Wyobraźcie sobie film, który wchodzi na ekrany kin 2 maja 1988 roku, czyli w czasach, gdy w sklepach brakuje wszystkiego, a system powoli chwieje się w posadach. Juliusz Machulski serwuje wtedy Polakom petardę: „Kingsajz”. To nie była zwykła komedia fantasy. To był wizualny majstersztyk schyłkowego PRL-u i jedna z najbardziej wielwymiarowych produkcji w historii naszego kina.
Pod płaszczykiem bajeczki o krasnoludkach, które marzą o przejściu w królewski rozmiar, reżyser przemycił genialną i wyjątkowo drapieżną satyrę społeczną. Machulski całkowicie zatarł granicę między baśnią a brutalną, polityczną rzeczywistością, tworząc dotkliwą diagnozę totalitaryzmu. Efekt? Film, który bawi do łez, ale i niepokoi do dziś.
Geneza scenariusza: Między amerykańskim snem a szarością PRL-u
Jak facet, który pławi się w luksusach w USA, wpada na pomysł filmu o krasnalach gnieżdżących się w szufladach? Ta historia to czysty paradoks. W połowie lat 80. Juliusz Machulski był na fali. Po spektakularnych sukcesach Vabanku i Seksmisji dostał coś, co dla zwykłego śmiertelnika w PRL było jak bilet na Marsa – dwuletnie stypendium naukowe w Stanach Zjednoczonych. Reżyser chłonął zachodni świat: wolność, przestrzeń, luksus i konsumpcjonizm na poziomie, o którym Polacy mogli pomarzyć, oglądając marnej jakości pirackie kasety VHS.
I tu pojawia się wspomniany paradoks. W tym całym amerykańskim dobrobycie, podróżując od stanu do stanu, Machulski poczuł twórczą pustkę. Brakowało mu tam tarcia, napięcia i konfliktu, które dotychczas napędzały jego reżyserską wyobraźnię. Impuls przyszedł dopiero wtedy, gdy zderzył się z brutalną polską rzeczywistością zaraz po powrocie.
Siedziałem w basenie, podróżowałem po Stanach i nie miałem pomysłów. Wróciłem do Polski i od razu przyszedł mi do głowy „Kingsajz”. Czyżby PRL z cenzurą i tysiącem życiowych problemów nękających twórców był lepszym miejscem na kręcenie filmów niż wolny kraj?
— Juliusz Machulski
Powrót do kraju ogarniętego kryzysem gospodarczym, wszechobecną inwigilacją, cenzurą i wieczną walką o papier toaletowy zadziałał jak detonator. To właśnie ta szara, klaustrofobiczna codzienność zrodziła Szuflandię – miniaturowe państewko ukryte w piwnicach Instytutu Badań Czwartorzędu.
Machulski usiadł do maszyny do pisania razem z Jolantą Hartwig-Sosnowską. To oni wspólnie stworzyli ten genialny, miniaturowy mikroświat. Tytułowy kingsajz przestał być tylko nazwą mitycznego napoju, dającego krasnalom ludzki wzrost. Stał się świętym Graalem, symbolem statusu, wolności i paszportem do świata, gdzie można wreszcie odetchnąć pełną piersią.
Gdy w 1987 roku pisali scenariusz, komuna w Polsce już gniła i chwiała się w posadach, ale wciąż potrafiła boleśnie ugryźć. Dokładnie tak jak filmowy aparat przemocy pod wodzą bezwzględnego nadszyszkownika Kilkujadka.
Anatomia Szuflandii: Mechanizmy zakazanego świata
Machulski stworzył w „Kingsajzie” dwa równoległe światy, które zderzają się ze sobą z siłą rozpędzonej lokomotywy. Z jednej strony mamy naszą ludzką, warszawską rzeczywistość, z drugiej – Szuflandię. To ukryte głęboko w podziemiach Instytutu Badań Czwartorzędu miniaturowe państewko, w którym nadszyszkownik Kilkujadek trzyma wszystkich na krótkiej smyczy.
Szuflandia to totalitaryzm w pigułce (a raczej w szufladzie). Obywatele gnieżdżą się w ciasnych przegrodach, każdy ich krok jest śledzony przez bezpiekę, a jedynym marzeniem jest ucieczka do mitycznego kingsajzu, czyli świata ludzi. Bilet do tego raju jest jednak ściśle reglamentowany przez władzę. Narzędziem kontroli jest magiczny eliksir dający upragniony wzrost.
Cała ta misternie utkana machina zaczyna zgrzytać, gdy na scenę wkracza Adaś Haps. To typowy systemowy dysydent, naukowiec-amator, który w ukryciu rozpracowuje i w końcu replikuje ściśle strzeżoną formułę eliksiru. Do tej pory krasnale na nielegalnej emigracji w świecie ludzi miały przechlapane. Żeby nie skurczyć się z powrotem, musiały hektolitrami pić Polo Cocktę (genialny, bezbłędny polski odpowiednik Coca-Coli!). Odkrycie Adasia to koniec monopolu Kilkujadka.
Służby nadszyszkownika działają jednak szybko. Adaś wpada w ich ręce, zostaje karnie zmniejszony i wtrącony do Szuflandii. I w tym momencie historia nabiera tempa, bo na ratunek rusza Olgierd „Olo” Jedlina (w tej roli świetny Jacek Chmielnik). Olo to krasnal, który urządził się w „dużym świecie”: pracuje jako dziennikarz w piśmie „Pasikonik” i do woli korzysta z uroków kingsajzu.
Dla Ola powrót do Szuflandii to jak koszmarny sen o powrocie do najgłębszej komuny, od której dawno chciał się odciąć. Na miejscu musi zmierzyć się nie tylko z siepaczami Kilkujadka, ale też z własnym strachem.
Na szczęście w tej misji nie jest sam. Pomaga mu Ala (zjawiskowa Katarzyna Figura), dziewczyna pełnych, ludzkich rozmiarów, której ojciec za sprzeciwienie się władzy został przez Kilkujadka zamieniony w królika. Ala staje się dla Ola kluczową łączniczką w świecie gigantów.
Finałowe starcie o eliksir i wolność Adasia to genialny pokaz kreatywności Machulskiego. Reżyser bezbłędnie ogrywa różnice w skali bohaterów i ich spryt. I choć wydaje się, że monopol Kilkujadka w końcu legł w gruzach, ostatnie sekundy filmu zaserwują widzom potężny cios, wywracając całą tę opowieść do góry nogami.
Galeria postaci: Psychologia władzy i anatomia buntu
Obsada „Kingsajzu” to absolutna elita polskiego kina tamtych lat. Machulski zebrał na planie genialnych rzemieślników, którzy z przerysowanych, komiksowych wręcz ról stworzyli bohaterów z krwi i kości. Każdy z nich dołożył cegiełkę do tej genialnej satyry.
Nadszyszkownik Kilkujadek (Jerzy Stuhr)
Ta rola to absolutny majstersztyk i jedna z najbardziej wyrazistych kreacji w karierze Jerzego Stuhra. Kilkujadek w jego wykonaniu to esencja aparatczyka z czasów PRL. Jest zakompleksiony, mściwy, bezwzględny, a przy tym potwornie groteskowy i śmieszny w swojej małości.
Stuhr w genialny sposób sparodiował styl bycia, gestykulację i pompatyczną nowomowę partyjnych dygnitarzy. Nadszyszkownik budzi odrazę, ale momentami też litość. Jego lojalność wobec systemu nie wynika przecież z żadnej głębokiej ideologii, ale ze zwykłego, paraliżującego lęku przed utratą przywilejów. Boi się, że jeśli system padnie, on znów stanie się zwykłym, szarym krasnoludkiem.
Olgierd „Olo” Jedlina (Jacek Chmielnik)
Jacek Chmielnik dostał zadanie stworzenia postaci, która przechodzi w filmie największą przemianę. Na początku poznajemy Ola jako klasycznego oportunistę. Udało mu się uciec z Szuflandii, urządził się w „dużym świecie” i chce raz na zawsze zapomnieć o swoich korzeniach. Jednak pod wpływem lojalności wobec przyjaciela oraz rodzącego się uczucia, ten wygodnicki facet odnajduje w sobie odwagę, by rzucić wyzwanie totalitarnej machinie. Chmielnik nadał Olowi niesamowitą lekkość i urok. To gość, z którym każdy kinoman w 1988 roku mógł się natychmiast utożsamić.
Alicja „Ala” (Katarzyna Figura)
Katarzyna Figura była wtedy niekwestionowaną ikoną seksapilu polskiego kina. W „Kingsajzie” stworzyła postać, która była ucieleśnieniem najskrytszych marzeń wszystkich stłamszonych mieszkańców Szuflandii. Ale Ala to nie tylko ładna buzia. To pełnoprawna, zdeterminowana uczestniczka akcji. Napędza ją chęć osobistej zemsty na Kilkujadku za to, że ten zamienił jej ojca w królika.
Słynna scena erotyczna, w której miniaturowy Olo spaceruje po ciele leżącej Ali, na stałe zapisała się w historii naszej kinematografii.
Zabawne jest to, że oni się w tej scenie w ogóle z Jackiem nie spotkali. Jacek chodził po styropianie pół roku później, a Kasia leżała pół roku wcześniej w studiu w Łodzi. Piękna leżała i pachniała.
— Juliusz Machulski
Co ciekawe, w 2007 roku miesięcznik „Film” nagrodził ją „Złotą Kaczką” dla najlepszej sceny erotycznej w historii polskiego kina.
Adam „Adaś” Haps (Grzegorz Heromiński)
Grzegorz Heromiński bezbłędnie zagrał neurotycznego naukowca-amatora. Adaś to klasyczny typ intelektualisty-dysydenta. Jego czysta pasja poznawcza jest silniejsza niż strach przed bezpieką Kilkujadka. Swoim genialnym odkryciem nieświadomie rozsadza system od środka. Sekwencje jego uwięzienia i tortur w Szuflandii to najbardziej dramatyczne momenty w całym filmie, brutalnie obnażające to, jak totalitarna władza traktuje ludzi myślących niezależnie.
Mistrzowie drugiego planu
„Kingsajz” stoi genialnymi epizodami. Mamy tu kapitalne smaczki autotematyczne: Jan Machulski (Kwintek) i Leonard Pietraszak (Kramerko) pojawiają się na ekranie w jawnych, puszczających oko do widza nawiązaniach do kultowego „Vabanku”.
Witold Pyrkosz przeszedł samego siebie jako Zenona Bombalina – apodyktyczna, groteskowa redaktor naczelna „Pasikonika”, stanowiąca kolejne ogniwo kontroli nad Olem. Na ekranie migają też inne wielkie nazwiska: Ryszard Kotys jako krasnal Nosacz, Olgierd Łukaszewicz jako Paragraf, Beata Tyszkiewicz w roli dystyngowanej damy na bazarze oraz Marek Walczewski jako ojciec Ali.
Techniczna maestria: Jak zbudowano Szuflandię?
Z dzisiejszej perspektywy, w erze wszechobecnego CGI i green screenów, realizacja „Kingsajzu” wydaje się czymś z pogranicza magii. Juliusz Machulski porwał się na jeden z najbardziej skomplikowanych technicznie projektów w historii polskiej kinematografii. Żeby wiarygodnie pokazać świat z perspektywy krasnoludka, ekipa musiała dokonać cudów inżynierii, drastycznie wykraczających poza skromne możliwości ówczesnych krajowych studiów.
Kluczem do sukcesu okazał się sojusz z czechosłowackim studiem filmowym Barrandov. Nasi sąsiedzi byli wówczas absolutnymi wyjadaczami w kwestii efektów specjalnych i zdjęć trikowych, a ich unikalne doświadczenie pozwoliło tchnąć życie w wizję Machulskiego.
Gigantomania w skali 20:1
Scenograf Janusz Sosnowski dostał zadanie, które mogło przyprawić o zawrót głowy: musiał stworzyć świat, w którym żywi aktorzy wchodzą w interakcję z przedmiotami codziennego użytku o monstrualnych rozmiarach. Matematyka była bezwzględna: przyjęto sztywną skalę 20:1.
Na potrzeby filmu rzemieślnicy wyprodukowali ponad 200 gigantycznych rekwizytów. Wyobraźcie sobie dwumetrową szklankę, monstrualny ołówek, gigantyczny biurowy spinacz, potężny telefon czy meble wielkości domków jednorodzinnych!
Dzięki współpracy z Czechami i operatorskiemu kunsztowi Jerzego Łukaszewicza udało się płynnie połączyć plany o zupełnie różnych skalach. Wykorzystywano triki optyczne, precyzyjne ustawienia kamery oraz misterne dorysówki. Efekt? Janusz Sosnowski za swoją genialną scenografię zgarnął deszcz nagród: od Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdańsku, aż po Międzynarodowy Festiwal Filmów Fantastycznych w Brukseli. To był światowy poziom!
Łódź jako filmowy Kingsajz
Podczas gdy Szuflandia była ciasna i mroczna, świat ludzi miał dawać oddech. Jako filmowy Kingsajz posłużyła głównie Łódź ze swoją unikalną, dziewiętnastowieczną architekturą, która idealnie wpisała się w nieco tajemniczy klimat opowieści.
Gdzie tak naprawdę mieściła się Szuflandia? Jej filmowym adresem była łódzka willa przy ul. Wólczańskiej 17. Z kolei redakcja kultowego pisma Pasikonik usadowiła się w zabytkowej willi Reinholda Richtera. Ekipa filmowa zaglądała też z kamerą na popularne łódzkie targowisko „Górniak”, a luksus wielkiego świata kręcono w warszawskim hotelu „Victoria”. Każda z tych lokacji miała precyzyjnie budować kontrast między podziemnym stłamszeniem a wielkomiejską przestrzenią.
Brzmienie mikrokosmosu
Ta iluzja nie byłaby jednak pełna bez genialnej oprawy audio. Marek Wronko dokonał cudów w warstwie dźwiękowej. Wszystkie odgłosy przedmiotów w Szuflandii zostały odpowiednio przesterowane, zniekształcone i potężnie wzmocnione. Dzięki temu zwykłe potarcie zapałki czy przesunięcie szklanki brzmi w filmie jak potężna, skomplikowana operacja inżynieryjna, co genialnie uświadamia widzowi masę i wielkość otaczających krasnale rzeczy.
Kropkę nad „i” postawił Krzesimir Dębski. Jego dynamiczna, pełna energii i niezwykle ilustracyjna muzyka stała się idealnym napędem dla tej szalonej komedii przygodowej.
Czy „Kingsajz” to tylko fantastyczna opowieść? Alegoria i symbolika systemu
Dla widza w 1988 roku „Kingsajz” był jak lustro, w którym odbijała się cała beznadzieja i absurd schyłkowego PRL-u. Podteksty polityczne były tak czytelne, że do dziś wielu zastanawia się, jak ten film w ogóle przeszedł przez sito komunistycznej cenzury. Szuflandia w wizji Machulskiego to przecież modelowe państwo totalitarne, gdzie mechanizmy kontroli społecznej dokręcono do ostatecznych granic absurdu. Brak wolności, wszechobecne ucho bezpieki i reglamentacja najbardziej podstawowych dóbr – Polacy znali to z własnych podwórek aż nazbyt dobrze.
Symbolika filmu działa na kilku genialnych poziomach:
- Eliksir kingsajz jako paszport: To absolutna metafora wolności obywatelskiej. To święty Graal, który pozwala jednostce wyrwać się z kleszczy opresyjnego systemu, wyjść poza narzucone ramy i wreszcie stać się „pełnowymiarowym”, wolnym człowiekiem.
- Polo Cockta jako peerelowski ersatz: Napój, bez którego krasnale w dużym świecie skurczyłyby się z powrotem, to symbol podróbki, namiastki Zachodu. Władza rzucała takie ochłapy zmęczonemu społeczeństwu, żeby utrzymać je w ryzach, dać iluzję normalności i podtrzymać status quo, jednocześnie nie dając nikomu pełnej niezależności.
Co fascynujące, po latach uniwersalizm „Kingsajzu” pozwala na odkrywanie zupełnie nowych, zaskakujących warstw. Zwróćmy uwagę na strukturę samej „Szuflandii”. To świat niemal całkowicie męski, w którym krasnoludki są całkowicie odcięte od obecności kobiet.
Współcześnie badacze kultury odczytują ten motyw queerowo, jako głęboką wypowiedź na temat reżimów płciowych i ukrytych tożsamości. W takim ujęciu filmowa ciasna szuflada staje się niczym innym jak metaforyczną „szafą” (z angielskiego „closet”), a desperacka ucieczka do świata kingsajzu to próba wyrwania się z kleszczy opresji nie tylko politycznej, ale i obyczajowej.
Ta wieloznaczność to najlepszy dowód na to, że Machulski stworzył arcydzieło totalne. Film nie zestarzał się ani o dzień, bo opowiada o uniwersalnym ludzkim dążeniu do zrzucenia kajdan.
Relacje z cenzurą: Jak krasnoludki oszukały system?
Gdyby brać na chłodno realia schyłkowego PRL-u, „Kingsajz” powinien na długie lata wylądować na dnie najgłębszej „pułkownikowskiej szuflady”. Przecież ta bezlitosna satyra na komunę aż kłuła w oczy! A jednak stał się cud: film przeszedł przez sito cenzury bez większych cięć i trafił do kin. Jak to możliwe, że krasnale tak bezczelnie oszukały system?
Złożyło się na to kilka genialnych czynników:
- Niewinna bajeczka: Machulski zastosował perfekcyjny kamuflaż. Cenzorzy z Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk mieli zakorzenioną skłonność do lekceważenia kina fantasy czy komedii rozrywkowych. Skoro film był o krasnoludkach, uznano go za nieszkodliwą ramotkę dla młodzieży, nie dopatrując się w nim wywrotowego dna.
- Wentyl bezpieczeństwa: Po gigantycznych sukcesach swoich poprzednich hitów, Machulski miał u władz spory kredyt zaufania. Jego produkcje traktowano na samej górze jako wentyl bezpieczeństwa. System pozwalał zmęczonemu narodowi się pośmiać, naiwnie wierząc, że komedia rozładuje społeczne napięcie i odciągnie ludzi od realnego buntu.
Nie bez znaczenia był też sam moment premiery. W 1988 roku komunistyczny aparat władzy gnił już od środka. Przygnieceni kryzysem gospodarczym dygnitarze zaczęli stopniowo łagodzić kurs wobec kultury, nie chcąc produkować kolejnych skandali i zakazanych filmów.
Co jest najgłupsze i zarazem najzabawniejsze w całej tej historii? Sam generał Wojciech Jaruzelski miał osobiście pogratulować Machulskiemu udanego filmu! Do dziś pozostaje zagadką, czy dyktator w ciemnych okularach kompletnie nie odkodował tej alegorii, czy może uznał ją za całkowicie nieszkodliwą w obliczu nieuchronnie nadchodzących zmian politycznych.
Władza mogła udawać, że nic nie widzi, ale polscy widzowie w kinach doskonale wiedzieli, o co chodzi. Każda kwestia o monopolu na eliksir, o tajnych służbach śledzących każdy krok obywatela czy legendarne teksty o talonach na muchy wywoływały na salach kinowych salwy oczyszczającego śmiechu.
Finałowa scena: Cień Wielkiego Brata
Zakończenie „Kingsajzu” to bez wątpienia jeden z najbardziej enigmatycznych, a zarazem najbardziej pesymistycznych finałów w historii polskiego kina komediowego. Kiedy wydaje się, że wszystko skończyło się dobrze, monopol Kilkujadka runął, a nasi bohaterowie – wolni i szczęśliwi – jadą pociągiem w stronę świetlanej przyszłości, następuje gwałtowne uderzenie. Nagle okazuje się, że ich wagon to tylko element miniaturowej makiety, a za oknem wyrasta gigantyczna twarz małego chłopca, który bawi się tą zabawką w cieniu potężnego Pałacu Kultury i Nauki.
Ten jeden kadr bezwzględnie dekonstruuje cały wywalczony sukces bohaterów. Machulski w ułamku sekundy uświadamia nam, że ucieczka z jednej szuflady oznacza jedynie przejście do kolejnej, tylko odrobinę większej. Nad wszystkim rozpościera się kolejny, nadrzędny poziom kontroli.
Jak to czytać? Krytycy i widzowie od lat prześcigają się w interpretacjach, które idealnie ze sobą współgrają:
- Kierunek wschodni: W kontekście realiów lat 80. większość odczytań politycznych była jednoznaczna. Wielki chłopiec to nikt inny jak Związek Radziecki – Wielki Brat, który z góry, z lekkim znudzeniem przygląda się zmaganiom Polaków i w każdej chwili może tę zabawę w suwerenność brutalnie przerwać. Nawet jeśli wyrwaliśmy się z ciasnej, peerelowskiej Szuflandii, jako naród wciąż pozostajemy karzełkami w rękach potężniejszego imperium.
- Iluzja wolności: Druga, bardziej uniwersalna interpretacja uderza w tony gnostyckie i egzystencjalne. Sugeruje ona, że pełna wolność to absolutna iluzja. Każdy kingsajz, który uda nam się osiągnąć, ma nad sobą kolejną, niewidzialną instancję władzy i systemu, z których istnienia nawet nie zdajemy sobie sprawy. Jesteśmy tylko elementami w czyjejś grze.
Ten nagły, metafizyczny lęk, który wkrada się w ostatnich sekundach filmu, sprawia, że dzieło Machulskiego ostatecznie zrzuca maskę czystej rozrywki. „Kingsajz” opuszcza bezpieczne terytorium zwykłej komedii i staje się głębokim, niepokojącym traktatem o kondycji ludzkiej oraz o pułapkach systemów zamkniętych, z których wyjście bywa tylko kolejnym etapem symulacji.
Kingsajz dla każdego
Ponad trzy dekady po premierze „Kingsajz” wciąż żyje, ma się świetnie i na stałe wrósł w polską popkulturę. Film Machulskiego bezczelnie skolonizował naszą codzienną polszczyznę, wprowadzając do niej całą masę kultowych powiedzonek, a nadszyszkownik Kilkujadek stał się nieśmiertelnym archetypem małostkowego, zakompleksionego urzędnika, jakiego każdy z nas spotkał choć raz w życiu.
To dzieło to nie tylko genialna lekcja historii o absurdach PRL-u. To przede wszystkim namacalny dowód na potęgę filmowej metafory i absolutne mistrzostwo warsztatu. Ekipa Machulskiego dokonała rzeczy niemożliwej: techniczne ograniczenia i wieczne niedobory tamtych lat przekuła w gigantyczny wizualny atut, a duszną, polityczną presję – w sztukę najwyższej próby.
„Kingsajz” pozostaje jednym z nielicznych zjawisk w polskim kinie, które z tak niesamowitą lekkością połączyły wysokie ambicje intelektualne z czystą rozrywką. Dzięki inteligentnemu humorowi film wciąż działa magnetycznie. Bawi tych, którzy doskonale pamiętają smak Polo Cockty i absurdy systemu, ale trafia też do młodszych pokoleń. Dla nich Szuflandia może i jest już tylko egzotyczną retro-bajką, ale doskonale rozumieją jej uniwersalne przesłanie. Bo niezależnie od epoki, mechanizmy opresyjnej władzy oraz ludzkie pragnienie autentycznej wolności i suwerenności zawsze pozostają dokładnie takie same.



