W starym kinie – kultowy program Stanisława Janickiego

Historia programu W starym kinie – od debiutu w 1965 roku po zakończenie emisji. Kim był Stanisław Janicki i dlaczego jego audycja stała się legendą?

Rozpoczęcie emisji programu „W starym kinie” na antenie Telewizji Polskiej w połowie lat 60. nie było dziełem przypadku. To raczej fascynujący splot kulturowych potrzeb, technologii i zwykłej tęsknoty widzów za czymś, co wydawało się bezpowrotnie utracone.

Oficjalnie wszystko zaczęło się w 1965 roku. Był to moment, w którym TVP intensywnie szukała własnego stylu. Chodziło o stworzenie formatu idealnego: takiego, który bawiłby miliony przed telewizorami, a jednocześnie realizował misję edukacyjną i przemycał wysoką kulturę.

Wprowadzenie audycji o historii kina do ramówki „Jedynki” było jednak czymś więcej niż tylko nowym punktem w programie. To była odważna gra z historią. Przez blisko dwie dekady po wojnie oficjalna propaganda patrzyła na dorobek II Rzeczypospolitej z dużą rezerwą (eufemistycznie mówiąc). Janicki rzucił wyzwanie tej narracji, zapraszając widzów do świata przedwojennego szyku, elegancji i gwiazd, o których miano zapomnieć.

Jak to się zaczęło? Geneza i wielki pomysł

Wszystko zaczęło się 23 maja 1965 roku. To właśnie wtedy na ekranach czarno-białych odbiorników po raz pierwszy zagościł program „W starym kinie”. Pomysł był prosty, ale genialny: stworzyć cykliczną audycję, która przywróci do życia filmy zakurzone, zapomniane lub zepchnięte na boczny tor przez polityczne i techniczne zawiłości PRL-u.

Od pierwszego wydania program miał jedną twarz i jeden głos – Stanisława Janickiego. To on trzymał stery, był scenarzystą i gospodarzem, tworząc postać eksperta-pasjonata, którego nie dało się nie lubić.

Lata 60. to w Polsce czas tzw. „małej stabilizacji”. W kulturze pojawiło się nieco więcej oddechu, a telewizja pozwoliła sobie na nutkę nostalgii. „W starym kinie” idealnie trafiło w ten moment. Starsze pokolenia mogły choć na chwilę wrócić do świata sprzed wojennej katastrofy. Młodzi, odcięci od przedwojennych tradycji, z wypiekami na twarzach odkrywali czasy ojców i dziadków.

Program stał się fascynującym pomostem. Z jednej strony mieliśmy nowoczesną, socjalistyczną telewizję, a z drugiej – eleganckie, czasem uroczo naiwne, ale zawsze pełne klasy kino przedwojenne. To była prawdziwa podróż w czasie bez wychodzenia z domu.

Stanisław Janicki: Człowiek-instytucja w ciemnych okularach

Jeśli sukces programu „W starym kinie” miałby mieć imię i nazwisko, brzmiałoby ono: Stanisław Janicki. To on, urodzony w 1933 roku przedstawiciel prawdziwej inteligencji, sprawił, że stare filmy przestały być tylko ramotami, a stały się fascynującymi historiami. Co ciekawe, jego własna przygoda z kinem zaczęła się od Disneya. Seans „Królewny Śnieżki” w 1939 roku tak nim wstrząsnął, że filmowa pasja została z nim już na zawsze.

Warsztat mistrza, a nie zwykłego spikera

Janicki nie był „panem z okienka”, który odczytywał cudze teksty. To był tytan pracy z doktoratem pod pachą i ogromnym doświadczeniem zdobytym w redakcjach kultowych pism, takich jak „Film” czy „Kino”. Dzięki temu miał klucze do archiwów i kontakty, o których inni mogli tylko marzyć.

To, co widzowie brali za swobodną gawędę i improwizację, było w rzeczywistości efektem żelaznej dyscypliny. Janicki miał teczki pełne precyzyjnie rozpisanych skryptów. Dlaczego? Bo szanował widza. Wiedział, że przed telewizorami siedzą ludzie, którzy pamiętają premiery tych filmów i natychmiast wyłapią każdą pomyłkę.

Mit czarnych okularów

Nie da się mówić o Janickim, nie wspominając o jego ciemnych okularach. Stały się one jego znakiem rozpoznawczym, niemal superbohaterskim atrybutem. Choć wyglądały szalenie stylowo i tajemniczo, powód ich noszenia był czysto techniczny: dawne lampy studyjne świeciły tak mocno, że Janicki – mający wrażliwe oczy – po prostu musiał się chronić.

Ja już wtedy miałem siedem dioptrii, a oni mi rzygali tymi jupiterami. Tak ostro, że musiałem zakładać ciemne okulary. Potem te okulary przylepiły się do mnie „W starym kinie” i stały ikoną programu. Przeprowadziłem cztery wywiady, m.in. ze Stanisławem Różewiczem i Jerzym Passendorferem i myślałem, że na tym koniec. Po kilku dniach koleżanka zadzwoniła i powiedziała, że spodobałem się kierownictwu telewizji. I chcą mi zaproponować stały program. Własny, autorski. Byłem na tyle próżny, że mnie to jednak zainteresowało. Chodziło o prezentowanie starych filmów, polskich i obcych. Wtedy telewizje mogły za bezcen kupować pakiety starych filmów z lat dwudziestych i trzydziestych. Przyjęliśmy dewizę programu. Brzmiała ona – „bawić ucząc, uczyć bawiąc”. Ta koncepcja przetrwała 32 lata. Z przerwami i przy wprowadzanych od czasu do czasu zmianach formuły.

— Stanisław Janicki w wywiadzie dla Telewizji Polskiej

Paradoksalnie, te okulary stały się jego tarczą również poza studiem. Gdy tylko je zdejmował, stawał się „zwykłym obywatelem”. Dzięki temu jeden z najpopularniejszych ludzi w Polsce mógł spokojnie robić zakupy.

Półka pełna nagród

Doceniali go wszyscy – od władz telewizji po surowych krytyków. Stanisław Janicki ma na koncie ma m.in. Nagrody im. Karola Irzykowskiego (dwukrotnie!), Złoty Ekran za osobowość telewizyjną oraz uhonorowanie na Festiwalu Filmów Niemych już w wolnej Polsce.

To nie były tylko statuetki. To dowody na to, że Janicki był pomostem między historią a nowoczesnością, a jego pasja zarażała kolejne pokolenia.

Od fragmentów do wielkich seansów: Jak zmieniał się program „W starym kinie”

Program gościł na antenie przez niewiarygodne 35 lat. W tym czasie telewizja przeszła technologiczną rewolucję, a wraz z nią zmieniało się to, co widzieliśmy na ekranie. Początkowo „W starym kinie” przypominało bogato ilustrowany wykład – Janicki brał na warsztat konkretny temat, np. amanta wszech czasów Eugeniusza Bodo czy królową ekranu Jadwigę Smosarską, i przeplatał swoją opowieść fragmentami filmów.

Jednak apetyt widzów rósł w miarę jedzenia. Publiczność nie chciała już tylko urywków – chciała całych historii. Pod wpływem tych głosów formuła ewoluowała: Janicki stał się kimś w rodzaju filmowego kustosza. To on otwierał drzwi do seansu, budując kontekst, opowiadając o kulisach produkcji, a czasem o tragicznych, powojennych losach dawnych gwiazd. Jego wstępy stały się nieodłącznym rytuałem. Bez nich film wydawał się niekompletny.

Uznano, że dość pokazywania fragmentów. Widzowie chcą oglądać filmy w całości. Nie spodobało mi się to. Chciałem zrezygnować. Przeczytałem jednak sporo listów, z których wynikało, jak bardzo ważny jest nasz program dla ich autorów. Jak bardzo zaspokaja ich potrzeby poznawcze i emocjonalne. Ludzie ze szpitali i domów starców dziękowali mi pisząc, jaką radość sprawia im mój program. Uświadomiłem sobie własną odpowiedzialność. Powiedziałem sobie: „Nie robisz programu dla siebie, ale dla widzów. To twój psi obowiązek. Nie rejteruj. Siedź i rób”. Póki więc było można, kontynuowałem pracę.

— Stanisław Janicki w wywiadzie dla Telewizji Polskiej

Janicki był też (choć dziś może to brzmieć zabawnie) technologicznym innowatorem. Jako jeden z pierwszych dziennikarzy w Polsce porzucił notatnik na rzecz magnetofonu szpulowego. Dzięki temu, zamiast nerwowo zapisywać każde słowo, mógł w pełni skupić się na swoich rozmówcach.

To właśnie dzięki temu urządzeniu udało się ocalić bezcenne wspomnienia takich legend jak Mira Zimińska-Sygietyńska czy Loda Halama. Janicki nie tylko pokazywał filmy – on zbierał żywe dowody na to, że świat, który prezentował, naprawdę istniał, był pełen emocji, barw (nawet jeśli na ekranach czarno-białych telewizorów) i niesamowitych ludzi.

„W starym kinie” jako narodowy wehikuł czasu

Największy sukces Stanisława Janickiego? To, że udało mu się przemycić do domów w PRL-u pamięć o świecie, o którym oficjalnie należało zapomnieć. Kino II Rzeczypospolitej było wtedy traktowane przez władze „z przymrużeniem oka” – jako burżuazyjna i mało wartościowa rozrywka. Janicki jednak, działając wewnątrz państwowego systemu, zrobił coś niesamowitego: odkurzył te stare taśmy i pokazał, że to nie są muzealne eksponaty, ale żywa historia pełna humoru, szyku i prawdziwych dramatów.

Nie tylko „lekka muza”

Janicki od początku miał plan. Chciał pokazać, że przedwojenne kino to nie tylko proste komedyjki, ale też ambitne dzieła, które powstawały pod koniec lat 30.

Od pierwszego programu chcieliśmy widzom uświadamiać, że kino przedwojenne to nie tylko nurt popularny, który rzecz jasna dominował, ale ównież nurt ambitniejszy, zwłaszcza w końcówce lat 30. A potem, w ciągu tych trzydziestu dwóch lat metrykalnie Stare kino wciąż się przesuwało. Kiedy zaczynałem, starym kinem były filmy nieme i w ogóle przedwojenne, w latach 70. filmy z lat 40. I tak się ta granica przesuwała, ale nie wyszedłem poza cezurę lat 80. Dość szybko i odzew, z jakim program się spotkał, i listy od telewidzów uświadomiły mi, że czynię coś pożytecznego, że popularyzuję nie tylko filmy leżące na dnie zapomnianego na strychu kufra, ale też upowszechniam pewien stosunek do kina, mając umiejętność opowiadania o nim inaczej niż to było przyjęte.

— fragment wywiadu Stanisława Janickiego dla portalu Stare Kino.pl

Z czasem pojęcie „starego kina” ewoluowało. Kiedy program startował, oznaczało ono filmy nieme. W latach 70. Janicki pokazywał już produkcje z lat 40., ale konsekwentnie trzymał się zasady, by nie przekraczać progu lat 80.

Detektyw na tropie legend: Bodo i Ford

Program stał się miejscem, gdzie przywracano blask wielkim nazwiskom. Janicki analizował twórczość m.in. Aleksandra Forda, pokazując jego drogę jeszcze sprzed czasów powojennych.

Jednak prawdziwym majstersztykiem była monografia Eugeniusza Bodo. Przywracanie pamięci o gwiazdorze, który zginął w radzieckim łagrze, wymagało w tamtych latach od Janickiego ogromnej dyplomacji i sprytu. Udało mu się to jednak perfekcyjnie, a zwieńczeniem tych starań był późniejszy film dokumentalny „Za winy niepopełnione”.

Edukacja bez nudy

Janicki nie bał się dekonstruować mitów. Potrafił wytknąć, że wielcy aktorzy teatralni tamtej epoki czasem przeszarżowywali przed kamerą, nie potrafiąc odnaleźć się w nowym medium. To nie było ślepe uwielbienie – to była lekcja dojrzałego patrzenia na polską kulturę.

Dla starszych widzów program był przestrzenią nostalgii, a dla młodych – najciekawszą lekcją historii, jaką mogli sobie wymarzyć. Sukces był tak ogromny, że w 1985 roku wydano książkę „W starym polskim kinie”. Stała się ona błyskawicznym bestsellerem, pełniąc rolę „programu telewizyjnego w wersji kieszonkowej”.

Koniec pewnej epoki: Kiedy „słupki” wygrały z klasą

Nawet najpiękniejsze historie mają swój koniec. Pod koniec lat 90. nad programem „W starym kinie” zaczęły gromadzić się czarne chmury. Nowa, komercyjna rzeczywistość mediów wymuszała pogoń za młodym widzem i dynamiką, w której stateczny pan w okularach opowiadający o czarno-białych filmach zaczął niektórym decydentom z Woronicza przeszkadzać.

W 1997 roku Janicki usłyszał twarde warunki: albo drastycznie unowocześni program (czytaj: zniszczy jego duszę), albo znika z anteny.

Problem polegał na tym, że takie „unowocześnienie” oznaczałoby rezygnację z estetyki i atmosfery, które przez trzy dekady stanowiły jego fundament. Janicki nie zamierzał zamieniać swojej autorskiej formuły w telewizyjną papkę pod dyktando nowych trendów. Pozostał wierny temu, co budował latami. Finał był do przewidzenia – w 1999 roku zapadła decyzja o zakończeniu cyklu.

Przez te trzydzieści kilka lat dość nieźle, myślę, poznałem reguły gry na Woronicza i rozstałem się z telewizją bez żalu. A w myśl maksymy Lejzorka Rojtszwańca, bohatera słynnej kiedyś powieści Ilji Erenburga – jak zwalniają, to nie będą przyjmować – miałem wtedy i mam teraz co robić.

— fragment wywiadu Stanisława Janickiego dla portalu Stare Kino.pl

Janicki odszedł z TVP bez żalu, wiedząc, że jego misja się nie kończy, a jedynie zmienia adres.

Widzowie byli wściekli, a krytycy grzmieli o upadku misji telewizji publicznej. Ale Janicki nie zamierzał spocząć na laurach. Pokazał wszystkim, że „anachroniczny” format ma się świetnie, tyle że w innych miejscach:

  • Kino Polska: Od 2004 roku stał się filarem tej stacji, prowadząc m.in. „W Iluzjonie”. Tam znalazł świadomą widownię, która nie potrzebowała fajerwerków, by docenić dobrą opowieść.
  • RMF Classic: Janicki udowodnił, że o filmie potrafi opowiadać tak, że obraz staje się zbędny. Jego radiowy „Odeon” (nadawany od 2005 roku) stał się kultowy. To tam, w krótkich felietonach, sypał anegdotami o Flipie i Flapie czy Judy Garland, czarując słuchaczy swoim głosem.

Jak się okazało, to nie Janicki był „za stary” na telewizję, to telewizja na chwilę zapomniała, że prawdziwa pasja i wiedza nigdy nie wychodzą z mody.

Nie tylko studio: Janicki za kamerą

Mało kto wie, że Stanisław Janicki to nie tylko genialny prezenter, ale też płodny filmowiec. Jego dorobek jako reżysera i scenarzysty to ponad 40 produkcji, głównie dokumentalnych. Można powiedzieć, że jego filmy były naturalnym przedłużeniem tego, co robił w programie „W starym kinie” – tyle że zamiast opowiadać o cudzych dziełach, sam ruszał w głąb archiwów, by odkrywać tajemnice wielkich gwiazd.

Od Bodo po brata papieża

Janicki miał nosa do tematów nieoczywistych i tragicznych. To on stworzył poruszający dokument o Eugeniuszu Bodo („Za winy niepopełnione”), domykając historię, którą przez lata snuł na antenie TVP. Ale jego zainteresowania sięgały znacznie dalej:

  • W filmie „Kochany i nienawidzony” zmierzył się z legendą Aleksandra Forda.
  • W „Bracie papieża” opowiedział przejmującą historię Edmunda Wojtyły.
  • Zaglądał nawet do szuflad mistrzów – w serialu „Marzenia są ciekawsze” analizował filmy, których Andrzej Wajda nigdy nie nakręcił.

Dokumenty, które warto znać

Jeśli chcesz poznać historię polskiej kultury oczami Janickiego, koniecznie rzuć okiem na te tytuły:

  • „Takie kiedyś były zabawy” (1994) – sentymentalna podróż do świata dawnej rozrywki.
  • „Film jest bajką” (2005) – opowieść o Ludwiku Starskim, człowieku, który pisał hity dla przedwojennych kin.
  • „Nie wolno przerwać spektaklu” (2008) – piękny portret niezapomnianej Danuty Szaflarskiej.

Dla Janickiego dokument był narzędziem walki z zapomnieniem. Każdy z tych filmów to cegiełka dołożona do budowy naszej zbiorowej pamięci.

Fenomen „W starym kinie”: Co nam zostało w głowach?

Trudno przecenić to, co Stanisław Janicki zrobił dla polskich widzów. W morzu telewizyjnej propagandy jego program był jedną z niewielu wysp, gdzie uczono szacunku do warsztatu i krytycznego myślenia. Janicki wychował całe pokolenia świadomych kinomanów. Dzięki niemu nauczyliśmy się, że brak koloru czy proste efekty specjalne nie odbierają filmowi duszy.

Strażnik zakazanej pamięci

Działalność Janickiego miała też drugie, głębsze dno. Po wydarzeniach z 1968 roku oficjalna narracja starała się wymazać z pamięci twórców pochodzenia żydowskiego, którzy przecież budowali potęgę przedwojennego kina.

Janicki, dzięki swojej merytorycznej niezależności i ogromnemu autorytetowi, stał się dla tej pamięci bezpieczną przystanią. Pokazywał filmy takimi, jakimi były – jako wspólne, wielokulturowe dziedzictwo, którego nie da się ot tak skreślić jednym politycznym dekretem.

Dziedzictwo, którego nie da się podrobić

Choć dzisiejsze kanały tematyczne, jak TVP Historia czy Kino Polska, garściami czerpią z jego pomysłów, Stanisław Janicki pozostaje postacią nie do podrobienia. To jedyny człowiek w historii polskiej telewizji, któremu udało się prowadzić autorski program przez tyle dekad, ani razu nie tracąc zaufania widzów i nie idąc na zgniłe kompromisy artystyczne.

Był kustoszem naszej narodowej pamięci w czasach, gdy mało kto miał odwagę zaglądać do „zakurzonych kufrów” historii.

Dlaczego „W starym kinie” wciąż nas fascynuje?

Patrząc z perspektywy czasu na historię programu, trudno nie odnieść wrażenia, że był on zjawiskiem totalnym. Co zdecydowało o jego nieśmiertelności? Przede wszystkim unikalne połączenie kolekcjonerskiej pasji z naukowym rygorem. Janicki nie tylko „puszczał filmy” – on budował wokół nich fascynujący świat, ucząc nas szacunku do każdego kadru.

Etos, którego dziś brakuje

Postać Stanisława Janickiego stała się ucieleśnieniem dziennikarskiego etosu. W czasach, gdy media często gonią za tanią sensacją, on stawiał na rzetelną wiedzę i głęboki szacunek do tematu. Program odegrał też fundamentalną rolę w rekonstrukcji naszej tożsamości po wojennym kataklizmie, przywracając zerwaną ciągłość polskiej kultury.

Przewodnik w cyfrowym gąszczu

Dziś, w trzeciej dekadzie XXI wieku, misja Janickiego wydaje się jeszcze ważniejsza. Choć dzięki streamingom mamy dostęp do tysięcy starych filmów na wyciągnięcie ręki, sama technologia nie zastąpi kompetentnego przewodnika. Bez kogoś, kto wskaże nam niuanse i nakreśli kontekst, te stare taśmy pozostają jedynie niemymi obrazami z przeszłości.

Kultura z nieograniczonym terminem ważności

„W starym kinie” to dowód na to, że tzw. wysoka kultura, podana w przystępny i pełen pasji sposób, nie ma daty ważności. Program ten na zawsze pozostanie wzorcem telewizji misyjnej – takiej, która potrafiła zgromadzić przed ekranami miliony widzów wokół tematów z wyższej półki, nie tracąc przy tym nic ze swojej lekkości.

Fenomen Janickiego uczy nas jednego: prawdziwa klasa i autentyczność zawsze obronią się przed upływem czasu.

Wojciech Płusa

Wojciech Płusa

Szperam w programach TV z PRL jak archeolog – wyciągam serialowe skarby, audycje i ciekawostki. Codziennie dorzucam felieton i szczyptę nostalgii. Jeśli podoba Ci się to, co robię, postaw mi kawę. Po dobrej kawie działam lepiej niż Unitra na bateriach.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *