08:30 „Upadek Aleksandra Wielkiego” — film fabularny prod. bułgarskiej
09:55 Dla szkół: Geografia (kl. VII) — Indie
11:00 „Święto sportu szkolnego” — transmisja ze Stadionu Dziesięciolecia w Warszawie
15:35 Telewizyjny Kurs Rolniczy — BHP w gospodarstwie
16:10 „Gdańskie pogwarki”
16:30 Dziennik Telewizyjny
16:40 Dla młodych widzów: „Konkurs pięciu milionów” — finał
17:45 Program filmowy
18:00 „Spotkania z przyrodą”
18:35 „Pegaz” — magazyn aktualności kulturalnych
19:20 Dobranoc — „Jacek i Agatka”
19:30 Monitor
20:05 „Wieczorne rozmowy”
20:20 V Festiwal Piosenki Radzieckiej — koncert laureatów — transmisja z Zielonej Góry
21:30 DTV
21:55 Kino Interesujących Filmów: „Miłość i gniew” — film prod. angielskiej
23:30 Sprawozdanie filmowe z mityngu lekkoatletycznego w Krakowie
Warto przeczytać

Festiwal Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze (1965–1989)
Festiwal Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze – polityka, propaganda PRL i niezapomniane występy. Od Anny German po Michała Bajora.
Wojtek ogląda dziś transmisję koncertu laureatów V Festiwalu Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze
Sobota, 7 czerwca 1969 roku. Słońce powoli chowa się za horyzontem, wieczór pachnie świeżo skoszoną trawą i zbliżającym się końcem roku szkolnego. Telewizor, jeszcze lampowy, nagrzewa się powoli, a w całym domu panuje znajome napięcie. Za chwilę zacznie się program, który „trzeba zobaczyć”, bo przecież nie ma na co przełączyć. Drugi kanał nie istnieje. Zresztą nikt nie narzeka: wystarczyło jedno okienko na świat, by pół Polski wpatrywało się w te same obrazy.
Po Dzienniku Telewizyjnym, który w kilku chłodnych zdaniach podsumował sukcesy planu pięcioletniego i doniesienia z bratnich republik, nadszedł czas na coś lżejszego. A jednak i to „lżejsze” miało swój polityczny wydźwięk. Publicystyka w te soboty była zwięzła i odpowiednio ułożona żeby nikt przypadkiem nie zapomniał, kto jest największym przyjacielem Polski Ludowej. A zaraz potem — Zielona Góra.
Transmisja koncertu laureatów V Festiwalu Piosenki Radzieckiej była swego rodzaju rytuałem. Choć Zielona Góra nie była Opolem ani Sopotem, miała swój osobliwy urok. Festiwal wpisywał się w klimat tamtych lat: z jednej strony był przykładem „przyjaźni polsko-radzieckiej” w praktyce, z drugiej – dla wielu widzów był po prostu okazją do posłuchania czegoś innego niż codzienne marsze wojskowe czy ludowe przyśpiewki.
Dla Wojtka, który powoli odkrywał swoje gusta muzyczne, ten koncert był czymś na pograniczu obowiązku i ciekawości. Z jednej strony Wojtek wiedział, że „tak wypada” — w końcu o festiwalu mówiło się w szkole i pisały o nim gazety. Z drugiej — był w tym festiwalu jakiś rodzaj magii. Scena lśniąca światłem reflektorów, głosy śpiewaków z akcentem zza Bugu, melodie, które – mimo że obce – miały w sobie coś znajomego. Czasem te piosenki potrafiły zapaść w pamięć na dłużej niż niejeden przebój z Zachodu, którego i tak nie można było legalnie posłuchać.
Festiwal w Zielonej Górze miał też swoją specyfikę: nie był wyłącznie spektaklem muzycznym. To była manifestacja lojalności, rytuał jedności i okazja do pokazania, że potrafimy śpiewać po rosyjsku z taką pasją, jakby to był nasz drugi język ojczysty. Ale przecież nie wszyscy śledzili ten koncert z wypiekami na twarzy. Dla niektórych była to po prostu zwykła sobota. Dla innych – ciekawostka. A jeszcze inni – i do nich należał Wojtek – szukali w tych melodiach czegoś więcej niż tylko propagandy. Może harmonii? Może wzruszenia?
Z perspektywy lat Zielona Góra z 1969 roku wydaje się jednocześnie bliska i daleka. Tamte wieczory, w których całe rodziny zbierały się przy ekranie, miały swój rytm i sens. I choć dziś słowa „piosenka radziecka” wywołują różne emocje, to dla wielu ówczesnych widzów były po prostu częścią wieczoru przed telewizorem, jak herbata w szklance z metalowym koszyczkiem.
Dobranoc Państwu. Koniec programu na dziś. Proszę o wyłączenie odbiorników!



