Już za chwileczkę, już za momencik… Piątek z Pankracym

Poznaj historię kultowego programu dla dzieci z okresu PRL – Piątek z Pankracym. Sprawdź jak Pankracy i jego pani bawili i uczyli kolejne pokolenia Polaków.

Dla dzieciaków z czasów PRL-u piątkowe popołudnia miały swój stały rytuał w towarzystwie Pankracego. Na ekranie pojawiał się niepozorny piesek–pacynka i jego opiekun, prowadzący program. Na pierwszy rzut oka była to zwykła audycja dla najmłodszych. W praktyce jednak „Piątek z Pankracym” stał się czymś znacznie więcej – fenomenem społecznym i kulturowym.

W realiach PRL-u program ten potrafił w sprytny sposób łączyć rozrywkę z przekazywaniem wartości. Bawił, uczył, a przy okazji kształtował dziecięcą wrażliwość i postawy. I choć od tamtych czasów minęły dekady, to wspomnienie Pankracego wciąż wywołuje uśmiech i ciepłe skojarzenia w sercach kilku pokoleń Polaków.

Piątek z Pankracym i jego twórcy – mistrzowie i pacynki

„Piątek z Pankracym” pojawił się w ramówce Telewizji Polskiej w marcu 1978 roku, zajmując miejsce innej uwielbianej przez najmłodszych audycji „Pora na Telesfora”. Program był nadawany w piątki około godziny 16:40. Dla wielu dzieci oznaczało to jedno: szybki powrót ze szkoły, kanapka z masłem i szklanka herbaty, a potem chwila, na którą czekało się cały tydzień.

Telewizja w tamtych czasach była czymś więcej niż tylko rozrywką. Była głównym, a często jedynym oknem na świat i zarazem narzędziem wychowawczym. Każda audycja dla dzieci miała nieść ze sobą coś więcej niż zabawę. Miała kształtować, uczyć i wychowywać. „Piątek z Pankracym” idealnie wpisywał się w tę misję, a przy tym zachował lekkość i ciepło, dzięki którym pokochały go tysiące młodych widzów.

Program nadawano w pierwszym programie przez ponad dekadę, aż do 22 czerwca 1990 roku. Za jego sukcesem stał zespół ludzi, którzy potrafili stworzyć coś niezwykłego za pomocą bardzo prostych środków. Scenariusze, pełne humoru i mądrych dialogów, pisał Maciej Zimiński, wcześniej znany z „Ekranu z bratkiem”. Lalkę psa Pankracego animował Hubert Antoszewski, który tchnął w skromnego psiaka życie i uczynił z niego prawdziwego towarzysza dziecięcych rozmów.

Nie można zapomnieć też o „panu Pankracego”. Najbardziej rozpoznawalnym prowadzącym był Zygmunt Kęstowicz, który stał się wręcz synonimem programu. To jego dialogi z Pankracym tworzyły legendę i sprawiały, że widzowie wierzyli w prawdziwą przyjaźń człowieka z psem. Kęstowicz prowadził program do 1988 roku, a później pałeczkę przejęli Tadeusz Chudecki i Artur Barciś. Wtedy też audycja zmieniła nazwę na „Okienko Pankracego”, co można uznać za symboliczne domknięcie pewnej epoki.

Sama pacynka była małym arcydziełem improwizacji. Powstała ze sznurka, gąbki i trzech żyłek wędkarskich, czyli materiałów, które w tamtych czasach miał w domu prawie każdy. Ta prostota wcale jednak nie ujmowała Pankracemu. Wręcz przeciwnie, sprawiała, że dzieciaki widziały w nim kogoś bliskiego, swojego. Pankracy nie błyszczał efektami specjalnymi, ale dzięki temu był bardziej „nasz”. Był przyjacielem, który nie udawał i nie zachwycał gadżetami, tylko rozmawiał, pytał i słuchał.

Formuła programu – dialog i akcja

Typowy odcinek „Piątku z Pankracym” opierał się na prostym, ale niezwykle skutecznym pomyśle: duet człowieka i pacynki. Zaczynało się zawsze od charakterystycznej piosenki na początku programu. Wystarczyło kilka pierwszych słów: „Już za chwileczkę, już za momencik… Piątek z Pankracym zacznie się kręcić. Kręcić się będzie Pankracy z panem. Czy wszystkie buzie już roześmiane?” i w domach momentalnie milkły rozmowy. Dzieci siadały bliżej telewizora, a uśmiech sam pojawiał się na twarzy.

Głównym elementem programu były rozmowy prowadzącego z Pankracym. Niby zwyczajne pogaduszki, a jednak często otwierały drzwi do ważnych tematów – od dobrego zachowania, przez kulturę słowa, aż po pomaganie innym. Uzupełnieniem były krótkie filmy, jak „Piesek w kratkę” czy „Nikogo nie ma w domu”, które płynnie wplatały się w klimat audycji. Stałym punktem były też listy od dzieci i konkursy, dzięki którym mali widzowie mieli poczucie, że naprawdę są częścią programu.

Kiedyś dostaliśmy list ze szpitala na Bielanach. Dziewczynka po operacji prosiła, żeby przyjść z Pankracym. Że bardzo ją boli i że będzie mniej bolało, jeśli przyjdziemy.

– wspominał Zygmunt Kęstowicz

Widzowie pokochali również Babcię Sąsiadkę, postać, której nigdy nie pokazano na ekranie, ale która żyła w wyobraźni dzieci. Gdy Pankracy z panem zastanawiali się, co podarować jej pod choinkę, telewizja została dosłownie zasypana paczkami.

Widzowie przysłali pudła pełne książek, ozdób choinkowych, laurek. Któregoś dnia przyszła paczka kolosalna, długa co najmniej na metr, z Białego Dunajca. Dzieci wydziergały z włóczki rękawiczki i szaliki, ich babcie dorzuciły kożuchowe czapki. Było tego kilkadziesiąt sztuk.

– opowiadał Maciej Zimiński

To właśnie takie momenty budowały niezwykłą więź między telewizją a jej najmłodszą widownią. „Piątek z Pankracym” nie moralizował i nie straszył zakazami. Zamiast tego zapraszał do rozmowy. Jak podkreślał Maciej Zimiński, obowiązywała zasada: żadnych nakazów i zakazów.

Pankracy uczył grzeczności i empatii, zachęcał do twórczości i zadawania pytań. Dzięki temu dzieci czuły się traktowane jak równi partnerzy, a wartości, które płynęły z programu, wchodziły do codziennego życia niepostrzeżenie, z uśmiechem i radością.

Fenomenalne piosenki – muzyka, która uczyła i bawiła

Muzyka była sercem „Piątku z Pankracym”. Piosenki nie stanowiły jedynie tła. Były pełnoprawnym elementem audycji, nośnikiem emocji i wartości, które zapadały w pamięć na całe życie. Do dziś wielu dorosłych, słysząc pierwsze takty „Łapy, łapy, cztery łapy”, bez wahania potrafi dokończyć refren.

Dorobek muzyczny programu okazał się imponujący. W 2022 roku ukazała się specjalna kompilacja, na której znalazło się ponad 50 utworów. To dowód na to, jak bogaty był ten repertuar. Wśród nich klasyki takie jak „Psiejsko Czarodziejsko”, „Wieczór z babcią” czy wzruszający „Kundel Bury”.

Nie były to jednak zwykłe piosenki dla dzieci. Teksty pisali autorzy najwyższej próby: Maciej Zimiński, a także Wanda Chotomska czy Jan Brzechwa. Dzięki nim utwory miały nie tylko walor edukacyjny, ale i literacką jakość, której próżno było szukać w wielu innych dziecięcych produkcjach tamtych lat.

Już minęło pół godziny z psem Pankracym. Znów za tydzień się spotkamy, lecz inaczej. Będą filmy, ale jakie? Któż to wie… Zaśpiewamy znów piosenkę, może dwie…

– fragment piosenki kończącej program

Muzyka w „Piątku z Pankracym” miała jeszcze jedną, niezwykle ważną rolę – pomagała zapamiętywać. Dzieci, śpiewając chwytliwe melodie, przyswajały treści o przyjaźni, miłości do zwierząt, więziach rodzinnych czy szacunku dla pracy. I choć PRL odszedł do historii, przesłanie tych piosenek okazało się ponadczasowe, bo wartości, które niosły, są uniwersalne i nie starzeją się nigdy.

Kontekst ideologiczny – wychowanie w PRL

Aby w pełni zrozumieć wyjątkowe miejsce „Piątku z Pankracym”, trzeba spojrzeć na niego w tle tamtej epoki. W PRL wychowanie dzieci było sprawą państwową. Szkoły, przedszkola i organizacje młodzieżowe miały jedno zadanie – kształtować „nowego człowieka socjalizmu”. W programach nauczania dominowały idee kolektywizmu, lojalności wobec władzy i kult pracy. Nawet lektury czy uroczystości szkolne podporządkowane były tej narracji.

Na tle tej sztywnej i często nachalnej edukacji, program z niepozorną pacynką jawił się jak powiew świeżości. „Piątek z Pankracym”, choć nadawany w państwowej telewizji i również obarczony zadaniem wychowawczym, unikał politycznego tonu. Zamiast agitacji wybierał uniwersalne wartości: grzeczność, odpowiedzialność, empatię czy radość ze wspólnej zabawy. Były to rzeczy, które nie potrzebowały politycznych etykietek, bo trafiały prosto do dziecięcych serc.

Ton programu był łagodny, przyjazny, wręcz domowy. Dialog człowieka z pacynką budował poczucie bezpieczeństwa i normalności, bez wielkich haseł, ale za to z humorem. W szarej codzienności PRL-u Pankracy stawał się kimś więcej niż bohaterem telewizyjnego okienka. Był przyjacielem, który nigdy nie podnosił głosu, nie pouczał, nie straszył, a mimo to uczył skuteczniej niż niejeden szkolny apel.

To właśnie ta subtelna, przyjazna pedagogika odróżniała „Piątek z Pankracym” od innych form wychowania tamtych czasów. W świecie pełnym obowiązków i nakazów, dawał dzieciom coś niezwykłego – poczucie, że są słuchane i traktowane z szacunkiem.

Piątek z Pankracym – program kultowy czy unikalny?

Trudno znaleźć kogoś, kto dorastał w latach 80., a nie pamięta piątkowych spotkań z Pankracym. Ten kudłaty piesek z charakterystycznym głosem i spokojny, ciepły Zygmunt Kęstowicz stworzyli duet, który na zawsze zapisał się w telewizyjnej historii.

Dla dzisiejszych czterdziesto- i pięćdziesięciolatków „Piątek z Pankracym” to nie tylko wspomnienie z dzieciństwa, ale również element tożsamości pokoleniowej. To był rytuał: koniec szkoły, początek weekendu i… Pankracy w telewizorze. Nostalgia za tym programem jest wciąż żywa, bo w prosty sposób dawał on dzieciom to, czego dziś nie zastąpi żadna aplikacja, czyli bliskości.

Na tle innych produkcji dla najmłodszych „Piątek z Pankracym” wyróżniał się swoją formułą. Nie był to ani magazyn z różnymi tematami jak „Teleranek”, ani program z jednym prowadzącym jak „Zrób to sam”. Był to intymny dialog człowieka i lalką. Pankracy mógł pytać, mylić się, dziwić światu. A Zygmunt Kęstowicz tłumaczył spokojnie i cierpliwie, jak prawdziwy dziadek. Dzięki temu dzieci czuły, że uczestniczą w rozmowie, a nie oglądają szkolną lekcję.

Właśnie ta prostota i szczerość sprawiły, że „Piątek z Pankracym” nie był tylko kolejnym programem, ale czymś unikalnym. Czymś, co po latach wciąż wywołuje uśmiech i ciepło w sercu. To tak, jakby kudłaty piesek i jego opiekun wciąż czekali na nas w telewizorze w piątkowe popołudnie.

Okiem autora

Muszę się przyznać, że „Piątek z Pankracym” był moim małym rytuałem. Pamiętam, jak siadałem przed telewizorem z otwartymi ustami, jakby świat miał się zaraz zatrzymać tylko po to, by Pankracy mógł coś powiedzieć. Ten kudłaty piesek nie był dla mnie zwykłą lalką. On naprawdę żył. Miał emocje, dziwił się i zadawał nieporadne pytania. A ja, dziecko z czasów PRL-u, miałem wrażenie, że pyta o to samo, o co ja bym zapytał dorosłych, gdybym tylko miał odwagę.

Było w tym coś magicznego. Zwyczajny piątkowy wieczór zamieniał się w małe święto. Kęstowicz mówił spokojnie, ciepło, bez pośpiechu, jakby czas nagle zwalniał. W dzisiejszym tempie życia aż trudno uwierzyć, że dzieci potrafiły siedzieć nieruchomo i słuchać rozmowy dorosłego z psem. A jednak to działało.

Szkoda, że dziś nie możemy już wrócić do tego programu. Wszystkie taśmy z nagraniami zostały skasowane, bo taka była polityka telewizji. Kasety magnetowidowe były drogie, więc nagrywano na nich kolejne programy. To trochę tak, jakby ktoś próbował wymazać kawałek dzieciństwa całego pokolenia.

Ale wspomnienia zostały. Pamiętam, że po zakończonym programie potrafiłem jeszcze długo chodzić po domu i powtarzać kwestie Pankracego, czasem wymyślając własne dialogi. Zdarzało się, że wciągałem w to całą rodzinę, a mama z rozbawieniem grała swoją rolę, odpowiadając mojemu „Pankracemu”, którego sam zrobiłem z pluszaka czy skarpety naciągniętej na rękę. To były takie małe przedstawienia, w których najważniejsze było poczucie, że magia telewizji trwa jeszcze chwilę dłużej.

I wiecie co? Może właśnie dlatego pamiętamy ten program tak mocno, bo został tylko w naszych głowach i sercach, a tam nie ma gumek ani magnetowidów, które mogłyby go skasować.

Wojtek Płusa

Wojtek Płusa

Szperam w programach TV z PRL jak archeolog – wyciągam serialowe skarby, audycje i ciekawostki. Codziennie dorzucam felieton i szczyptę nostalgii. Jeśli podoba Ci się to, co robię, postaw mi kawę. Po dobrej kawie działam lepiej niż Unitra na bateriach.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *