczką, która przez Jugosławię i tamtejszy ruch oporu ma doprowadzić Franka do tworzących się na Zachodzie polskich sił zbrojnych.

Część II: „Za bronią” – z pistoletem przez pustynię

W drugiej części Chmielewski zmienia dekoracje. Żegnamy szary, okupacyjny klimat i wchodzimy w rasowe kino przygodowe spod znaku przygód Indiany Jonesa. Dolas ląduje w basenie Morza Śródziemnego i na spalonym słońcem kontynencie afrykańskim.

W pogoni za polskim mundurem zostaje wessany przez Legię Cudzoziemską, gdzie musi lawirować między francuskimi procedurami, nacierającymi Włochami a brytyjskimi sojusznikami. To właśnie tutaj dochodzi do wspomnianego starcia kultur i słynnego bojkotu wojny na rzecz herbaty pitej o 17:00. Ta część to czyste złoto: Franek handluje na arabskich bazarach, odwiedza szemrane przybytki i zupełnie niechcący, w przypływie ułańskiej fantazji, przeprowadza spektakularne i zwycięskie akcje militarne.

Część III: „Wśród swoich” – powrót do korzeni

Po włoskich perypetiach, pełnych maskarad i sprytnego przemykania pod nosami żandarmów, Dolas wreszcie wraca do okupowanej ojczyzny. Tytuł „Wśród swoich” ma symboliczny wymiar. Facet, który przemierzył tysiące kilometrów, zwiedził kilka kontynentów i powąchał prochu na najważniejszych frontach świata, swoje prawdziwe przeznaczenie znajduje tam, skąd uciekł – w polskiej konspiracji.

Finałowa scena na moście przynosi mu upragnione rozgrzeszenie. Choć pech nie opuszcza go do ostatnich sekund filmu, Franek ostatecznie zostaje bohaterem. I co najważniejsze: wreszcie może zrzucić z z siebie ciężar poczucia winy za wywołanie tej całej wojennej zawieruchy.

Główny bohater: Marian Kociniak jako Franek Dolas

Powiedzmy to sobie wprost: ten film nie stałby się legendą, gdyby nie genialna obsada roli głównej. Franek Dolas potrzebował aktora z twarzą wiecznego kombinatora, niespożytą energią i potężnym, wręcz kinetycznym talentem komediowym. Kogoś, kto utrzyma uwagę widza przez ponad trzy godziny seansu i ani przez moment nie zacznie irytować.

Co ciekawe, na samym początku Tadeusz Chmielewski w ogóle nie brał Mariana Kociniaka pod uwagę. Pierwszym wyborem reżysera był Wojciech Młynarski. Będący wówczas u szczytu popularności Młynarski, był jednak rozchwytywany do granic możliwości. Tymczasem realizacja kręconej na kilku kontynentach epopei wymagała od odtwórcy głównej roli stuprocentowej dyspozycyjności przez bity rok zdjęciowy. Grafik Młynarskiego pękał w szwach, więc Chmielewski – nie chcąc ryzykować gigantycznych przestojów w produkcji – musiał odpalić plan awaryjny i zacząć poszukiwania od nowa.

Na castingi zaproszono śmietankę młodego pokolenia polskich aktorów. O rolę pechowego strzelca otarli się m.in. Jan Englert oraz Jerzy Kamas. Choć obaj panowie zaprezentowali nienaganny, profesjonalny warsztat, to Marian Kociniak dosłownie rozbił bank.

Kociniak nie tyle grał Dolasa, co nim po prostu był. Wlał w tę postać unikalną miksturę bezczelności, ułańskiej fantazji i chłopięcego uroku. Jego Franek Dolas stał się chodzącym katalizatorem chaosu, który rozwalał system wszędzie, gdzie się pojawił, a widzowie – zamiast pukać się w czoło na widok jego głupoty – kibicowali mu z całego serca.

Rola Franka Dolasa dała Kociniakowi gigantyczną popularność i uwielbienie milionów Polaków. Ale miała też swoją mroczną stronę. Aktor stał się zakładnikiem własnego sukcesu. Cień Dolasa ciągnął się za nim przez dekady, skutecznie szufladkując go w oczach reżyserów i odcinając od poważnych ról, w których przecież też radził sobie świetnie.

Konstelacja ról drugoplanowych: Drugi plan, który skradł show

Choć Marian Kociniak dwoił się i troił na ekranie, siła rażenia tej komedii tkwi także w genialnie skrojonym drugim planie. Tadeusz Chmielewski zebrał na planie absolutną elitę aktorów charakterystycznych. Elżbieta Starostecka i Janina Borońska jako sprytne łączniczki wnosiły na ekran urok i tajemniczość, a twardziele pokroju Wirgiliusza Grynia, Zdzisława Kuźniara, Tomasza Zaliwskiego czy Władysława Kowalskiego nadawali wojennej tułaczce niesamowitego autentyzmu.

Jednak dwa aktorskie epizody zapisały się w historii polskiego kina złotymi zgłoskami. Stały się genialną grą z widzem, która bawi do łez nawet po ponad pół wieku.

Emil Karewicz i lingwistyczny koszmar

Gdy Franek Dolas wpada w ręce biurokratycznej machiny III Rzeszy, trafia na przesłuchanie przed oblicze bezwzględnego oficera Gestapo (w tej roli Emil Karewicz), któremu asystuje skrupulatny żołnierz Hans (Andrzej Herder).

Obsadzenie Karewicza w tej roli było ze strony reżysera genialnym sabotażem wyobraźni widzów. Zaledwie dwa lata wcześniej cała Polska zamierała przed telewizorami, oglądając „Stawkę większą niż życie”, gdzie Karewicz stworzył ikoniczną, przerażającą i mrocznie inteligentną postać gestapowca Hermanna Brunnera. Kiedy więc aktor pojawił się u Chmielewskiego w niemal identycznym, czarnym skórzanym płaszczu, widownia w kinach natychmiast wiedziała, z kim Franek ma do czynienia.

I to właśnie w tym momencie rodzi się scena-legenda. Dolas, chcąc zagrać na zwłokę i totalnie skołować wroga, postanawia użyć najpotężniejszej broni: polskiej fonetyki. Na pytanie o nazwisko, ze śmiertelną powagą rzuca: Grzegorz Brzęczyszczykiewicz. Mało tego! Jako miejsce urodzenia dokłada urzędnikowi kolejny językowy koszmar: Chrząszczyżewoszyce, powiat Łękołody.

Bezsilność rzekomo perfekcyjnego i groźnego aparatu terroru w starciu ze słowiańskim łamańcem językowym to absolutny majstersztyk absurdu. Widok Karewicza, który z rezygnacją i bólem na twarzy próbuje to przeliterować, do dziś wywołuje salwy śmiechu.

Kazimierz Rudzki: Angielska flegma w afrykańskim słońcu

Równie genialnym kontrapunktem dla chaosu, jaki wokół siebie siał Dolas, była postać brytyjskiego kapitana Ralfa Peacoocka, zagrana po mistrzowsku przez Kazimierza Rudzkiego.

Rudzki, ze swoją naturalną, dystyngowaną postawą, stworzył podręcznikowy wręcz portret brytyjskiego oficera. Jego flegmatyczne usposobienie, nienaganne maniery, święte przywiązanie do regulaminu i stoicki spokój zderzone z gorączkową, chaotyczną i wiecznie improwizowaną szarżą Franka w afrykańskim upale stworzyły genialny komediowy duet. To właśnie ta kreacja nadała pustynnym przygodom Dolasa specyficznego humoru.

Symulacja świata zza żelaznej kurtyny: Sahara pod Łodzią, czyli logistyczny Mount Everest

Wprowadzenie na ekrany w 1970 roku opowieści, która geograficznie rozciąga się od granicy polsko-niemieckiej, przez Bałkany, Bliski Wschód, Afrykę Północną i Italię, aż po polskie lasy, brzmi jak plan na hollywoodzką superprodukcję. Tyle że ekipa Tadeusza Chmielewskiego musiała zderzyć się z realiami gospodarki PRL-u, pustym portfelem dewizowym i żelazną kurtyną.

O wyjeździe całej ekipy do prawdziwej bazy Legii Cudzoziemskiej w Algierii czy na słoneczną Sycylię nikt nawet nie marzył. Twórcy musieli więc odpalić tryb „Polak potrafi” i stworzyć globalną iluzję w granicach bloku wschodniego. Operator Jerzy Stawicki dokonywał cudów z filtrami i oświetleniem, udowadniając, że przy odpowiednim talencie nawet mazowieckie słońce potrafi palić jak to afrykańskie.

Jak filmowcy oszukali widzów? Zamiast nudnego spisu, spójrzcie na tę fascynującą mapę filmowych mistyfikacji:

  • Pustynia Sahara i obóz Legii Cudzoziemskiej: Fragmenty bezkresnej Sahary zagrała Żwirownia na Stokach koło Łodzi. Z kolei potężne marsze brytyjskich wojsk i ujęcia bitewne zrealizowano na naszych rodzimych piaskach w Błędowie.
  • Granica polsko-niemiecka (1939): Sceny, w których Franek Dolas zaspał w pociągu i oddał ten jeden pechowy strzał, który zbiegł się z salwą niemieckiej artylerii, zostały nakręcone na stacji kolejowej Nielestno (gmina Wleń).
  • Niemiecki obóz jeniecki: Sceny obozowe, w których Franek i Józek knują misterne plany ucieczki, nakręcono na terenie lokalnej tuczarni świń w miejscowości Krogulec (obecnie Zgierz).
  • Klasztor i kryjówka partyzantów: Zdjęcia powstawały w miejscowości Studzianna (gmina Poświętne) To tutaj, w malowniczych rejonach łódzkiego, Franek ukrywa się w trzeciej części filmu, próbując wreszcie walczyć wśród swoich.
  • Finałowa scena na moście: Kultowa scena kończąca tę trzyczęściową odyseję, w której Dolas wreszcie zrzuca z siebie brzemię winy, powstała w Nowym Mieście nad Pilicą.

A co z urokliwymi portami Morza Śródziemnego, gwarnymi arabskimi bazarami i bałkańskimi miasteczkami? Tutaj z pomocą przyszedł Wielki Brat. Jedyne zagraniczne plenery, na jakie pozwolono ekipie, znajdowały się na terenie ZSRR.

Ekipa ruszyła na podbój Kaukazu i Krymu. Soczi, Baku, Jałta oraz Suchumi idealnie udawały Bliski Wschód i południe Europy. Tamtejsza bujna, podzwrotnikowa flora, specyficzna architektura i palące słońce pozwoliły stworzyć perfekcyjną iluzję egzotyki. Widz w 1970 roku, oglądając film był święcie przekonany, że Dolas naprawdę biega po bezdrożach Włoch czy uliczkach Jugosławii.

Odbiór krytyczny i percepcja z perspektywy dziesięcioleci

Na premierę przygód Franka Dolasa cała Polska czekała z zapartym tchem. Atmosferę już od 1968 roku podgrzewały liczne reportaże z planu i zapowiedzi w prasie filmowej. Kiedy 2 kwietnia 1970 roku film wreszcie wszedł na ekrany, ówcześni krytycy stanęli przed nie lada orzechem do zgryzienia.

Z jednej strony film bezczelnie trywializował niemal świętą pamięć o wojennym dramacie, co wielu purystom mocno zgrzytało. Z drugiej – sale kinowe pękały w szwach, a widzowie po prostu oszaleli na punkcie Dolasa. Recenzenci musieli więc nieźle gimnastykować pióra, by jakoś ten fenomen ugryźć. Ostatecznie uznali, że pod tą całą grubą warstwą żartów i absurdów film przemyca jak najbardziej pożądane wartości. Choć próżno tu było szukać komunistycznej propagandy czy bicia pokłonów przed sojuszem polsko-radzieckim, dzieło Chmielewskiego niosło ze sobą pogodną opowieść o potędze ludzkiego ducha. Było, paradoksalnie, piękną pochwałą prawego, oddanego ojczyźnie polskiego żołnierza i po prostu dobrego, prostolinijnego człowieka.

To właśnie ta równowaga – całkowite odrzucenie męczącego patosu przy jednoczesnym uniknięciu cynizmu czy nihilizmu – stała się dla filmu najlepszą polisą ubezpieczeniową.

Kiedy w 1989 roku system komunistyczny runął, a wraz z nim do kosza trafiły dziesiątki propagandowych produkcji tamtej epoki, Franek Dolas nawet nie drgnął. Brak ideologicznego skażenia zadziałał jak tarcza ochronna. Film „Jak rozpętałem drugą wojnę światową” bez problemu przetrwał zmianę ustrojów i do dziś bawi kolejne pokolenia widzów, mając status żelaznego klasyka, który polskie stacje telewizyjne puszczają regularnie, niemal do znudzenia.

Czy „Jak rozpętałem drugą wojnę światową” to dzieło ponadczasowe?

Tadeusz Chmielewski, mierząc się z ponurym, wojennym dziedzictwem, dokonał czegoś niezwykłego. Wykorzystał komedię nie do taniej, jarmarcznej rozrywki, ale jako potężne narzędzie społecznego eskapizmu (ucieczki od szarej rzeczywistości) i zbiorowej terapii. Polacy po prostu rozpaczliwie potrzebowali zrzucić z ramion martyrologiczny ciężar.

Dzięki brawurowej grze Mariana Kociniaka polska widownia mogła wreszcie przeżyć swoiste oczyszczenie. Film dał nam genialną w swojej prostocie lekcję: w starciu z przerażającą, bezduszną machiną totalitarną albo zbiurokratyzowanym światem zachodnich sojuszników, naszą najlepszą bronią wcale nie musi być patos. Czasem o wiele skuteczniejszy okazuje się swojski spryt, ułańska fantazja, totalna niesubordynacja i niezłomna pogoda ducha.

Ta trylogia to także absolutny pomnik filmowej logistyki. Fakt, że ekipa potrafiła zamienić podłódzkie żwirownie i tuczarnię świń w Krogulcu w palone słońcem bazy Legii Cudzoziemskiej i stalagi, a kaukaskie pejzaże ZSRR w egzotyczne porty, do dziś budzi głęboki szacunek. Gdy dodamy do tego karkołomny slalom między cenzorami z Mysiej a chęcią zachowania nienachalnego patriotyzmu, otrzymujemy przepis na sukces absolutny.

Wypuszczona na ekrany w kolorowej szacie na przełomie tysiącleci, zilustrowana genialną, marszową muzyką Jerzego „Dudusia” Matuszkiewicza, ta opowieść nie straciła nic ze swojej pierwotnej świeżości. Wrosła w kulturowe DNA Polaków i kompletnie nie dotyczą jej zmiany ustrojów czy mijające dekady. Bo historia Grzegorza Brzęczyszczykiewicza z Chrząszczyżewoszyc to coś więcej niż tylko lingwistyczny żart. To nasz najwspanialszy portret narodu, który z ironią, dystansem i uśmiechem na twarzy potrafił przejść przez najbardziej mroczne karty współczesnej historii.

Wojciech Płusa

Wojciech Płusa

Szperam w programach TV z PRL jak archeolog – wyciągam serialowe skarby, audycje i ciekawostki. Codziennie dorzucam felieton i szczyptę nostalgii. Jeśli podoba Ci się to, co robię, postaw mi kawę. Po dobrej kawie działam lepiej niż Unitra na bateriach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *