24 stycznia 1967: Wtorek przed telewizorem

Zapraszam na program telewizyjny na wtorek 24 stycznia 1967 r. Dziś warto obejrzeć dramat wojenny Leonarda Buczkowskiego – Zakazane piosenki.

10:00 „Zakazane piosenki” — polski dramat wojenny

11:55 Klasy V-VI — „Historia błękitnej chusty” z cyklu: „O miejsce wśród ludzi”

14:00 Skoki narciarskie o Puchar Tatr

16:25 „Przysposobienie rolnicze”

16:55 Dziennik

17:00 „Zrób to sam”

17:15 „Bal maskowy” — z cyklu: „U Bregułów na Zawodziu”

17:55 Kino filmów amatorskich

18:20 „Giełda piosenki”

18:50 „Bryza”

19:20 Dobranoc

19:30 Dziennik

20:00 „Lata dobrej roboty” — odc. III

20:15 Po 20 latach: „Zakazane piosenki” — polski dramat wojenny. Reż. – Zbigniew Buczkowski. Występują: Danuta Szaflarska, Janina Ordężanka, Jerzy Duszyński, Jan Świderski, Jan Kurnakowicz i inni.

22:15 Dziennik

Wojtek ogląda dziś film „Zakazane piosenki”

W drugiej połowie lat 60. telewizja chętnie sięgała do fundamentów powojennej kinematografii. W ramówce z 24 stycznia 1967 roku znalazł się film szczególny – jeden z tych, które nie tylko opowiadają o wojnie, ale wręcz stanowią jej zapis emocjonalny. „Zakazane piosenki” Leonarda Buczkowskiego, zrealizowane w 1947 roku, były jednym z pierwszych poważnych filmowych rozliczeń z okupacją. I to rozliczeń prowadzonych nie przez wielkie batalie, lecz przez codzienność, pamięć i muzykę.

Trudno dziś w pełni uświadomić sobie, jak blisko momentu historycznego powstał ten film. Dwa lata po zakończeniu wojny, w zrujnowanej Warszawie, wśród ludzi, którzy jeszcze niedawno kryli się w piwnicach i na klatkach schodowych, Buczkowski opowiada historię niemal „na gorąco”. Nie ma tu dystansu, nie ma wygładzonej narracji. Jest potrzeba ocalenia czegoś bardzo kruchego: pamięci zbiorowej, zanim rozpłynie się w codziennym trudzie odbudowy.

Fabuła „Zakazanych piosenek” jest pretekstem i ramą, która spina kolejne epizody. Muzyk Roman Tokarski opowiada młodemu żołnierzowi – repatriantowi z Anglii – historię okupacji widzianą z perspektywy warszawskiej ulicy, ulicznej orkiestry, konspiracji oraz codziennego balansowania między strachem a ironią. Tokarski, jego siostra Halina i ich przyjaciele działają w podziemiu, przenoszą broń, kolportują nielegalne wydawnictwa, walczą w powstaniu, tracą bliskich. Ale film nie skupia się na patosie śmierci, a raczej na tym, jak ludzie próbowali pozostać sobą, nawet wtedy, gdy świat wokół nich przestawał istnieć.

I właśnie dlatego prawdziwym bohaterem filmu nie jest ani Tokarski, ani Halina, ani nawet Warszawa. Bohaterem są piosenki. Autentyczne, okupacyjne, śpiewane szeptem, półgłosem, czasem z przekorą, czasem z goryczą. Ułożone chronologicznie, prowadzą widza przez kolejne etapy wojny – od wrześniowej klęski, przez codzienność okupacji, po nadzieję wyzwolenia. „Serce w plecaku”, „Siekiera, motyka”, „Warszawo ma”, „Rozszumiały się wierzby płaczące” – każda z tych piosenek to osobny rozdział emocji, osobny sposób radzenia sobie z rzeczywistością.

Prasa pisała wówczas, że te piosenki podnosiły ludność na duchu. Dziś można dodać, że były formą oporu, cichą, ale niezwykle skuteczną. Śmiech, satyra, ironia wobec okupanta – to wszystko było równie skuteczne i ważne jak broń przewożona w podziemnych akcjach. Film Buczkowskiego nie próbuje niczego dopowiadać na siłę.

Dla widza z 1967 roku „Zakazane piosenki” były już filmem z innej epoki, wspomnieniem pierwszych lat po wojnie. Dla telewizji – bezpiecznym klasykiem. Ale pod tą warstwą archiwaliów wciąż pulsowało coś żywego: prawda ludzi, którzy jeszcze pamiętali zapach spalonego miasta i melodię śpiewaną mimo wszystko. I być może właśnie dlatego ten film, mimo swojej prostoty, do dziś działa tak mocno. Bo pokazuje, że w najciemniejszych czasach historia bywa zapamiętywana nie przez wielkie daty, lecz przez słowa piosenek nuconych na przekór strachowi.

Dobranoc Państwu. Koniec programu na dziś. Proszę o wyłączenie odbiorników!

Wojciech Płusa

Wojciech Płusa

Szperam w programach TV z PRL jak archeolog – wyciągam serialowe skarby, audycje i ciekawostki. Codziennie dorzucam felieton i szczyptę nostalgii. Jeśli podoba Ci się to, co robię, postaw mi kawę. Po dobrej kawie działam lepiej niż Unitra na bateriach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *