Polskie kino lat 80. powstawało w wyjątkowo dusznym klimacie. Stan wojenny, szalejąca cenzura, pustki w sklepach i ogólne poczucie beznadziei sprawiły, że Polacy jak powietrza potrzebowali ekranowej odskoczni. Z jednej strony twórcy serwowali mroczne dramaty spod znaku kina moralnego niepokoju, z drugiej – rosło zapotrzebowanie na czysty eskapizm.
Właśnie w tę lukę wpisała się premiera z 22 września 1986 roku. Film „C.K. Dezerterzy” w reżyserii Janusza Majewskiego okazał się nie tylko frekwencyjnym hitem, ale też wielowymiarowym traktatem o wolności, oporze jednostki wobec absurdalnej machiny państwowej i nieuchronnym upadku imperiów.
Majewski idealnie czuł ten klimat. Zanim zabrał się za „Dezerterów”, dał się poznać jako mistrz przenoszenia na ekran ducha dawnej Mitteleuropy. Pokazał to w „Zaklętych rewirach” (z genialną rolą młodego Marka Kondrata), wysmakowanej „Lekcji martwego języka” czy „Sprawie Gorgonowej”. Tym razem powrócił do okresu schyłku Austro-Węgier, ale zmienił tonację: zrezygnował z mroku na rzecz ciętej, szwejkowskiej komedii.
Okoliczności powstania: Od koncepcji do międzynarodowej koprodukcji
Postawienie na nogi tak dużego projektu w realiach schyłkowego PRL-u graniczyło z cudem. Majewski chciał pokazać rozpad wielonarodowego imperium z odpowiednim rozmachem, dbałością o detale, językową mozaiką i autentycznymi plenerami. W szarej gospodarczej rzeczywistości połowy lat 80. polska kinematografia po prostu nie miała na to środków. Jedyną szansą była koprodukcja. Polski Zespół Filmowy „Zodiak” połączył więc siły z węgierskimi studiami Mafilm oraz SF Hunnia.
Wybór Budapesztu był strzałem w dziesiątkę nie tylko z finansowego punktu widzenia. Pokaźna część fabuły rozgrywa się w węgierskiej części monarchii habsburskiej, więc zaangażowanie tamtejszych aktorów i węgierskich plenerów dało filmowi autentyczny klimat.
Dla polskiej ekipy wyjazd na Węgry okazał się zresztą małym szokiem kulturowym. W porównaniu z przygnębiającą Warszawą z okresu po stanie wojennym, Budapeszt lat 80. witał ich kolorowymi wystawami, półkami uginającymi się od niedostępnych w Polsce towarów i odczuwalnym powiewem obyczajowej swobody. Dla filmowców z PRL-u węgierska stolica wyglądała niemal jak mityczny Zachód.
Literacki pierwowzór a koncepcja scenariuszowa
Fundamentem filmu stała się wydana w okresie międzywojennym powieść Kazimierza Sejdy o tym samym tytule – książka, którą częstokroć stawia się na jednej półce obok kultowych „Przygód dobrego wojaka Szwejka” Jaroslava Haška. Sejda stworzył epizodyczną i gawędziarską opowieść, będącą barwną mozaiką koszarowego życia i kolejnych ucieczek przed żandarmerią.
Przeniesienie tej prozy na ekran wymagało jednak zdecydowanego cięcia. Janusz Majewski połączył siły z czeskim scenarzystą Pavlem Hajným, by nadać rozlewnej historii przejrzystą, dwuczęściową strukturę. Razem dopisali wyraziste konflikty i mocniej zarysowali bohaterów.
Co ważne, adaptacja nie zagubiła ducha oryginału. Twórcy sprawnie skondensowali wątki i połączyli niektóre postacie, dzięki czemu wyciągnęli z prozy Sejdy to, co najlepsze: absolutny absurd wojennej machiny i słodko-gorzki heroizm.
Anatomia rozpadającego się imperium
Jednym z najsilniejszych atutów filmu jest nieskazitelna scenografia i mistrzowskie wykorzystanie autentycznych plenerów. Scenografowie Andrzej Haliński i Gábor Dóra mieli nie lada wyzwanie: nie tylko odtworzyć epokę, ale też oddać ducha odchodzącego w przeszłość, monumentalnego świata Austro-Węgier.
Polskie lokacje jako tło wojennej opresji
Zasadnicza część akcji toczy się na węgierskiej prowincji w miejscowości Sátoraljaújhely. Paradoksalnie, niemal całe życie koszarowe nakręcono w Polsce, a dokładniej w Twierdzy Modlin. Wybór tego ogromnego XIX-wiecznego kompleksu nie był przypadkowy. Monumentalna i surowa architektura działała jak więzienie bez krat. To właśnie w Modlinie powstawały słynne sceny zaprowadzania morderczego porządku przez von Nogaya, wyczerpujące musztry i potajemne narady dezerterów. Geometria twierdzy idealnie wtłaczała jednostkę w bezlitosną machinę państwa.
Równie ważną rolę w tworzeniu iluzji galicyjskiej i węgierskiej prowincji zagrał Zgierz. Dawne miasto włókiennicze z zachowanymi brukowanymi ulicami i starymi kamienicami było naturalnym planem zdjęciowym, wymagającym minimalnych dekoracji.
Węgierskie plenery: Vac i Budapeszt
Druga część filmu – czyli sama ucieczka i podróż w kierunku Wiednia – nabiera oddechu dzięki wspaniałym węgierskim plenerom. Miasteczko Sátoraljaújhely zagrał urokliwy Vác, który był dla ekipy prawdziwym skarbem. Prawie każdy budynek miał nienaruszoną elewację, dając operatorom ogromną swobodę.
To właśnie tam sfilmowano najważniejsze sekwencje:
- Okolice kościoła greckiego (ul. Katona): Dynamiczna scena otwierająca film, gdy Kania ucieka o poranku z ramion Mitzi przy dźwiękach dzwonów.
- Ulica Ilona (hostel Göncol House): Scena szantażowania przerażonego aptekarza przez polsko-węgierski patrol.
- Ulica Eszterházy: Słynny filmowy zamordyzm w wydaniu przybytku uciech – duszny, klimatyczny i pełen zabytkowych detali.
- Restauracja przy ul. Köztársaság: Miejsce, w którym patrol niecierpliwie wyczekuje majora Zehnhorsta.
Z kolei Budapeszt po prostu zagrał samego siebie. To tu powstały ujęcia dezerterów na Moście Łańcuchowym przy kamiennych lwach czy spacery koło kościoła św. Macieja. Jednak absolutnie kultowa jest sekwencja w Kąpielisku Termalnym Gellérta, gdzie pośród secesyjnych kolumn i witraży nakręcono scenę podglądania kąpiących się kobiet. Warto też wypatrywać ulicy Sztehlo, gdzie zagubieni bohaterowie pytają przechodniów o drogę na dworzec na tle mknącego tramwaju.
„C.K. Dezerterzy” to w gruncie rzeczy także klasyczny film drogi. Pociągowe wojaże ze sfałszowanymi blankietami kręcono na starych stacjach kolejowych. Kisterenye zagrała dworzec w Koszycach (starania o wbicie się do wagonu bez biletu), a stacja Rákospalota-Újpest w Budapeszcie udawała Trenczyn – to tam ekscentryczny „człowiek-guma” z młodocianym pomocnikiem obrabowują Kanię z gotówki.
A komiczna scena przywiązania nieznośnego żandarma do słupa semafora? To efektowny plener na uroczym odcinku kolejowym Pásztó – Szurdokpüspöki.
Fabuła: Anatomia buntu, anarchii i mechanizm ucieczki
Fabuła „C.K. Dezerterów” to misternie skonstruowana historia, która płynnie ewoluuje od ostrej wojskowej satyry po dynamiczny road movie. Jest rok 1918. Widmo nieuchronnej klęski w I wojnie światowej wisi nad Europą, a Austro-Węgry – jako sztuczny, wielonarodowy twór – trzeszczą w posadach i powoli walą się w gruzy.
Prowincjonalny dryl i terror von Nogaya
Film otwiera obraz zdegenerowanego garnizonu na węgierskiej prowincji. Stacjonująca tam zbieranina maruderów, dekowników i rekonwalescentów z najdalszych zakątków imperium trwa w stanie wygodnej, wojskowej homeostazy. Unikają frontu, symulują choroby, podkradają zaopatrzenie i korzystają z uroków lokalnego życia nocnego.
Ten chaotyczny mikrokosmos demoluje przyjazd nowego zastępcy dowódcy – austriackiego oberleutnanta Ernsta von Nogaya. To uosobienie pruskiego drylu: człowiek pozbawiony empatii, owładnięty fanatyczną wiarą w regulaminy i cywilizacyjną misję armii. Von Nogay z brutalną determinacją próbuje przekształcić zgraję indywidualistów w posłuszne mięso armatnie. Sypią się kary, szykany i upokarzające zbiórki.
Geneza spisku i pożar
W obliczu szykan von Nogaya pojawia się Jan Kania – błyskotliwy, sprytny i pełen osobistego uroku Polak z Galicji. Kania szybko pojmuje, że z porucznikiem nie wygra metodami regulaminowymi, a jedyną alternatywą dla pewnej śmierci w okopach jest ucieczka. Zawiązuje więc wielonarodowy spisek. Dołączają do niego: melancholijny Węgier Benedek, nieco wycofany Chudej, włoski krawiec Baldini oraz cyniczny, obdarzony genialnym zmysłem organizacyjnym Żyd, Moryc Haber.
To właśnie Haber, niczym mistrz logistyki, zdobywa in blanco blankiety rozkazów wyjazdu. Potrzeba jednak sporych funduszy na łapówki i przeżycie w trasie. Doskonałym kamuflażem do wdrożenia planu i zdobycia pieniędzy staje się celowo wywołany pożar kompanijnej kancelarii.
Iluzja wolności na torach
Wyposażona w fałszywe papiery piątka dezerterów wsiada do pociągu i rozpoczyna wielką odyseję przez ziemie walącego się mocarstwa. Pociągi i dworce stają się ich nowym domem, a film nabiera lekkiego tempa. Dezerterzy trafiają do Budapesztu, gdzie zachłannie próbują uroków życia – odwiedzają luksusowe restauracje, secesyjne termy i gubią się w miejskim tłumie.
Sielanka jest jednak podszyta ciągłym strachem. Uciekinierzy muszą stale lawirować między kontrolami żandarmerii, a ich śladem jak cień podąża wyjątkowo dociekliwy wachmistrz. Wreszcie pętla się zaciska – chwila gapiostwa na stacji kolejowej kończy się zdekonspirowaniem i ponownym aresztowaniem.
Sąd polowy i triumf absurdu
Pochwyceni bohaterowie wracają w kajdanach do macierzystego garnizonu. Choć państwo wokół nich dosłownie przestaje istnieć, wojskowa biurokracja organizuje sąd polowy. Von Nogay, opętany żądzą zemsty, domaga się dla nich kary śmierci przez rozstrzelanie.
Ten finał, którego w literackim pierwowzorze nie było, stanowi genialne domknięcie filmu. Gdy zapada wyrok, wojna dobiega końca, a monarchia habsburska przestaje istnieć. Bunt dezerterów okazuje się historycznie racjonalny, a cały opresyjny aparat państwowy ulega ostatecznej kompromitacji.
Bohaterowie uwięzieni w historii: Analiza postaci i rzemiosła aktorskiego
Za geniuszem „C.K. Dezerterów” stoi w dużej mierze castingiem. Janusz Majewski stworzył na ekranie pełnokrwistą galerię typów ludzkich, ściągając przed kamerę absolutną czołówkę polskiego, węgierskiego i czechosłowackiego aktorstwa. Wieloetniczność cesarsko-królewskiej armii (Kaiserlich und Königlich – stąd słynne C.K.) dała potężny ładunek humoru sytuacyjnego, wynikającego z zderzenia języków i kultur.
Kania i von Nogay: Starcie dwóch światów
Marek Kondrat jako Jan Kania stworzył ikoniczną kreację polskiego trickstera. Kania ma w sobie chłopięcy wdzięk, spryt i luzacką bezczelność. Z opresyjnym systemem nie walczy siłowo, ale używa inteligencji, kpiny i manipulacji. Jest antytezą biernego Szwejka: ma jasny cel, przejmuje inicjatywę i pociąga za sobą innych. Dla polskiego widza lat 80. był ucieleśnieniem tego, co w naszym charakterze najcenniejsze w trudnych czasach: zmysłu przetrwania i zachowania godności wbrew okolicznościom.
Melduję posłusznie, panie kapitanie, takie dostałem polecenie. Pan oberleutnant słusznie zauważył, że zawsze podczas inspekcji wywołuje się z szeregu największego bałwana, więc lepiej żeby nauczył się czegoś na pamięć, niż ma mówić od siebie. Faktycznie, tak to już jest, że najszybciej na siebie zwraca uwagę idiota.
Wojciech Pokora zagrał tu z kolei rolę swojego życia. Jego Ernst von Nogay to „wariat w gorsecie” – człowiek, którego przywiązanie do regulaminu ociera się o ciężką psychopatologię. Pokora w genialny sposób pokazał grozę ślepego fanatyka, dla którego przepis jest ważniejszy od człowieka. Jego piskliwy głos przechodzący w histeryczny krzyk, spazmatyczne ruchy i nerwowe tiki do dziś bawią do łez. Ostateczne upokorzenie von Nogaya w finale filmu to genialna metafora klęski każdego autorytaryzmu.
Drugi plan pełen perełek
- Moryc Haber (Wiktor Zborowski): Zborowski połączył w tej postaci cynizm z głębokim humanizmem. Haber to z jednej strony świetny krawiec, z drugiej – niezastąpiony fałszerz. Jego znajomość luk w biurokratycznej machinie czyni go w gruncie rzeczy najważniejszym i najbardziej użytecznym ogniwem ucieczki.
- Kapitan Wagner (Zbigniew Zapasiewicz): Zapasiewicz wniósł do komedii nutę szlachetnego tragizmu. Jego Wagner to arystokrata i inteligent, doskonale świadomy faktu, że jego świat właśnie się rozpada. Gdy von Nogay dostaje drgawek na widok nieprzepisowego guzika, Wagner w milczeniu popija koniak, z pobłażliwą godnością obserwując koniec mocarstwa.
- Żywioł kobiecy – Jędrusik i Gornostaj: Dom publiczny Madame Elli stanowi eksterytorialną wyspę przyjemności w świecie musztry i brudu. Kalina Jędrusik dała tu popis barokowego, przerysowanego erotyzmu jako doświadczona kurtyzana. Z kolei młodziutka Anna Gornostaj (Mitzi) stworzyła kapitalny kontrast – pozornego blond-niewiniątka o niezwykłym temperamencie. Obie bezlitośnie odzierają wojsko z patosu.
Dopełnieniem całości są genialne epizody:
- Krzysztof Kowalewski jako grubo ciosany i zorientowany na własne korzyści szef kompanii.
- Leon Niemczyk jako przerażająco skrupulatny wachmistrz żandarmerii depczący bohaterom po piętach.
- Mariusz Dmochowski jako wizytujący garnizon generał.
Paradoksy recepcji: Cenzura, WRON i generał Jaruzelski
Polska połowy lat 80. wciąż żyła traumą stanu wojennego. Na ulicach świeże było wspomnienie patroli ZOMO, masowych internowań i władzy Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego (słynnej „WRON-y”). W kinach wiejąca nudą klasyka albo kiepskie komedie rywalizowały z rosnącym w siłę rynkiem pirackich kaset VHS z Hollywood.
I oto pojawili się „C.K. Dezerterzy”. Janusz Majewski zarzekał się, że chciał po prostu odciąć się od bieżącej polityki i nakręcić czystą rozrywkę osadzoną w realiach sprzed 70 lat. Jednak polska publiczność natychmiast odczytała film jako genialną alegorię. Widzowie bez trudu utożsamili absurdalny regulamin habsburskiej armii z opresją WRON-u, a w bezdusznym dręczeniu żołnierzy przez von Nogaya dostrzegli brutalną karykaturę junty Jaruzelskiego. Bunt dezerterów stał się na ekranie zastępczym symbolem własnego oporu i marzenia o wolności.
Dopiero publiczność mi powiedziała, jak ona to odbiera. Jak zrobiłem Dezerterów, to choć stan wojenny się skończył, ale skutki i pamięć o nim trwała, ze zdumieniem skonstatowałem, że ludzie odbierają ten film jako aluzję do rządów wojska i osławionej wrony.
— Janusz Majewski w wywiadzie dla PAP Life
Mogłoby się wydawać, że Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk zmasakruje ten film. Drwiny z wojskowego drylu i patriotycznych świętości były przecież na cenzurowanym. Cenzura owszem, dokonała drobnych cięć (które po latach przywrócono przy rekonstrukcji cyfrowej), ale prawdziwe kuriozum rozegrało się na samym szczycie władzy.
Film nie trafił jednak na półkę. Wręcz przeciwnie – zachwycił się nim sam generał Wojciech Jaruzelski. Architekt stanu wojennego najwyraźniej nie dostrzegł w wykrzywionym von Nogayu ani w głupkowatym generale ani źdźbła własnego odbicia. A może – podchodząc do sprawy cynicznie – uznał, że pozwolenie Polakom na wyśmianie archaicznej austriackiej armii zadziała jak idealny wentyl bezpieczeństwa do rozładowania społecznych napięć.
Odbiór krytyczny i frekwencja w kinach
W 1986 roku „C.K. Dezerterzy” wywołali w kinach prawdziwy szturm – film obejrzało ponad 7 milionów widzów! W czasach postępującego kryzysu, pustoszejących sal kinowych i rosnącej konkurencji ze strony kaset VHS, był to wynik kosmiczny, stawiający dzieło Majewskiego w ścisłym panteonie polskich blockbusterów.
Widzowie byli zachwyceni, ale krytycy – jak to często bywa – kręcili nosem. Branżowe magazyny, takie jak „Kino” czy „Film”, podeszły do obrazu z dużą dozą rezerwy. Recenzenci byli niemal jednomyślni co do pierwszej części: chwalono ją pod niebiosa za genialne wyczucie narodowościowych niuansów, porywające tempo i komediową precyzję w pokazywaniu habsburskiego drylu.
Schody zaczynały się w części drugiej. Wielu krytyków zarzucało jej wyraźny spadek tempa i utratę pierwotnej ostrości na rzecz prostszego kina przygodowego. Nie brakowało też głosów skrajnie surowych, które w ogóle kwestionowały komizm filmu i uważały go za zbyt błąkający się po manowcach.
Niezależnie jednak od opinii recenzentów, to publiczność wydała ostateczny wyrok frekwencją w salach kinowych.
Dziedzictwo i wielowymiarowość „C.K. Dezerterów”
Mimo komediowej formy „C.K. Dezerterzy” pozostają jednym z najbardziej dojrzałych i wyrafinowanych dzieł polskiego kina lat 80. Janusz Majewski dokonał rzeczy z pozoru niemożliwej: przetransponował anegdotyczną i lekko zakurzoną powieść w porywające widowisko. Poddał w nim precyzyjnej wiwisekcji bezduszny aparat przemocy, robiąc to na tyle sprytnie, by przemknąć pod nosem komunistycznej cenzury.
Siedem milionów Polaków, którzy w 1986 roku pękali ze śmiechu w kinach, patrzyło na węgierski garnizon i absurdalne Austro-Węgry. W rzeczywistości jednak wszyscy śmiali się z otaczającej ich ponurej rzeczywistości pod szyldem WRON-u.
Marek Kondrat, Wojciech Pokora czy Zbigniew Zapasiewicz stworzyli tu kreacje absolutne, które na stałe wpisały się w popkulturę i wyobraźnię widzów. Majewski udowodnił, że kino mądre i przemyślane może być jednocześnie niesamowicie atrakcyjne, rozrywkowe i rzemieślniczo perfekcyjne. „C.K. Dezerterzy” do dziś przypominają, że w zderzeniu z bezduszną machiną historii ostatecznym zwycięzcą niemal zawsze okazuje się wolny, uzbrojony w ironię ludzki duch.



