Kultowe dobranocki PRL – te bajki kochały dzieci

Przypomnij sobie kultowe dobranocki PRL-u! Miś Uszatek, Bolek i Lolek, Reksio – te bajki pokochały miliony dzieci. Poznaj je wszystkie.

W Telewizji Polskiej czasów PRL dobranocka była czymś więcej niż kilkunastominutową bajką. Emitowana codziennie około godziny 19:00 stanowiła stały, niemal święty punkt dnia. Dobranocek się nie „oglądało”. Na dobranockę się czekało. I w tym czekaniu krył się cały fenomen.

To był moment graniczny – symboliczne przejście ze świata dziecięcej energii, zabawy i hałasu do wieczornego wyciszenia. Jej miejsce w ramówce nie było przypadkowe. Tuż po niej rozpoczynał się „Dziennik Telewizyjny”. Dla rodziców dobranocka była sprytnym sprzymierzeńcem: dziecko obejrzało bajkę, umyło zęby i szło spać, a w domu zapadała cisza.

Co ciekawe, mimo że telewizja znajdowała się pod ścisłą kontrolą władzy, to właśnie dobranocki pozostały w dużej mierze wolne od nachalnej indoktrynacji. Twórcy bajek skupiali się przede wszystkim na emocjach, relacjach i prostych, uniwersalnych wartościach.

Fenomen polskich dobranocek wyrósł z dość paradoksalnej sytuacji. W realiach gospodarki centralnie planowanej studia animacji – Se-ma-for w Łodzi, Studio Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej czy Studio Miniatur Filmowych w Warszawie – funkcjonowały dzięki państwowym dotacjom. Nie musiały walczyć o reklamodawców ani ścigać się o wyniki oglądalności w dzisiejszym rozumieniu. Budżety bywały skromne, sprzęt nie zawsze dorównywał zachodniemu, ale twórcy mieli coś bezcennego: czas i artystyczną swobodę.

Przygody Gąski Balbinki

Zanim polska animacja nabrała rozpędu, zanim pojawił się ruch, kolor i rozpoznawalne czołówki, była Gąska Balbinka. To jedna z tych produkcji, które dziś mogą wydawać się technicznie bardzo skromne, ale w swoim czasie były czymś absolutnie przełomowym.

„Przygody Gąski Balbinki” nie przypominały klasycznej kreskówki. Były to statyczne plansze rysowane przez Annę Hoffmann, a tekst czytała na żywo Danuta Mancewicz. Telewizja dopiero raczkowała, sprzęt miał swoje ograniczenia, ale wyobraźnia – już nie. Balbinka i jej przyjaciel, kurczak Ptyś, prowadzili dialogi, które uczyły dzieci podstaw współżycia, ciekawości świata i odwagi w zadawaniu pytań.

Balbinka była rezolutna, czasem gadatliwa, czasem dociekliwa aż do bólu – trochę jak każde dziecko, które nie przyjmuje odpowiedzi „bo tak”. I może właśnie dlatego budowała tak silną więź z widzami. W czasach, gdy telewizor był w domu luksusem, a sąsiedzi potrafili przychodzić wspólnie oglądać program, taka postać stawała się kimś bliskim. Nie efekty specjalne, lecz relacja była tu najważniejsza.

Jacek i Agatka

2 października 1962 roku to data uznawana za narodziny nowoczesnej polskiej dobranocki. Tego dnia zadebiutowali Jacek i Agatka.

Dwie niepozorne pacynki – drewniane główki osadzone na palcach aktorów ukrytych pod czarnymi rękawiczkami – zdobyły serca dzieci w całym kraju. Autorką scenariuszy była Wanda Chotomska, która wniosła do telewizji język ciepły, poetycki, a jednocześnie niezwykle bliski najmłodszym.

Każdy odcinek opierał się na rozmowie rodzeństwa. Agatka była tą rozsądniejszą, spokojniejszą, Jacek – ciekawski, czasem psotny, czasem naiwny. W ich dialogach pojawiały się tematy higieny, bezpieczeństwa, pomagania starszym czy zwykłej życzliwości. Moralizatorstwa było niewiele. Zamiast tego była rozmowa, w której dziecko mogło się przejrzeć.

Popularność „Jacka i Agatki” była ogromna. Imionami bohaterów nazywano nawet produkty dla dzieci. Dziś powiedzielibyśmy: marka. Wtedy – po prostu Jacek i Agatka.

Reksio

Kiedy w 1967 roku Lechosław Marszałek powołał do życia Reksia, nikt nie przypuszczał, że ten niepozorny pies stanie się jednym z najważniejszych symboli polskiej animacji.

Produkcja Studia Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej od początku szła własną drogą. Zamiast pościgów, krzyku i agresywnego humoru – było podwórko. Zwykłe, swojskie, pełne kur, kotów i sąsiedzkich sporów. Reksio był empatyczny, czujny, uważny na innych. Godził skłóconych, pomagał słabszym, naprawiał to, co zepsute.

Prosta kreska, pastelowe barwy i spokojne tempo narracji sprzyjały wyciszeniu przed snem. A gdy rozbrzmiewał charakterystyczny motyw muzyczny Zenona Kowalowskiego, w wielu domach padało hasło: „Cicho, zaczyna się!”.

Reksio uczył czegoś bardzo prostego, a zarazem niezwykle ważnego – że siła nie polega na dominacji, lecz na współpracy i trosce. I może dlatego „Reksio” przetrwał próbę czasu.

Bolek i Lolek

Jeśli istnieje polska dobranocka, która stała się towarem eksportowym i wizytówką naszej animacji, to jest nią bez wątpienia Bolek i Lolek. Serial Władysława Nehrebeckiego podbił dziesiątki krajów. Jego źródłem były codzienne zabawy dwóch synów twórcy.

Wysoki, szczupły Bolek i niższy, bardziej impulsywny Lolek tworzyli duet idealny. Ich przygody mogły zaczynać się na zwykłym podwórku, by po chwili przenieść widza w góry, na Dziki Zachód czy na inny kontynent. To była czysta esencja dziecięcej wyobraźni – z patyka robił się miecz, z kartonu statek kosmiczny, a świat stał otworem.

Ogromną siłą serialu był brak dialogów. Twórcy opowiadali historie wyłącznie ruchem, gestem i mimiką. Dzięki temu Bolek i Lolek posługiwali się uniwersalnym językiem obrazkowym zrozumiałym na całym świecie.

W 1973 roku do tego duetu dołączyła Tola, co było odpowiedzią na głosy dziewczęcej widowni. Serial zyskał nową dynamikę, a przygody stały się jeszcze bardziej różnorodne. Bolek i Lolek promowali aktywność, kreatywność i lojalność – bez moralizowania, za to z ogromną dawką humoru.

Przygody misia Colargola

Colargol był inny. Bardziej wrażliwy, bardziej marzycielski. To owoc międzynarodowej współpracy – polskiej animacji lalkowej i literackiego pomysłu francuskiej autorki Olgi Pouchine. A jednak dla wielu dzieci Colargol był „nasz”.

Miś z rudą czuprynką miał jedno wielkie marzenie – chciał śpiewać. Problem w tym, że kompletnie nie miał do tego talentu. I właśnie to czyniło go tak bliskim. Jego historia była opowieścią o pragnieniu bycia kimś więcej, o uporze i drodze pełnej przeszkód. Przełomowym momentem była wizyta u Króla Ptaków i czarodziejski flet, dzięki któremu Colargol zyskał piękny głos.

Colargol to także przygody w cyrku, na morzu, a nawet w kosmosie. To starcie z niesprawiedliwością i chciwością, zwłaszcza w wątku z bezwzględnym dyrektorem cyrku.

Technicznie „Przygody Misia Colargola” były majstersztykiem Studia Se-ma-for i Tadeusza Wilkosza. Lalka Colargola miała skomplikowany mechanizm pozwalający na subtelne wyrażanie emocji, a dzieci bezbłędnie te emocje odczytywały. Trudno było nie kibicować temu małemu misiowi.

Dziwne Przygody Koziołka Matołka

Kiedy klasyczna polska literatura spotkała się z animacją, powstały „Dziwne przygody Koziołka Matołka”. Adaptacja kultowego komiksu Kornela Makuszyńskiego i Mariana Walentynowicza była dowodem, że tradycję można opowiedzieć nowoczesnym językiem obrazu.

Każdy z 26 odcinków to kolejna próba dotarcia Matołka do mitycznego Pacanowa – miejsca, gdzie kują kozy. Brzmi absurdalnie? I takie właśnie były te przygody. Egzotyczne kraje, piraci, podróże w czasie, sytuacje balansujące na granicy snu i jawy.

Nie było tu klasycznych dialogów, postacie wydawały jedynie charakterystyczne dźwięki, a całość spajał narrator – Wiesław Michnikowski – recytujący wierszowany komentarz wierny duchowi oryginału. Ten rytm i melodyjność sprawiały, że bajka miała niemal poetycki wymiar.

Matołek był naiwny, często wpadał w kłopoty, ale nigdy się nie poddawał. I może właśnie dlatego tak lubiły go dzieci. Bo choć droga do Pacanowa była długa i kręta, on uparcie szedł dalej.

Miś Uszatek

Miś Uszatek, z oklapniętym uszkiem, spokojnym spojrzeniem i miękkim głosem stał się symbolem bezpieczeństwa dla całego pokolenia. W lalkowej produkcji łódzkiego „Se-ma-foru” Uszatek był kimś więcej niż tylko bohaterem bajki. W swojej grupie – z Prosiaczkiem, Zajączkiem, Króliczkami i psem – pełnił rolę mediatora, który potrafi wysłuchać i pogodzić zwaśnionych. Nie krzyczał, nie pouczał. Raczej tłumaczył. Spokojnie. Cierpliwie.

Serial miał niespieszne tempo i niezwykłą dbałość o detale codzienności – pokoik, łóżeczko, drobne przedmioty. A gdy na końcu odcinka Uszatek kładł się spać i mówił swoje charakterystyczne „Dobranoc…”, dla dzieci był to jasny sygnał: teraz czas do łóżek.

Ogromną rolę odgrywał głos Mieczysława Czechowicza – ciepły, miękki, niemal ojcowski. Uszatek nie tylko bawił. Uczył odpowiedzialności, empatii i tego, że każde działanie ma swoje konsekwencje. I robił to w sposób, który do dziś wielu dorosłym kojarzy się z najczystszym poczuciem domowego spokoju.

Porwanie Baltazara Gąbki

To była dobranocka z pazurem. „Porwanie Baltazara Gąbki” wprowadziło do wieczornego pasma prawdziwą przygodę, a nawet nutę szpiegowskiej intrygi.

Smok Wawelski i kucharz Bartolini Bartłomiej wyruszają do Krainy Deszczowców, by odnaleźć zaginionego profesora Gąbkę. Po drodze czekają na nich zasadzki, pościgi i Don Pedro – szpieg, którego okrzyk „Karramba!” na stałe wszedł do języka młodych widzów.

Oparty na książce Stanisława Pagaczewskiego serial wyróżniał się charakterystyczną, nieco kanciastą kreską i dynamiczną akcją. Jak na dobranockę był to projekt z rozmachem – wieloodcinkowa, spójna fabuła, która sprawiała, że dzieci czekały na kolejny dzień z autentycznym napięciem.

Była tu odwaga, lojalność i humor w obliczu zagrożenia. A przy tym sporo inteligentnej gry z konwencją filmu szpiegowskiego – coś, co oglądały dzieci, ale i dorośli.

Zaczarowany ołówek

Pomysł był prosty, a jednocześnie genialny: rysujesz – i to, co narysowane, staje się rzeczywistością. „Zaczarowany ołówek”, produkowany przez „Se-ma-for” w latach 1964–1977, był prawdziwą pochwałą wyobraźni.

Piotrek i jego pies Pimpek, wspierani przez tajemniczego krasnoludka, rozwiązywali problemy za pomocą magicznego ołówka. Most nad przepaścią? Proszę bardzo. Łódka? Gotowe. Maszyna ratująca z opresji? Wystarczy kilka kresek.

Serial nie potrzebował dialogów. Obraz i muzyka wystarczały, by opowiedzieć historię zrozumiałą dla każdego. A przy okazji przemycał bardzo ważną myśl: że wiedza, pomysłowość i twórcze podejście do problemu są potężniejszym narzędziem niż siła.

Warto też zauważyć ewolucję formuły – od zamkniętych, krótkich historii do bardziej rozbudowanej, ciągłej fabuły związanej z wielką wyprawą ratunkową.

Pomysłowy Dobromir

W czasach, gdy w sklepach brakowało wszystkiego, a hasło „zrób to sam” było raczej koniecznością niż modą, pojawił się „Pomysłowy Dobromir”, czyli mały wynalazca z wielką wyobraźnią.

Każdy odcinek zaczynał się od problemu. Coś nie działało, coś się psuło, coś trzeba było usprawnić. I wtedy charakterystyczna kropka pojawiała się na czole Dobromira, wędrowała, krążyła… aż wreszcie przychodziło olśnienie. Pomysł!

Serial w prosty, niemal intuicyjny sposób tłumaczył zasady działania dźwigni, bloczka, kołowrotu czy przekładni. Bez szkolnego zadęcia, bez definicji z podręcznika. Tu wiedza była przygodą. A majsterkowanie – powodem do dumy.

W realiach PRL-u Dobromir miał też wymiar bardzo praktyczny. Uczył zaradności. Pokazywał, że nawet z ograniczonych środków można stworzyć coś użytecznego. Że pomysł bywa cenniejszy niż dostęp do gotowych rozwiązań. To była bajka o kreatywności – takiej, która przydaje się w prawdziwym życiu.

Przygód kilka wróbla Ćwirka

Wróbel Ćwirek był trochę jak ciekawski reporter ze świata przyrody. Mieszkał „na gapę” w bocianim gnieździe i z tej perspektywy obserwował życie innych zwierząt. A dzieciaki razem z nim.

Każdy odcinek skupiał się na innym gatunku. Dzieci poznawały zwyczaje ptaków, leśnych mieszkańców, zależności między drapieżnikiem a ofiarą. To była lekcja biologii podana w formie lekkiej, zabawnej historii.

Ogromną rolę odgrywał głos Jana Kobuszewskiego. Dzięki niemu Ćwirek był sympatyczny, czasem trochę naiwny, ale zawsze odważny i pełen entuzjazmu. Serial uczył szacunku do natury i pokazywał, że świat przyrody to skomplikowana sieć powiązań. Jak na swoje czasy – była to naprawdę wczesna lekcja ekologii.

Wędrówki Pyzy

Są dobranocki, które bawią. Są takie, które uczą. A „Wędrówki Pyzy” robiły jedno i drugie, przy okazji budując coś jeszcze – poczucie zakorzenienia.

Pyza, ulepiona z ciasta przez wiejską gospodynię, postanawia uciec z talerza i ruszyć w Polskę. Brzmi bajkowo? Oczywiście. Ale ta bajkowa podróż była jednocześnie lekcją geografii, historii i etnografii. Toruń, Kraków, góry, mazowieckie wsie – każdy odcinek odsłaniał inny region kraju.

Ubrana w łowicki strój Pyza była jak żywa wycinanka. Cała warstwa plastyczna nawiązywała do polskiego folkloru – do malarstwa na szkle, do ludowych ornamentów. W połączeniu z muzyką inspirowaną tradycją tworzyło to niemal artystyczny klimat.

To była dobranocka mocno osadzona w polskości. Pokazywała, że różnorodność regionów jest wartością, że tradycja może być kolorowa i ciekawa. I że nawet mała, niepozorna Pyza może przemierzyć cały kraj, jeśli tylko ma w sobie odwagę, by ruszyć w drogę.

Opowiadania Muminków

Polskie „Opowiadania Muminków” z łódzkiego „Se-ma-foru” miały w sobie coś, czego trudno szukać w innych wersjach tej historii. Zrealizowane w technice półpłaskich lalek, były bardziej teatralne, bardziej nastrojowe, chwilami wręcz senne. Ta oniryczna estetyka idealnie współgrała z prozą Tove Jansson.

To nie była tylko bajka o sympatycznych stworkach z Doliny Muminków. Tu pojawiały się tematy samotności, tęsknoty, wolności i akceptacji inności. Włóczykij uczył, że można iść własną drogą. Mała Mi – że warto mówić to, co się myśli. A Buka… no cóż, Buka potrafiła wywołać autentyczny dreszcz.

I może właśnie dlatego ta wersja zapadła tak głęboko w pamięć. Nie unikała trudnych emocji. Nie wygładzała świata. Pokazywała, że lęk jest częścią życia, ale równie ważne są przyjaźń i bliskość. Dla wielu widzów to była pierwsza dobranocka, która zostawiała po sobie refleksję.

Przygody kota Filemona

W świecie dobranocek pełnych przygód i dalekich podróży „Przygody kota Filemona” były powrotem do codzienności. Do wiejskiego domu, podwórka, zmieniających się pór roku.

Filemon – mały, ciekawski kotek – poznawał świat z dziecięcą naiwnością. Wszystko go dziwiło, wszystko fascynowało. Towarzyszył mu Bonifacy – starszy, bardziej powściągliwy, patrzący na rzeczywistość z dystansem i doświadczeniem. Ich relacja była jak rozmowa pełna cierpliwości i łagodnych pouczeń.

Serial miał miękką kreskę i ciepłą kolorystykę, które budowały atmosferę bezpieczeństwa. Uczył uważności. Pokazywał, że często, aby przeżyć przygodę. wystarczy dobrze przyjrzeć się temu, co jest tuż obok.

Plastusiowy pamiętnik

„Plastusiowy pamiętnik”, oparty na książce Marii Kownackiej, oswajał świat zeszytów, stalówek i pierwszych obowiązków szkolnych.

Plastuś – mały ludzik z plasteliny mieszkający w piórniku Tosi – obserwował szkolną codzienność z perspektywy przyborów „mieszkańców piórnika”. Dzięki temu zwykła gumka, ołówek czy kałamarz zyskiwały niemal magiczny wymiar. To, co dla dziecka bywało stresujące – nowa klasa, wymagania, odpowiedzialność – tutaj stawało się przygodą.

Serial uczył koleżeństwa i systematyczności, ale robił to w sposób pogodny i ciepły. Plastuś nie oceniał – raczej towarzyszył. A dla wielu dzieci był pierwszym sprzymierzeńcem w szkolnym świecie.

Choć Polska Rzeczpospolita Ludowa była krajem odgrodzonym żelazną kurtyną, wieczorne pasmo dobranocek potrafiło tę kurtynę uchylić. Telewizja Polska – obok rodzimej animacji – sięgała po wartościowe produkcje zagraniczne. Najczęściej trafiały do nas seriale z krajów sąsiednich, zwłaszcza z Czechosłowacji czy NRD, ale zdarzały się też tytuły z Europy Zachodniej, a nawet z Japonii.

Pszczółka Maja

To był prawdziwy międzynarodowy projekt. „Pszczółka Maja” połączyła japońską precyzję animacji z europejską narracją i wrażliwością. A efekt? Dobranocka, która wciągała bez reszty.

Maja opuszcza ul, bo chce zobaczyć świat. Nie z buntu, nie z przekory – z ciekawości. Towarzyszą jej nieco leniwy Gucio i stateczny Filip. Każdy odcinek to mała lekcja o przyrodzie, współistnieniu i odpowiedzialności.

W Polsce ogromną rolę odegrała piosenka w wykonaniu Zbigniewa Wodeckiego. Dla wielu to właśnie ona była sygnałem, że zaczyna się coś wyjątkowego. I rzeczywiście – Maja szybko stała się jedną z najbardziej ukochanych dobranocek.

Krecik

Mały, czarny bohater z czerwonym noskiem był jednym z najbardziej rozpoznawalnych bajek z Czechosłowacji. Krecik, stworzony przez Zdenka Milera, nie potrzebował słów, by opowiadać historie. Zamiast dialogów były dźwięki, śmiech, westchnienia i charakterystyczne okrzyki. Dzięki temu serial był zrozumiały wszędzie.

Krecik z dziecięcą ciekawością odkrywał świat ludzi, czasem korzystał z ich wynalazków, częściej jednak pomagał leśnym przyjaciołom. To była bajka o dobroci i prostocie. Bez wielkich konfliktów, bez podziałów. Za to z ogromną sympatią do natury.

Przygody Rozbójnika Rumcajsa

Rumcajs był rozbójnikiem, ale takim, którego nie sposób było się bać. Wyrzucony z miasta przez pyszałkowatego starostę, zamieszkał w lesie Rzaholec z Hanką i małym Cypiskiem.

Dobranocka, oparta na książkach Václava Čtvrtka, łączyła baśń z subtelną satyrą. Rumcajs sprzeciwiał się niesprawiedliwości, bronił słabszych i nie dawał się zastraszyć władzy. Był silny, ale kierował się zasadami. To była opowieść o godności i niezależności podana w lekkiej, kolorowej formie.

Bajki z mchu i paproci

Żwirek i Muchomorek mieszkali w leśnej chatce wyciętej z pnia drzewa. Ich świat był pełen rusałek, wodników i gadających zwierząt. Czechosłowackie „Bajki z mchu i paproci” miały w sobie coś magicznego – jakby pochodziły z innej epoki. Piękna muzyka i charakterystyczna kreska Zdenka Smetany budowały klimat ciepły, ale lekko tajemniczy. To była dobranocka, która wyciszała i przenosiła w świat wyobraźni zakorzenionej w ludowych opowieściach.

Smerfy

Jedna z niewielu zachodnich kreskówek, która w PRL zdobyła status prawdziwego fenomenu. Smerfy – małe, niebieskie istoty pod wodzą Papy Smerfa – żyły w swojej leśnej wiosce, próbując uniknąć zasadzek Gargamela i jego kota Klakiera. Każdy Smerf miał swoją cechę: Maruda marudził, Łasuch łasuchował, Pracuś konstruował. A jednak wszyscy tworzyli wspólnotę. Serial pokazywał, że różnorodność nie jest przeszkodą, lecz siłą grupy.

Pająk chwat wszystkich brat

Węgierska animacja o pająkach? Dla wielu dzieci brzmiało to podejrzanie. A jednak „Pająk chwat wszystkich brat” potrafił oswoić nawet tych, którzy bali się ośmiu nóg.

Krzyżak i wodny Topik przeżywali przygody, które łączyły wartką akcję z wiedzą o świecie owadów. Serial uczył tolerancji wobec tego, co inne i często niesłusznie budzące lęk. A przy okazji przemycał sporą dawkę biologii.

Sąsiedzi

Pat i Mat – dwóch majsterkowiczów, którzy zawsze chcieli dobrze, ale niemal zawsze kończyło się to katastrofą. „Sąsiedzi” to był czysty slapstick, ale z niezwykle ciepłym przesłaniem. Bez dialogów, za to z masą absurdalnych pomysłów i lawiną domowych usterek. A mimo to – zero złości, zero pretensji. Tylko współpraca. To była lekcja, że porażka nie jest końcem świata.

Makowa panienka

Delikatna, subtelna, niemal poetycka. Makowa Panienka i motyl Emanuel wprowadzali do dobranockowego świata elegancję i spokój. Tu liczyły się dobre maniery, uprzejmość, piękno języka i estetyka otoczenia. To była jedna z tych bajek, które działały jak kołysanka – wyciszały, uspokajały, zostawiały z miękkim uśmiechem.

Wilk i Zając

Kultowy duet ze Związku Radzeckiego – Wilk i Zając – opierali się na prostym schemacie: wieczny pościg i nieunikniona klęska Wilka. A jednak za każdym razem oglądało się to z taką samą przyjemnością.

Wilk – trochę chuligan, trochę cwaniak – próbował przechytrzyć sympatycznego Zająca. Kończyło się to zwykle spektakularną porażką i słynnym: „Nu, Zajec! Nu, pagadi!”.

Serial był pełen humoru sytuacyjnego, który – między wierszami – komentował rzeczywistość bloku wschodniego.

Piaskowy Dziadek

Jeśli jakaś postać była uosobieniem samego rytuału dobranocki, to był nią „Piaskowy Dziadek”. Pojawiał się wieczorem, opowiadał bajkę i sypał magiczny piasek na oczy dzieci.

W wersji z NRD-owskiej zachwycała różnorodność pojazdów – od tradycyjnych sań po rakiety kosmiczne. Każda wizyta była małą podróżą. To była kwintesencja wieczornego wyciszenia. Po „Piaskowym Dziadku” naprawdę trudno było już negocjować z rodzicami dodatkowe pięć minut przed telewizorem.

Dlaczego wspominamy kultowe dobranocki PRL?

Dobranocki okresu PRL były czymś znacznie więcej niż kilkunastominutowym programem przed snem. Tworzyły codzienny rytuał, który porządkował dzień, wyciszał emocje i budował poczucie wspólnoty. W czasach ograniczonego wyboru to właśnie one stały się jednym z najważniejszych elementów dziecięcego świata wyobraźni.

Siła dobranocek tkwiła w prostocie i wysokim poziomie artystycznym. Bez nadmiaru bodźców, bez pośpiechu, bez moralizatorskiego tonu, przekazywały wartości, które do dziś pozostają aktualne: przyjaźń, uczciwość, pracowitość, odwagę, szacunek dla przyrody i drugiego człowieka.

Dziedzictwo dobranocek nie jest jedynie sentymentalnym wspomnieniem. To żywy fragment polskiej tożsamości audiowizualnej, pielęgnowany m.in. przez Muzeum Dobranocek w Rzeszowie oraz przez wciąż powracające emisje i cyfrowe rekonstrukcje

Wojtek Płusa

Wojtek Płusa

Szperam w programach TV z PRL jak archeolog – wyciągam serialowe skarby, audycje i ciekawostki. Codziennie dorzucam felieton i szczyptę nostalgii. Jeśli podoba Ci się to, co robię, postaw mi kawę. Po dobrej kawie działam lepiej niż Unitra na bateriach.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *