18 października 1976 roku polska komedia przestała być grzeczna. Premiera „Bruneta wieczorową porą” to moment, w którym Stanisław Bareja porzucił bezpieczne obyczajówki na rzecz czystego, drapieżnego surrealizmu.
Zrealizowany w Zespole Filmowym „Pryzmat” obraz to bezlitosna diagnoza gierkowskiej rzeczywistości, która zaczynała trzeszczeć w szwach. Bareja stworzył tu unikalny kod wizualny, który do dziś stanowi najlepszy podręcznik do zrozumienia mentalności homo sovieticus w wersji nadwiślańskiej. Jeśli chcecie wiedzieć, jak system potrafił osaczyć człowieka, nie znajdziecie lepszego klucza niż ten film.
Dekada gierkowska u progu kryzysu: Gdy propaganda zderza się ze ścianą
Żeby zrozumieć „Bruneta wieczorową porą”, trzeba poczuć klimat połowy lat 70. Z głośników płynęła jeszcze gierkowska propaganda sukcesu, ale ludziom stojącym w kolejkach coraz głośniej burczało w brzuchach. Rok 1976 był momentem, w którym maski opadły – strajki w Radomiu i Ursusie pokazały, że „szklane domy” to tylko makieta. W tym dusznym klimacie film Barei zadziałał jak wentyl bezpieczeństwa. Ludzie wreszcie zobaczyli na ekranie swoje codzienne upokorzenia, ale podane w formie, która pozwalała się z nich gorzko śmiać.
Sam Bareja też przeszedł wtedy swoistą metamorfozę. Pamiętacie jego wczesne kryminały, jak „Kapitan Sowa na tropie”? Tam milicja działała jak w zegarku, a świat był logiczny i przewidywalny. Ale w duecie ze Stanisławem Tymem reżyser zrozumiał jedno: Polski Ludowej nie da się opisać racjonalnie.
„Brunet wieczorową porą” był ich pierwszym tak radykalnym skokiem w przepaść absurdu. Intryga kryminalna? To tylko pretekst. Prawdziwym bohaterem (i złoczyńcą) jest tutaj systemowa paranoja, która z normalnego człowieka potrafi zrobić wariata w jeden wieczór.
Fabuła: Gdy wróżba staje się wyrokiem
Cała fabuła to scenariuszowy majstersztyk oparty na jednym, genialnie prostym pomyśle. Do mieszkania Michała Romana – poczciwego korektora, który w życiu muchy by nie skrzywdził – puka Cyganka. Jej wróżba to mieszanka wybuchowa: zgubiony zegarek, wygrana w totka i morderstwo. Wieczorem Michał ma zabić bruneta.
Jutro, kiedy słońce się schowa, brunet wieczorową porą do ciebie zapuka… krew widzę! Ty go zabijesz! Nie chcesz, a zabijesz! Ukryj go! Nikomu nie mów! Nie dowie się nikt! Zakop!
Wybór Cyganki na posłańca losu to genialny prztyczek w nos ówczesnej władzy. W kraju, który oficjalnie wierzył tylko w marksistowski materializm i naukowe planowanie pięciolatek, ludzie paradoksalnie ufali tylko irracjonalnym zabobonom. Skoro system był nielogiczny, to i przyszłość musiała być zapisana w kartach, a nie w planach gospodarczych.
Kiedy kolejne punkty przepowiedni zaczynają się odhaczać (jest zegarek, jest kasa!), Michała zamiast euforii ogarnia paraliżujący strach. Zaczyna widzieć w każdym brunecie trupa, którego będzie miał na sumieniu. Jego desperacka próba ucieczki z domu, by oszukać przeznaczenie, zmienia się w surrealistyczny rajd przez Warszawę – miasto, które w obiektywie Barei jest skrajnie wrogie jednostce.
Finał? Śmierć Dzidka Krępaka, bruneta z Ciechocinka, to czysty przypadek. Ale w świecie rządzonym przez przepowiednię przypadek nie ma prawa bytu. Michał zostaje z ciałem, motywem i armią „życzliwych” sąsiadów, którzy tylko czekają, by go zakapować. Śledztwo, które podejmuje z przyjacielem Kazikiem, to już nie jest walka o alibi – to desperacka próba uratowania resztek zdrowego rozsądku w świecie, który dawno go postradał.
Michał Roman: Everyman w futrzanej czapce
Główny bohater, brawurowo zagrany przez Krzysztofa Kowalewskiego, to postać, w której każdy Polak w 1976 roku mógł przejrzeć się jak w lustrze. Michał Roman nie jest herosem. To masywny brunet w szarym swetrze i legendarnej już futrzanej czapce z daszkiem. To człowiek-cień, niemal niewidzialny dla otoczenia. Taksówkarze go omijają, znajomi ledwo dostrzegają, a we własnym domu pełni rolę wielofunkcyjnego automatu do zarabiania pieniędzy i spełniania poleceń żony.
Ta społeczna „przezroczystość” to jego przekleństwo, ale i źródło genialnego komizmu. Michał dusi się w oparach absurdu, a jego jedynym marzeniem jest święty spokój.
Kowalewski balansuje tutaj na cienkiej granicy. Z jednej strony: Michał Roman to dobroduszny ciamajda, którego każdy może przesunąć jak pionek na szachownicy. Z drugiej: człowiek przyparty do muru, który w obliczu wizji więzienia potrafi zdobyć się na desperacki, niemal heroiczny zryw.
Michał Roman to symbol milionów ludzi z tamtej epoki. Reprezentuje tę część społeczeństwa, która po prostu chciała godnie żyć, ale system (i „życzliwe” otoczenie) nieustannie podstawiały jej nogę, zmuszając do wejścia w sam środek surrealistycznej gry.
Galeria typów spod ciemnej gwiazdy: Mistrzowie epizodu
W „Brunecie wieczorową porą” nie ma ról nieistotnych. Bareja dobrał obsadę jak do meczu o wszystko – każdy, kto pojawia się na ekranie choćby na minutę, zostawia po sobie kultowy tekst lub scenę.
Kazik (Wiesław Gołas): Agent od spraw beznadziejnych
Kazik to postać mityczna. W swoim nieśmiertelnym golfie i wojskowej kurtce jest jedynym przewodnikiem, który potrafi przeprowadzić Michała przez labirynt PRL-owskich układów. Smaczku dodaje fakt, że Wiesław Gołas gra tu antytezę swoich dawnych ról (jak Kapitan Sowa). Zapomnijcie o policyjnej logice – Kazik stosuje logikę przetrwania. Tu nie liczy się prawda, ale to, co wpiszą do protokołu na komendzie.
Sąsiedzi: Prywatna bezpieka
Postacie grane przez Wojciecha Pokorę i Janinę Traczykównę to najciemniejsza strona tamtych lat – całkowity uwiąd zaufania.
- Kowalski (Pokora): Mistrz inwigilacji zza firanki.
- Lucyna Barańczak (Traczykówna): Z niemal religijnym zapałem tropi każdy błąd sąsiada.
Bareja bezlitośnie pokazuje, że system nie potrzebował nowoczesnych podsłuchów. Wystarczył czujny sąsiad w kożuchu z białym kołnierzem, który zawsze wiedział lepiej, co robisz po dobranocce.
Epizody, które stały się legendą
To właśnie w „Brunecie wieczorową porą” narodził się czysty „bareizm”:
- Jan Kobuszewski: Jako kierowca MPO wywożący śnieg to chodząca definicja gospodarki planowej. Praca nie musi mieć sensu – ważne, żeby w papierach się zgadzało.
- Józef Nalberczak: Taksówkarz-filozof, który zamiast patrzeć na licznik, przeprowadza na pasażerze agresywną analizę rzeczywistości.
- Andrzej Fedorowicz: Mechanik i jego legendarne „zarobiony jestem!”. Te dwa słowa do dziś stanowią uniwersalną tarczę każdego fachowca, który nie ma zamiaru ruszyć palcem.
PRL w soczewce: Systemowa paranoja i linka holownicza u rzeźnika
Bareja w „Brunecie wieczorową porą” nie musiał silić się na wymyślanie fantastycznych światów. Wystarczyło, że wyszedł z kamerą na ulicę i lekko podkręcił kontrast. Efekt? Powstał bezcenny zapis codzienności, która z perspektywy czasu wydaje się snem wariata.
Gospodarka niedoboru, czyli załatwianie zamiast kupowania
W świecie Michała Romana pieniądze to tylko papierki . Prawdziwą „walutą” są znajomości i dostęp do towarów spod lady. Kwintesencją tego absurdu jest scena w sklepie mięsnym. Pamiętacie? Próba nabycia linki do samochodu u rzeźnika to nie jest żart, to strategia przetrwania. Bareja bezlitośnie pokazuje, że w PRL-u każda zakupowa transakcja była albo upokorzeniem, albo skomplikowaną operacją wywiadowczą.
Podobnie wygląda relacja z panem fachowcem. Warsztat samochodowy to nie punkt usługowy, to świątynia, w której klient jest intruzem, a naprawa auta to akt łaski ze strony wiecznie „zarobionego” mechanika.
Propaganda kontra korki
Reżyser z niesamowitą zjadliwością przejechał się po ówczesnych mediach. Kiedy legendarni spikerzy – Krystyna Loska i Jan Suzin – proszą widzów o wyłączenie telewizorów, by nie spalić sieci energetycznej, Bareja puszcza oko do widza.
Dobry wieczór państwu. Minęła godzina 20:53. Za chwilę przedstawimy ostatni odcinek serialu „Poprzez prerię Arizony”. Ze względu na ogromne zainteresowanie serialem prosimy telewidzów o wyłączenie telewizorów, ponieważ podwyższony pobór mocy może spowodować częściową awarię w podstacji.
To była jawna kpina z mocarstwowych ambicji kraju, który ogłaszał się „dziesiątą potęgą gospodarczą świata”, a nie potrafił zapewnić prądu na wieczorny film.
Butelki i lekcja historii
Majstersztykiem demaskującym ideologiczną nowomowę jest scena w muzeum. Nauczycielka z zapałem tłumaczy dzieciom, jak to szlachta rozpijała lud, pokazując gablotę z pustymi butelkami. Kiedy w środku ląduje współczesna butelka po wodzie należąca do sprzątaczki, narracja się nie zmienia – ideologia przyjmie każdą treść, byle zgadzała się z linią partii. To Bareja w pigułce: demaskowanie mitów budowanych na fundamencie bylejakości.
Warsztat: Postmodernizm, zanim to było modne
„Brunet wieczorową porą” to nie tylko zbiór skeczów. To kino niezwykle samoświadome. Eksperci, jak choćby Robert Birkholc, słusznie zauważają, że Bareja bawił się formą na długo przed tym, zanim postmodernizm na dobre rozgościł się w kinie. Reżyser żongluje stylami, miesza gatunki i puszcza oko do widza, tworząc filmową układankę, która wyprzedzała swoje czasy.
Obraz i dźwięk: Thriller w oparach szarzyzny
Za kamerą stanął Wiesław Zdort i zrobił coś niesamowitego. Zamiast płaskiej, telewizyjnej estetyki, dostaliśmy:
- Deformujące obiektywy: Szerokie kąty, które sprawiają, że twarze i pomieszczenia wydają się dziwne, niemal wykrzywione.
- Mroczne oświetlenie: W kulminacyjnych scenach film nagle przestaje być komedią, a zaczyna przypominać rasowy thriller lub kino grozy. To nie przypadek – tak właśnie wyglądał świat oczami osaczonego Michała Romana.
A w tle? Waldemar Kazanecki i kultowa „Cygańska jesień” w wykonaniu Anny Jantar. Ta muzyka to genialny kontrapunkt. Podczas gdy na ekranie oglądamy brud, kolejki i ludzką małość, w uszach brzmi nam melancholijna, niemal magiczna nuta. To właśnie ta mieszanka śmiechu i smutku jest znakiem rozpoznawczym najlepszych dzieł Barei.
Dubbingowe łamigłówki
Techniczna strona filmu kryje też kilka smaczków dla prawdziwych kinomanów. Czy wiedzieliście, że wiele postaci mówi nie swoimi głosami?
Najciekawszy jest przypadek lakiernika Lucka. Postać na ekranie ma twarz Andrzeja Fedorowicza, ale mówi głosem Stanisława Tyma. To jeden z nielicznych śladów obecności współscenarzysty w gotowym filmie po ich głośnym konflikcie.
Z kolei niepokojąca, groteskowa Cyganka zyskała swój unikatowy charakter dzięki głosowi Anny Jaraczówny. Takie zabiegi budują tę specyficzną, lekko odrealnioną atmosferę, w której nic nie jest do końca tym, czym się wydaje.
Kulisy produkcji: Tajemniczy Andrzej Kill
Historia powstania filmu jest niemal tak absurdalna jak przygody Michała Romana. Mało kto wie, że na planie doszło do prawdziwego trzęsienia ziemi na linii Bareja – Tym. Choć panowie rozumieli się bez słów w kwestii kpiarskiego widzenia rzeczywistości, przy „Brunecie wieczorową porą” ich drogi się rozeszły.
Stanisław Tym, jako współscenarzysta, był bezlitosny: zarzucał Barei brak precyzji i fabularne dziury. Spór był tak ostry, że Tym – który pierwotnie miał zagrać główną rolę – rzucił ręcznik. Nie tylko oddał rolę Krzysztofowi Kowalewskiemu, ale też zażądał usunięcia swojego nazwiska z napisów.
Staszek od początku imponował mi swoim kpiarskim widzeniem rzeczywistości, wielką ironią. Fabuła „Bruneta wieczorową porą” wydała mi się jednak niedopracowana, w niektórych sytuacjach brakowało puenty. Staszek mówił, że już nic nie jesteśmy w stanie zmienić. Docieraliśmy się w warunkach bojowych. Doszło do konfliktu między nami. Wycofałem swoje nazwisko, zastępując je pseudonimem Andrzej Kill.
— Wspomnienie Stanisława Tyma w książce Macieja Replewicza „Stanisław Bareja. Król krzywego zwierciadła”, Wydawnictwo: Zysk i S-ka , Poznań 2009
I tak oto w czołówce pojawił się mityczny Andrzej Kill. To nazwisko to oczywiście czarny humor i puszczenie oka do widza (ang. kill – zabić), co idealnie pasowało do pechowego trupa w szafie Michała Romana.
Smaczki z planu: Czego nie zauważyliście za pierwszym razem?
Nawet jeśli oglądaliście „Bruneta wieczorową porą” dziesiątki razy, niektóre detale mogły Wam umknąć. Bareja był mistrzem ukrywania znaczeń tam, gdzie nikt się ich nie spodziewał.
Reżyser jako pijaczek
Tradycją Barei były jego krótkie występy, czyli tzw. cameo. Tutaj wcielił się w rolę pijaczka na przystanku. To nie był tylko żart – to sygnał dla wiernych fanów: „Jestem tu z Wami, w tym samym absurdalnym świecie”.
Mama w czerwonym kapeluszu
Pamiętacie tajemniczą kobietę w czerwonym kapeluszu, o której wspominała Cyganka? W scenie milicyjnej inwigilacji zagrała ją Stanisława Bareja, matka reżysera. To dodaje scenie przesłuchania specyficznego, czarnego humoru, o którym wiedzieli tylko nieliczni.
Wieczór w pełnym słońcu
To jeden z najbardziej klasycznych „błędów” filmu. Akcja dzieje się w grudniu, kiedy o 18:00 powinno być ciemno jak w grobie, tymczasem na ekranie często widzimy piękne, popołudniowe słońce. Czy to niedopracowanie? A może kolejny dowód na to, że w świecie Barei nawet prawa fizyki i astronomii muszą ustąpić przed systemową nielogicznością?
Aktorska partyzantka
W epizodach pojawiają się legendy: Zdzisław Maklakiewicz jako kustosz muzeum czy Jan Himilsbach jako pan Jasio. Ich obecność była manifestem solidarności. Oficjalna krytyka niszczyła Bareję w recenzjach, więc najlepsi aktorzy tamtych lat przychodzili do niego choćby na minutę, by pokazać, że są po jego stronie.
Bareizm jako kod kulturowy: Dlaczego wciąż się śmiejemy?
Mimo że od premiery filmu minęło już pół wieku, „Brunet wieczorową porą” nie chce się zestarzeć. Dlaczego? Bo Bareja, zamiast ścigać się z wielką historią, uchwycił uniwersalne cechy naszego narodowego charakteru, które są kompletnie odporne na zmiany ustrojów.
Mało kto pamięta, że termin „bareizm” został ukuty przez Kazimierza Kutza jako obelga. Miało to oznaczać coś w złym stylu, siermiężnego i niedopracowanego. Dla Barei był to bolesny cios, ale czas pokazał, że to on miał rację. Właśnie ten „zły styl” – brudny, autentyczny i pełen niedoróbek – był jedynym uczciwym sposobem na pokazanie polskiej rzeczywistości. Estetyczne, czyste kadry byłyby w tamtych czasach po prostu kłamstwem.
Ale kochany! Nie ma żadne „tylko”. Żadnej roboty nie wezmę, nie wiem, nie znam się, nie orientuję się, zarobiony jestem.
Z „Bruneta wieczorową porą” do naszych domów, biur i kolejek trafiły frazy, które dziś żyją własnym życiem. Często używają ich ludzie, którzy PRL znają tylko z opowieści:
- „Nie wiem, nie znam się, nie orientuję się, zarobiony jestem!” – to nieśmiertelna tarcza każdego, kto chce uniknąć odpowiedzialności. Od mechanika z 1976 roku po dzisiejszego kuriera czy urzędnika.
- „Przechodniu, trzymaj się zebry!” – absurdalne pouczenie milicjanta to szczyt państwowego paternalizmu, który wciąż pobrzmiewa w niektórych przepisach.
- „Czerwony kapelusz jest właściwie zawsze podejrzany” – genialny skrót myślowy opisujący naszą narodową paranoję i wieczne szukanie wroga tam, gdzie go nie ma.
Podsumowanie: Lustro, które nie kłamie
„Brunet wieczorową porą” przestał być zwykłą komedią kryminalną. Stał się narzędziem do oswajania absurdów – kiedyś tych biurokratycznych, dziś tych korporacyjnych. Bareja pokazał nam, że jedyną bronią w starciu z nielogicznym światem jest śmiech.
Dziś, patrząc na przygody Michała Romana, nie widzimy tylko dawno minionej epoki kolejek i braku sznurka do snopowiązałek. Widzimy nas samych, wciąż szukających logiki w świecie, który co chwila podsuwa nam pod nos „bruneta wieczorową porą”. I choć systemy się zmieniają, jedna rzecz pozostaje stała: Cyganka wciąż mówi prawdę, a my wciąż próbujemy oszukać przeznaczenie w futrzanej czapce na głowie.

