Zdarza się Wam czasem marudzić, że wszystko idzie nie tak, a pech depcze Wam po piętach? Jeśli tak, to znaczy, że nie poznaliście jeszcze Marka Piegusa, chodzącego magnesu przyciągającego wszelkie nieszczęścia, absurdy i życiowe katastrofy.
Cofnijmy się do 1966 roku. To właśnie wtedy Studio Filmowe „Kadr” wypuściło na ekrany naszych czarno-białych odbiorników dziewięcioodcinkowy serial w reżyserii Mieczysława Waśkowskiego. Dzieciaki z wypiekami na twarzach zasiadały przed telewizorami, by śledzić losy Marka, a ekran dosłownie tętnił energią. Waśkowski wziął na warsztat kultową już wówczas powieść Edmunda Niziurskiego z 1959 roku i stworzył absolutne arcydzieło polskiej kinematografii młodzieżowej. Udana mieszanka kina przygodowego, bezbłędnej komedii absurdu i kryminalnego dreszczyku sprawiła, że ten serial po prostu nie zestarzał się ani trochę i do dziś pachnie nostalgią tamtych lat.
Jak Marek Piegus trafił na telewizyjny ekran?
Wszystko zaczęło się w 1959 roku, gdy w księgarniach pojawiła się powieść Edmunda Niziurskiego. Dzieciaki dosłownie połykały tę książkę. Niziurski jak nikt inny potrafił pisać językiem prosto z podwórka: soczystym, pełnym humoru, wartkim i absolutnie pozbawionym nudnego, belferskiego dydaktyzmu. Świat Marka Piegusa był przesiąknięty genialnym absurdem, w którym każdy z nas odnajdywał cząstkę własnych szkolnych tarapatów.
Gdy książka stała się absolutnym hitem, w kierownictwie Studia Filmowego „Kadr” zapaliła się zielona lampka. Telewizja Polska pilnie potrzebowała dobrego i wciągającego serialu dla młodej widowni, a historia Marka Piegusa była wręcz wymarzonym materiałem. Decyzja mogła być tylko jedna: kręcimy!
Do napisania scenariusza zaangażowano samego mistrza Niziurskiego, którego wspierał reżyser Mieczysław Waśkowski. Zadanie wcale nie było łatwe. Książkowy oryginał miał specyficzną budowę, a przygodach Marka Piegusa dowiadywaliśmy się z relacji opowiadanych dziennikarzowi. Co więcej, w powieści Marek był dość biernym pechowcem, którego w pewnym momencie porwał gang Alberta Flasza, a całą akcję ratunkową ciągnął na własnych barkach sprytny harcerz Teodor.
W serialu producenci postanowili pójść po bandzie i solidnie przewietrzyć tę historię. Nasz poczciwy Piegus – choć na początku wciąż jest tym samym szkolnym pechowcem – z czasem przeistacza się w prawdziwego detektywa w krótkich spodenkach. Zakasuje rękawy i wraz z detektywem Hippollitem Kwassem oraz drużyną harcerską rusza na ratunek swojemu przyjacielowi, Cześkowi Pajkertowi.
Taka zmiana dała ekranowej historii niesamowitego kopa i sensacyjne tempo. I choć wprawne oko zauważy pewne pęknięcie między początkowymi odcinkami (trzymającymi się wiernie książki) a późniejszą jazdą bez trzymanki w stylu kryminału, to ten zabieg okazał się strzałem w dziesiątkę. Widzowie przed telewizorami po prostu nie mogli oderwać wzroku.
Od nieodrobionych lekcji do kryminalnej intrygi
Czym właściwie były „Niewiarygodne przygody Marka Piegusa”? Twórcy zaserwowali widzom dziewięć odcinków (każdy trwający niespełna pół godziny), które z dzisiejszej perspektywy ogląda się jak wyśmienity miniserial sensacyjny w stylu retro. Całość została skonstruowana po mistrzowsku. Zaczynamy od z pozoru niegroźnych, szkolno-domowych perypetii, by niepostrzeżenie wylądować w samym środku operacji milicyjno-harcerskiej.
A wszystko zaczyna się od totalnej katastrofy. Chłopak chce po prostu spokojnie odrobić lekcje, ale nawiedza go plaga nieproszonych gości. Zdesperowany Marek ucieka z domu i ląduje na w warszawskim Lasku Bielańskim. Potem jest tylko ciekawiej: szkolne męczarnie, fatalny finał przygotowań do imienin nauczycielki i niesforny szczeniak, który miał być prezentem, a postanawia zwiać w najmniej odpowiednim momencie.
Prawdziwy przełom następuje jednak wtedy, gdy Marek postanawia urwać się na wagary do Łazienek Królewskich. Tam przez czysty przypadek zamienia swój skórzany tornister z torbą obcego chłopaka. Zamiast zeszytów odkrywa w środku prawdziwy skarb.
I w tym momencie Marek Piegus wkracza na pole minowe. Unikalne znalezisko wciąga go w brutalną wojnę dwóch przestępczych grup: bezwzględnego gangu Alberta Flasza oraz genialnego, choć bezczelnego, samotnego wilka – Wieńczysława Nieszczególnego. Kiedy w tajemniczych okolicznościach znika najlepszy przyjaciel Marka, Czesiek Pajkert, żarty się kończą. Nasz bohater łączy siły z genialnym detektywem Hippollitem Kwassem.
Śledztwo to prawdziwy rollercoaster: od mrożącej krew w żyłach zasadzki na wybiegu dla lwów w warszawskim ZOO, po odkodowanie tajnego listu uwięzionego w podziemiach kościoła Hippollita Kwassa. Finał? Marek i harcerze namierzają główną melinę gangu, a do akcji wkracza Milicja Obywatelska, robiąc tam widowiskowy porządek i uwalniając zakładników.
Chłopiec z piegami, detektyw w meloniku i gangsterzy
To, co w „Niewiarygodnych przygodach Marka Piegusa” hipnotyzowało najbardziej, to absolutnie genialnie napisani i zagrani bohaterowie. Kontrast między chłopięcą naiwnością a kosmicznie przerysowanym, wręcz groteskowym światem dorosłych tworzył mieszankę wybuchową.
Trzynastoletni Marek Piegus to nie jest zwykły pechowiec. Jego pech to stan umysłu, zjawisko niemal metafizyczne. Zwykłe wyjście po bułki potrafiło u niego urosnąć do rangi kataklizmu. Ale Marek nie załamuje rąk. Ma bujną wyobraźnię, spryt i serce po właściwej stronie. Z cichego, szkolnego ofermy na naszych oczach wyrasta na prawdziwego detektywa.
Jego przewodnikiem po świecie dorosłych staje się jedyny w swoim rodzaju Hippollit Kwass. To parodia klasycznych detektywów z kina noir. Kwass ma w sobie coś z Sherlocka Holmesa, ale podane to zostało z takim ciepłem i przymrużeniem oka, że po prostu nie da się go nie kochać.
Zobacz także: Niewiarygodne przygody Marka Piegusa — twórcy serialu, obsada aktorska oraz streszczenie odcinków
A świat przestępczy? To prawdziwy majstersztyk. Z jednej strony mamy zorganizowany gang, na czele którego stoi porywczy i bezwzględny Albert Flasz. W jego szajce znajdziemy pełną paletę osobliwości: „mózg” operacji dr. Bogumiła Kadrylla, potężnego osiłka Teofila Bosmanna, słabowitego Chryzostoma Cherlawego oraz Zezowatego. Z drugiej strony działa Wieńczysław Nieszczególny – elegancki, działający na własną rękę wolny strzelec i genialny złodziej tornistrów, który przewyższa inteligencją całą resztę towarzystwa razem wziętą.
Dopełnieniem tego świata jest dom rodzinny Piegusa. Mamy tu nadopiekuńczą mamę, twardo stąpającego po ziemi tatę i sublokatora Anatola Surmę. Ten ekscentryczny muzyk potrafił piłować wiolonczelę albo rzęsiście rzępolić na saksofonie w najbardziej absurdalnych momentach. Nad wszystkim czuwa wreszcie dzielna Milicja Obywatelska z kapitanem Jaszczołtem i sierżantem Bolesławem Puchatkiem na czele, którzy w finale wkraczają do akcji, by postawić kropkę nad „i”.
Aktorska śmietanka PRL-u, czyli absolutny majstersztyk
Sukces tego serialu to nie tylko świetna książka i zwariowana akcja, ale również genialna obsada. Reżyser Mieczysław Waśkowski dokonał czegoś niesamowitego: ściągnął na plan absolutną czołówkę polskiego teatru i kina. Każda, nawet najmniejsza rola została zagrana z takim wyczuciem, że literacki humor Niziurskiego po prostu błyszczał na ekranie.
W rolę tytułowego Marka Piegusa wcielił się jedenastoletni Grzegorz Roman. Chociaż był jeszcze dzieckiem, przed kamerą czuł się jak ryba w wodzie. Zagrał Piegusa tak naturalnie i bez cienia sztuczności, że każdy chłopak z tamtych lat chciał się z nim zaprzyjaźnić.
A dorośli? To prawdziwa aktorska reprezentacja Polski! Zobaczcie tylko to zestawienie:
- Bronisław Pawlik (Redaktor) – ciepły, uśmiechnięty narrator i przyjaciel Marka, który cierpliwie wysłuchuje jego zwariowanych opowieści.
- Zygmunt Zintel (Hippollit Kwass) – jako prywatny detektyw stworzył postać wręcz ikoniczną, z tą swoją genialną, lekko ekscentryczną manierą.
- Janusz Kłosiński (Wieńczysław Nieszczególny) – elegancki, sprytny złodziej tornistrów, grany z klasą i czarującym łobuzerskim urokiem.
- Lech Ordon (Albert Flasz) – porywczy i głośny szef gangu, prawdziwy wulkan energii.
- Krzysztof Litwin (Chryzostom Cherlawy) – wątły i komicznie nieporadny członek szajki Flasza.
- Mieczysław Czechowicz (Teofil Bosmann) – postawny osiłek od zadań specjalnych, absolutna klasa sama w sobie.
- Aleksander Dzwonkowski (Dr Bogumił Kadryll) – fałszerz i „mózg” przestępczego zespołu.
- Ludwik Benoit (Anatol Surma) – uciążliwy i zakręcony sublokator-muzyk.
- Wojciech Siemion (Kapitan Jaszczołt) – milicyjny śledczy z wyrazistym, charakterystycznym rysem.
- Barbara Krafftówna (Pani Piegusowa) – cudownie nadopiekuńcza i wiecznie zamartwiająca się mama.
- Edward Wichura (Pan Piegus) – oaza spokoju, próbuje zachować zimną krew w środku domowego cyrku.
- Albin Ossowski (Czesiek Pajkert) – wierny druh Marka, od którego zniknięcia zaczyna się cała chryja.
- Włodzimierz Skoczylas (Zezowaty) – niezastąpione dopełnienie zbójeckiej ekipy Flasza.
Taki zestaw nazwisk gwarantował jedno: przed telewizorem nie dało się nudzić!
Łazienki, łódzkie podwórka i odrobina baśni w szarej rzeczywistości PRL-u
Zdjęcia do „Niewiarygodnych przygód Marka Piegusa” kręcono w 1966 roku. Od strony realizatorskiej była to robota na najwyższym poziomie. Serial żył własnym życiem dzięki świetnym zdjęciom Antoniego Nurzyńskiego i dopracowanej scenografii Anatola Radzinowicza. Kostiumy Lidii Rzeszewskiej idealnie oddawały charakter postaci, a precyzyjny montaż Zofii Dwornik trzymał wszystko w ryzach. No i ta genialna, wpadająca w ucho muzyka Adama Walacińskiego. Kto pamięta te dynamiczne, jazzujące motywy, ten wie, jak doskonale podkręcały komediowe tempo akcji.
To, co zachwyca w serialu do dziś, to autentyczna tkanka miejska tamtych lat. Kamera Waśkowskiego zabiera nas na nostalgiczną wycieczkę po Warszawie – spacerujemy po Parku Łazienkowskim, uciekamy do Lasku Bielańskiego, zaglądamy do stołecznego ZOO i krążymy po mrocznych, klimatycznych podwórkach-studniach warszawskich kamienic. Ale to nie wszystko. Czy wiedzieliście, że zdjęcia w kryjówce gangu Alberta Flasza oraz Szkole Tańców Towarzyskich z trzeciego odcinka kręcone były przy łódzkiej Alei 1 Maja, nieopodal skrzyżowania z ulicą Lipową i dawnego Pałacu Karola Poznańskiego?
Wizualnie ten serial to czysta poezja i ukłon w stronę slapsticku oraz filmowego surrealizmu. Pamiętacie te niesamowite sekwencje, jak choćby naprawianie garderoby przy dźwiękach wiolonczeli czy pościgi w podziemiach kościoła? Wyglądało to tak, jakby europejska awangarda filmowa poddała się słodkiemu, dziecięcemu szaleństwu.
Co ciekawe, ekranowy świat Piegusa był cudownie odklejony od ponurej rzeczywistości gomułkowskiego PRL-u. Prywatny detektyw Hippollit Kwass w realiach tamtego okresu? Harcerskie sekcje detektywistyczne? W tamtych czasach to była czysta fikcja literacka. Waśkowski wykreował jednak baśniową, idylliczną przestrzeń, w której przestępcy byli gajowymi komedii, a cała kryminalna intryga – bezkrwawą przygodą, o jakiej śnił każdy chłopak z tamtych lat.
Kulisy planu i historia chłopca, który nie chciał być gwiazdą
Praca na planie z udziałem dzieci to zawsze spore wyzwanie, ale w przypadku „Niewiarygodnych przygód Marka Piegusa” dziecięcy aktorzy stanęli na wysokości zadania. Choć musieli grać u boku aktorskiej pierwszej ligi, atmosfera sprzyjała zabawie, luzowi i improwizacji. Dzieciaki po prostu świetnie się bawiły, a efekt widzieliśmy na ekranach.
Niezwykle poruszającym i pełnym nostalgii wątkiem tej historii są jednak dalsze, zupełnie nietypowe losy odtwórcy głównej roli – Grzegorza Romana.
Chłopak debiutował przed kamerą jako pięciolatek w poruszającym filmie „Wyrok” Jerzego Passendorfera. Gdy w 1966 roku zagrał Marka Piegusa, z dnia na dzień stał się jedną z najpopularniejszych i najbardziej lubianych dziecięcych gwiazd. Dzieciaki go uwielbiały, a dorośli pokochali za autentyczność. Sam Grzegorz Roman odnosił się jednak do tej sławy z ogromnym dystansem i krytycyzmem. Po latach szczerze przyznawał, że wcale nie czuł w sobie jakiegoś wielkiego aktorskiego powołania.
Punktem zwrotnym w jego życiu okazał się casting do roli Stasia Tarkowskiego w superprodukcji „W pustyni i w puszczy”. Kiedy reżyser postawił na Tomasza Mędrzaka, dla nastoletniego Romana był to potężny cios. Przegrana na przesłuchaniu zaważyła na całym jego podejściu do kina. Po znakomitej, ale trudnej roli w przejmującym dramacie Janusza Nasfetera „Abel, twój brat” (1970 rok) powiedział branży filmowej stanowcze: „dziękuję”.
Decyzję o tym, że nie chcę dalej grać w filmach, podjąłem sam. Być może było to zmęczenie po tych dziesięciu latach? Na pewno udało mi się uniknąć problemu, z którym borykało się wielu moich ówczesnych kolegów, którzy nagle stracili kontakt z filmem, przestali otrzymywać role. Była to dla nich ogromna tragedia, nie potrafili sobie z nią poradzić, czasem miewali problemy alkoholowe. Mnie to ominęło, bo mając lat 15, wiedziałem, czego nie chcę. Nie chciałem być aktorem.
— Grzegorz Roman dla portalu Onet.pl
Grzegorz Roman postanowił żyć całkowicie po swojemu, z dala od błysku fleszy. Rzucił dzienne liceum i poszedł do pracy jako mechanik w warsztacie samochodowym, a szkołę dokończył wieczorowo. Imponował wszechstronnością: studiował informatykę, prawo i dziennikarstwo, a w Warszawie otworzył własny, świetnie prosperujący zakład jubilerski.
W latach 80. spakował walizki i wyemigrował z rodziną do Berlina Zachodniego, by ostatecznie odnaleźć swój iście rajski azyl na Fuerteventurze na Wyspach Kanaryjskich. Tam poukładał życie na nowo: pracował jako przewodnik turystyczny, fotograf agencji modelek oraz tłumacz sądowy i policyjny. Chłopak, który kiedyś zagrał najsłynniejszego polskiego pechowca, napisał w dorosłym życiu absolutnie niesamowity i pełen pasji rozdział.
Dlaczego Marek Piegus porwał młodocianą widownię i skradł nasze serca?
Spójrzmy prawdzie w oczy: późniejsze próby ekranizacji prozy Niziurskiego, takie jak „Spona” Waldemara Szarka z 1998 roku czy „Klub Włóczykijów” Tomasza Szafrańskiego z 2015 roku, spotkały się z dość chłodnym przyjęciem. Żadna z nich nie zdołała nawet w ułamku powtórzyć fenomenu dzieła Mieczysława Waśkowskiego.
Dlaczego? Bo „Niewiarygodne przygody Marka Piegusa” miały w sobie to coś – unikalną magię czarno-białego kineskopu, klimat dawnych lat i cudowną lekkość.
Ten serial pozostaje absolutnym arcydziełem kina młodzieżowego. Niezrównany, pełen gierek słownych i absurdu humor Edmunda Niziurskiego w połączeniu z mistrzowską reżyserią Waśkowskiego, genialną grą aktorskiej czołówki PRL-u oraz klimatyczną muzyką Adama Walacińskiego dały mieszankę absolutnie doskonałą. Powstało dzieło całkowicie odporne na upływ czasu.
Marek Piegus nie tylko wyznaczył nowe standardy dla ekranizacji literatury dziecięcej, ale na zawsze zapisał się w naszych wspomnieniach z dzieciństwa. Do dziś, gdy słyszymy czołówkowy motyw muzyczny, przed oczami stają nam popołudnia spędzane przed telewizorem i to niepowtarzalne uczucie, że z Markiem Piegusem po prostu nie dało się nudzić. I za tę wyśmienitą podróż w czasie serdecznie twórcom dziękujemy.



