Siedem życzeń: Hator, hator, hator! w realiach późnego PRL-u

Szare bloki, czarna magia i głos Macieja Zembatego. Przypomnij sobie fenomen serialu Siedem życzeń i egipskiego kota Rademenesa.

Jeśli na dźwięk słowa „Hator” czujecie dreszcz na plecach, a w głowie od razu zaczyna brzmieć piosenka Wandy i Bandy, to znak, że wychowaliście się w odpowiedniej dekadzie. Serial „Siedem życzeń” w reżyserii Janusza Dymka to nie jest bajka z lat 80. To absolutny fenomen, który mimo upływu lat wciąż ma status produkcji kultowej. Jak to możliwe, że opowieść o gadającym kocie Rademenesie przetrwała próbę czasu, łącząc w sobie baśniową magię, szarość późnego PRL-u i rockowy pazur?

Przyglądając się dzisiaj tym siedmiu odcinkom, odkrywamy coś więcej niż tylko rozrywkę dla młodzieży. To fascynujący zapis skomplikowanej tkanki społecznej Polski u progu transformacji. Choć w napisach końcowych widnieje rok 1983, serial tak naprawdę powstał w 1984 roku, stając się poligonem doświadczalnym dla nowatorskich efektów specjalnych i – co ciekawsze – dla odważnych komentarzy obyczajowych. Twórcom udało się przemycić pod nosem cenzury treści, które do dziś uderzają trafnością i autentyzmem.

Jak czarny kot ze Szwajcarii trafił na polskie blokowisko?

Skąd w ogóle wziął się pomysł na serial, który wywrócił do góry nogami ówczesną telewizję dla młodzieży? To był efekt genialnego splotu okoliczności i buntu przeciwko sztywnym programom edukacyjnym. Twórcy – Andrzej Kotkowski i Maciej Zembaty – postawili na bohatera, w którym każdy dzieciak z osiedla mógł przejrzeć się jak w lustrze. Dariusz Tarkowski nie był ideałem: miał kłopoty w szkole, spięcia z rodzicami i codzienne dylematy, które nagle zderzyły się z siłami nie z tego świata.

Sercem tej historii stał się oczywiście Rademenes. Mało kto wie, że inspiracja dla tej postaci przyszła do Macieja Zembatego w dość nietypowy sposób w Szwajcarii. To właśnie tam, w jednym z lokalnych kabaretów, Zembaty zobaczył występ tresowanego kota. Ta scena tak zapadła mu w pamięć, że postanowił stworzyć postać zwierzęcia, które nie jest tylko maskotką czy niemym tłem. Dzięki mrocznemu poczuciu humoru Zembatego, Rademenes stał się autonomicznym bytem, mentorem i ironicznym przewodnikiem.

Realizacja tego pomysłu w realiach PRL-u 1984 roku graniczyła jednak z cudem. Produkcja była logistycznym torem przeszkód – w czasach, gdy brakowało wszystkiego, od taśmy filmowej po nowoczesny sprzęt, Janusz Dymek dokonał niemożliwego. Udało mu się stworzyć spójny, intrygujący świat, w którym szarość warszawskiej wielkiej płyty płynnie mieszała się z egzotyczną magią starożytnego Egiptu. Zamiast propagandowej laurki, dostaliśmy opowieść z głębią, której nikt się nie spodziewał.

Warszawa, Warna i Wedel

„Siedem życzeń” to absolutny wehikuł czasu. Serial nie tylko opowiada historię, ale też dokumentuje architekturę Warszawy lat 80., grając kontrastem między betonozą a magią, która czaiła się za rogiem.

Gocław, Jelonki i mieszkanie na dziesiątym piętrze

Główną areną przygód Darka stało się nowiutkie wtedy osiedle Gocław-Orlik. Co ciekawe, ekipa zostawiła po sobie coś więcej niż filmowe wspomnienia. Zbudowany na potrzeby serialu plac zabaw służył dzieciakom z Gocławia jeszcze przez lata.

Jeśli zaś chodzi o domowe pielesze rodziny Tarkowskich, to tutaj twórcy nieco oszukiwali. Choć filmowo byliśmy na Gocławiu, wnętrza kręcono na Jelonkach, w bloku przy Lazurowej 6. Plan urządzono na samym szczycie bloku, na dziesiątym piętrze. Dzięki wykorzystaniu przestrzeni poddasza, mieszkanie Darka miało specyficzny, nieco artystyczny klimat, który sugerował, że Tarkowscy – jak na realia PRL-u – żyli całkiem komfortowo.

Od Reytana po FSO

Szkołę Darka „zagrało” VI LO im. Tadeusza Reytana. Surowe mury szkoły przy Wiktorskiej idealnie oddawały klimat ówczesnej edukacji: dzwonki, rygor i szare korytarze. Z kolei dorośli bohaterowie zabierali nas w miejsca kultowe dla polskiego przemysłu, jak chociażby żerańskie FSO.

Zobacz także: Siedem życzeń — twórcy serialu, obsada aktorska oraz streszczenie odcinków

Jednak największym wyzwaniem była wizyta u Wedla. To brzmi jak żart, ale o zgodę na wejście z kamerą do fabryki czekolady twórcy zabiegali aż pięć lat. Pismo wysłano w 1978 roku, a zdjęcia ruszyły dopiero w 1983. Dla dzieciaków siedzących przed telewizorami w czasach kartek na żywność, widok taśmociągów pełnych słodyczy był bardziej fantastyczny niż wszystkie czary Rademenesa razem wzięte.

Egipt w Bułgarii

Największym wyzwaniem był jednak odcinek „Klątwa bogini Bast”. Starożytny Egipt w środku polskiego kryzysu? Wycieczka nad Nil nie wchodziła w grę, więc ekipa musiała wykazać się kreatywnością. Rolę pustynnych krajobrazów przejęły okolice bułgarskiej Warny, a egipskie kamieniołomy udawał nasz rodzimy Kazimierz Dolny. Trzeba przyznać, że na ekranie ta mistyfikacja wyszła nadzwyczaj przekonująco.

Triumf cenzury, czyli dlaczego Rademenes musiał czekać 2 lata

Choć „Siedem życzeń” ukończono w 1984 roku, to na ekrany telewizorów trafił on dopiero 1 stycznia 1986 roku. Dlaczego gotowy serial musiał kisić się na półce przez dwa lata? Odpowiedź kryje się w mrokach gmachu przy ulicy Mysiej, gdzie urzędowali peerelowscy cenzorzy.

System kontra zepsuta winda

Władza ludowa nie przepadała za lustrem, w którym odbijała się szara rzeczywistość. Serial Janusza Dymka, mimo że teoretycznie adresowany do dzieci, bezlitośnie punktował absurdy PRL-u. Wiecznie zepsute windy w wieżowcach, zrzędliwy dozorca Rosolak (którego imię było zresztą czytelnym mrugnięciem okiem do widzów) i ogólna betonoza Gocławia kłóciły się z oficjalną propagandą sukcesu. Dla urzędników ten realizm był zbyt realistyczny.

Głos, który niepokoił

Kolejnym problemem był sam Maciej Zembaty. Artysta o niepodrabialnym, ironicznym stylu, zaangażowany w działania niezależne, był dla systemu postacią podejrzaną. Jego niski, momentami wręcz demoniczny głos, którym przemawiał Rademenes, budził u decydentów niepokój. Zastanawiano się, czy w tych kocich mądrościach nie kryją się jakieś wywrotowe, polityczne aluzje: czy czarny kot z egipskim rodowodem nie namawia polskiej młodzieży do buntu przeciwko systemowi?

Symboliczna premiera

Dwuletnie „półkownikowanie” było typową karą dla niepokornych twórców. Jednak los bywa przekorny. Premiera ostatecznie odbyła się w środę, 1 stycznia 1986 roku. Data była wręcz genialna – to właśnie w środy Darek wypowiadał swoje życzenia. To symboliczne zgranie czasu sprawiło, że pojawienie się Rademenesa było jeszcze bardziej magiczne.

Nie tylko Darek i Rademenes: Galeria postaci, które skradły show

Sukces „Siedmiu życzeń” to w dużej mierze zasługa obsady. Twórcy wykonali genialny ruch, mieszając młodych naturszczyków z absolutnymi legendami polskiego ekranu. Dzięki temu postacie nie są „papierowe” – mają swoje fochy, problemy i specyficzny, słodko-gorzki urok.

Darek Tarkowski: Chłopak z sąsiedztwa

Daniel Kozakiewicz jako Darek był strzałem w dziesiątkę. Nie grał idealnego, ułożonego pioniera, ale chłopaka, z którym każdy mógłby pójść na wagary. Spóźnialski, wiecznie podpadający nauczycielom, z matematyką na bakier – Darek był po prostu jednym z nas. Jego relacja z Rademenesem to nie tylko magia, ale przyspieszony kurs dorosłości. Każde życzenie, które miało być drogą na skróty, okazywało się lekcją o tym, że za każdy bonus od losu trzeba zapłacić jakąś cenę.

Rademenes: Trzy koty i głos Macieja Zembatego

Postać Rademenesa to majstersztyk, ale jego stworzenie było drogą przez mękę. Czy wiedzieliście, że w rolę czworonoga wcieliły się aż trzy różne koty? Praca z nimi wymagała od ekipy anielskiej cierpliwości: jeden uciekł z planu, drugi był tak spokojny, że zyskał miano „melepety”, a trzeci panicznie bał się świateł.

Zwierzak, którego widzimy w scenach mówionych, to kocia pacynka. Jak ktoś się dobrze przyjrzy, od razu dostrzeże, że ma szklane oczy. Jej filmowanie wiązało się z ogromną pracą. Robiono to na tysiąc klatek, w różnych pozycjach, potem żmudnie przez wiele miesięcy montowano. Dziś byłaby to łatwizna.

— Dariusz Kozakiewicz dla portalu Onet.pl – Paweł Piotrowicz „Daniel Kozakiewicz wraca do Polski po dekadzie w Peru”

Głos Macieja Zembatego nadał mu jednak ostateczną, mistyczną głębię. Gdy Rademenes zwracał się do chłopca per „Dariuszu”, od razu czuło się, że mamy do czynienia z mędrcem, a nie zwykłym dachowcem. A co z mówieniem? Kiedy kot otwierał pyszczek, na ekranie widzieliśmy specjalną pacynkę ze szklanymi oczami, animowaną klatka po klatce. Efekt? Do dziś te sceny mają swój niepokojący, unikalny klimat.

Drugi plan, czyli prawdziwe polskie życie

W rolach drugoplanowych mamy prawdziwe perły:

  • Izabella Olejnik i Witold Dębicki jako rodzice Darka – idealnie oddali klimat zmęczenia i racjonalizmu dorosłych w świecie kolejek i braków.
  • Zbigniew Buczkowski jako dozorca Rosolak – to postać-legenda. Buczkowski stworzył tu tragikomiczny portret pana i władcy bloku, uosobienie biurokracji, z którą każdy mieszkaniec wielkiej płyty musiał walczyć na co dzień.

W epizodach błyszczeli tacy giganci jak Artur Barciś (jako nauczyciel polskiego) czy Bronisław Pawlik, który jako srogi dyrektor szkoły potrafił wzbudzić respekt samym spojrzeniem.

Od egoizmu do altruizmu: Siedem życzeń i siedem lekcji

Fabuła zaczyna się klasycznie: Darek ratuje czarnego kota przed osiedlowymi chuliganami. W podzięce za ratunek dachowiec przemawia ludzkim głosem. Rademenes obiecuje spełnić siedem życzeń – po jednym w każdą kolejną środę (dzień ocalenia). Ale jeśli myślicie, że to prosta opowieść o tym, jak fajnie jest mieć dżina, to jesteście w błędzie.

Pułapka posiadania i lekcja władzy

Początki są typowe dla trzynastolatka z PRL-u. Darek marzy o nowoczesnym sprzęcie muzycznym. To życzenie to czysty obraz tamtych czasów – marzenie o odrobinie Zachodu w bloku z wielkiej płyty. Jednak szybko okazuje się, że rzeczy materialne to dopiero początek. Gdy w odcinku „Spojrzenie Faraona” chłopak chce mieć władzę nad dorosłymi, sytuacja wymyka się spod kontroli. Darek dostaje ważną lekcję: autorytetu i relacji nie da się zbudować wypowiedzeniem życzenia.

Być dorosłym? To wcale nie takie proste!

Przełom następuje w trzecim odcinku. Darek, zmęczony byciem dzieckiem, chce stać się dorosłym. Zamienia się fizycznie w swojego ojca i boleśnie zderza się z rzeczywistością. Zamiast wymarzonej wolności, odkrywa świat nudnych zebrań, biurokracji i przytłaczającej odpowiedzialności. Ta lekcja empatii zmienia wszystko. Od tego momentu Darek zaczyna zauważać innych: chce uszczęśliwić mamę w dniu jej imienin czy pomóc ojcu odnaleźć zgubiony sygnet.

Wielki finał i test dojrzałości

Największy test przychodzi jednak na samym końcu. Mając do wykorzystania ostatnie, siódme życzenie, Darek postanawia podarować go kotu. Rezygnuje z własnego szczęścia, by zdjąć klątwę z Rademenesa i przywrócić mu ludzką postać.

Siedem życzeń spełni się
Jak w tygodniu siedem dni
Pomyśl dobrze czego chcesz
Zanim powiesz
Siedem życzeń, życzeń twych
Jak mądrości siedem bram
Czy potrafisz przez nie przejść
Będąc sobą

Ten gest to najwyższy dowód dojrzałości. Finałowa scena z tajemniczym gościem z Maroka, Senemedarem, to piękne domknięcie klamry: dobro wraca, choć często w zupełnie innej formie, niż się spodziewaliśmy.

Rockowy pazur i egipski blues: Muzyka, która zmieniła wszystko

Jeśli „Siedem życzeń” brzmi inaczej niż jakakolwiek inna produkcja z tamtych lat, to zasługa jednego człowieka – Johna Portera. Brytyjczyk, który na stałe osiadł w Polsce, wniósł do serialu energię nowej fali i rocka, idealnie oddając buntowniczy nastrój Darka. Sam Porter zresztą pojawił się na ekranie. W odcinku „Klątwa bogini Bast” możecie go wypatrzyć w roli niewidomego muzyka w starożytnym Egipcie.

To był moment w mojej karierze, kiedy byłem zagubiony i najwyraźniej szukałem inspiracji w starożytności. A na poważnie, uważam, że to był super serial. Oczywiście dramatycznie źle zrealizowany. Ale tak się robiło w Polsce seriale. Nie było przecież pieniędzy. Natomiast pomysł był znakomity i bardzo śmieszny.

— John Porter w wywiadzie dla czasopisma „Playboy” nr 3/2008

Wanda i Banda: Hymn pokolenia

Prawdziwą bombą okazały się jednak piosenki w wykonaniu zespołu Wanda i Banda. Teksty wyszły spod pióra Macieja Zembatego, który zamiast grzecznych rymowanek, zaserwował młodzieży coś na kształt inteligentnych protest-songów. Tytułowe „Siedem życzeń” stało się hitem, który śpiewała cała Polska, a fraza o „mądrości siedmiu bram” do dziś budzi u fanów dreszcz nostalgii.

Co ciekawe, w roku premiery serialu Wanda Kwietniewska rozwiązała zespół i postawiła na karierę solową, co sprawiło, że te utwory stały się swoistym testamentem grupy.

Drugie życie piosenek

Kultowy status utworów sprawił, że fani nie dali o nich zapomnieć. Ponieważ oryginalne taśmy-matki z lat 80. zaginęły lub uległy zniszczeniu, zespół w 2009 roku zdecydował się na odważny krok: nagranie całego materiału od nowa. Płyta „Piosenki z serialu Siedem życzeń” zachowała pierwotnego ducha i aranżacje, ale dzięki nowoczesnemu brzmieniu udowodniła, że te kompozycje w ogóle się nie zestarzały.

Hator, hator, hator!

Bądźmy ze sobą szczerzy: pod względem technicznym „Siedem życzeń” nie jest hollywoodzkim majstersztykiem. Ale czy to w ogóle ma znaczenie? To dzieło wielowymiarowe, któremu udała się rzecz rzadka – połączyło czystą frajdę z mądrą lekcją dorastania i odpowiedzialności, a wszystko to na tle szarej, peerelowskiej rzeczywistości.

Magiczne „Hator, hator, hator!” na stałe zamieszkało w naszej wyobraźni. Stało się symbolem dziecięcej tęsknoty za cudownym rozwiązaniem problemów, ale też przypomnieniem o mądrości Rademenesa. Dzięki genialnej muzyce Johna Portera i drapieżnemu głosowi Wandy Kwietniewskiej, serial do dziś pozostaje jednym z najciekawszych punktów na mapie polskiego rocka.

„Siedem życzeń” to coś więcej niż bajka o gadającym kocie. To barwny portret epoki, która mimo wszechobecnego betonu, potrafiła stworzyć coś z głębokim, etycznym przesłaniem. Dziś, gdy serial jest na wyciągnięcie ręki w serwisach streamingowych (jak TVP VOD), kolejne pokolenia mogą sprawdzić, o co chodziło z tym mrużącym oczy kapłanem bogini Bast. I wiecie co? Ta historia wciąż działa. Bo każdy z nas, niezależnie od czasów, w których żyje, wciąż czeka na swoją szczęśliwą środę.

Wojciech Płusa

Wojciech Płusa

Szperam w programach TV z PRL jak archeolog – wyciągam serialowe skarby, audycje i ciekawostki. Codziennie dorzucam felieton i szczyptę nostalgii. Jeśli podoba Ci się to, co robię, postaw mi kawę. Po dobrej kawie działam lepiej niż Unitra na bateriach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *