Zmiennicy – ostatnie kultowe dzieło Stanisława Barei

Dlaczego „Zmiennicy” wciąż bawią i dają do myślenia? Kulisy serialu, ciekawostki z planu i spojrzenie na absurdy PRL z przymrużeniem oka.

Serial „Zmiennicy”, który po raz pierwszy trafił na ekrany jesienią 1987 roku, to coś więcej niż tylko finał twórczej drogi Stanisława Barei. To jeden z najcelniejszych – i momentami wręcz bezlitosnych – portretów polskiej codzienności lat 80.

Realizowany w latach 1985–1986, powstawał w schyłkowym okresie PRL-u – czasie gospodarczego chaosu, społecznego zmęczenia i absurdów, które dla większości były codziennością. Bareja miał jednak niezwykły dar: potrafił tę szarą rzeczywistość przetworzyć w błyskotliwą, trafną i zaskakująco uniwersalną satyrę.

Co znamienne, premiery swojego dzieła reżyser już nie doczekał. „Zmiennicy” zadebiutowali na antenie cztery miesiące po jego śmierci. Pierwszy odcinek – „Ceny umowne” – wyemitowano w niedzielę 18 października 1987 roku w Programie Pierwszym Telewizji Polskiej. Finał serialu widzowie zobaczyli 12 lutego 1988 roku.

I choć od tamtej pory minęły dekady, „Zmienników” wciąż ogląda się z uśmiechem i lekkim dreszczem, bo wiele z tych absurdów brzmi dziś zaskakująco znajomo.

Architekci ekranowej rzeczywistości: twórcy „Zmienników”

Za sukcesem „Zmienników” stał duet Stanisław Bareja i Jacek Janczarski. To oni wspólnie stworzyli scenariusz wszystkich piętnastu odcinków, łącząc dwa różne, ale świetnie uzupełniające się spojrzenia na rzeczywistość.

Bareja – nie bez powodu nazywany „królem polskiej komedii” – miał niezwykłą zdolność wyłapywania absurdów codzienności PRL-u. To, co dla zwykłego człowieka było uciążliwe, dla niego stawało się gotowym materiałem na scenę, dialog, żart. Z kolei Janczarski wniósł do całości lekkość, tempo i charakterystyczne poczucie humoru, dzięki czemu „Zmiennicy” nie są tylko zbiorem gagów, ale spójną opowieścią z wątkiem kryminalnym i nutą sensacji.

Ciekawostką jest to, że serial mógł nazywać się zupełnie inaczej. Początkowo rozważano tytuł „Taksówkarz”, jednak szybko z niego zrezygnowano z powodu zbyt oczywistych skojarzeń z filmem Martina Scorsese. Pojawiła się też propozycja „Taksówka 1313”, ale ostatecznie wygrał pomysł Marcela Szytenchelma, który zaproponował tytuł „Zmiennicy” – trafnie oddający zarówno relację głównych bohaterów, jak i motyw podwójnej tożsamości Katarzyny Pióreckiej.

Zrobiłem 15-odcinkowy serial o warszawskich taksówkarzach, który planowano pokazać zaraz po „Alternatywach”, ale jak zwykle wszystko utknęło w laboratorium, nie ma jeszcze kopii i napisów. W najlepszym razie będzie można rozpocząć emisję w maju. Nie jest to najlepszy okres, robi się ciepło, ludzie mniej czasu spędzają przed telewizorami, ale nauczony doświadczeniem wiem, że lepiej jeśli będzie pokazany jak najszybciej, zanim przestanie być aktualny.

— Stanisław Bareja w wywiadzie dla „Głosu Wybrzeża” (1987 r.)

Ogromny wkład w klimat serialu miała również muzyka autorstwa Przemysława Gintrowskiego. Jego twórczość, kojarzona raczej z nurtem opozycyjnym i „drugim obiegiem”, wprowadziła do „Zmienników” nieoczywisty, momentami melancholijny ton. Co ciekawe, Gintrowski sięgnął po nowoczesne jak na tamte czasy rozwiązania – syntezatory cyfrowe (Yamaha DX7) i analogowe (Roland JX-3P), a całość nagrań powstała w technice 16-śladowej, w pełni „z ręki”. To właśnie dzięki temu muzyka zachowała swój organiczny, żywy charakter.

Skala produkcji również robi wrażenie. Na ekranie przewinęło się aż 330 aktorów – od znanych twarzy po debiutantów – do tego 194 epizodystów i ponad 2000 statystów. Pierwszy klaps padł 15 maja 1985 roku w Warszawie, a zdjęcia zakończono 23 stycznia 1986 roku w Bangkoku. W sumie ekipa pracowała w 237 lokalizacjach.

Co ważne, aż 70% scen powstawało w prawdziwym ruchu ulicznym – bez zamykania dróg, bez sztucznej scenografii. Było to logistycznie trudne, momentami wręcz szalone, ale efekt okazał się bezcenny. Dzięki temu „Zmiennicy” są dziś nie tylko świetną komedią, ale też unikalnym zapisem codzienności PRL-u – takim, którego nie da się już odtworzyć.

Obsada aktorska i główne postacie: galeria postaw społecznych

Siłą „Zmienników” jest ich bohater zbiorowy – barwna mozaika postaci, z których każda reprezentuje inne podejście do życia w realiach PRL-u. Stanisław Bareja nie stawiał wyłącznie na głośne nazwiska (choć i tych nie brakowało), ale przede wszystkim na aktorów, którzy potrafili uchwycić drobne, często ledwo zauważalne niuanse ludzkich zachowań.

Główni bohaterowie: Kasia Piórecka i Jacek Żytkiewicz

Ewa Błaszczyk jako Katarzyna Piórecka stworzyła postać zaskakująco wielowymiarową. Z jednej strony mamy młodą kobietę próbującą odnaleźć się w trudnej rzeczywistości, z drugiej – „Mariana Koniuszkę”, czyli jej męskie alter ego, które pozwala podjąć pracę jako taksówkarz w WPT. Ten podwójny plan daje ogromne pole do komizmu, ale też pokazuje absurd systemu, w którym kobieta musi się przebierać, by móc pracować.

To nie była rola dla mnie pisana. Tę rolę miała grać Jadwiga Jankowska-Cieślak, ale była zajęta po Cannes jakimiś innymi propozycjami i nie mogła.

— Ewa Błaszczyk w audycji Polskiego Radia z 29.06.2017 roku

Obok niej Mieczysław Hryniewicz jako Jacek Żytkiewicz – człowiek uczciwy, prostolinijny i jakby „nie z tego świata”. W uniwersum Barei to rzadkość. Jacek nie gra, nie kombinuje, nie szuka skrótów. I właśnie dlatego jego relacja z Kasią (a właściwie z „Koniuszką”) ma w sobie coś więcej niż tylko komediowy potencjał. Z czasem pojawia się tu także subtelna nuta liryczna.

Ciekawostka, która świetnie wpisuje się w barejowski humor: przed „Zmiennikami” Hryniewicz zagrał mordercę taksówkarza w filmie „Zapis zbrodni”.

Antagoniści i kombinatorzy: Krashan i Michalik

Nie byłoby „Zmienników” bez wyrazistych antagonistów. Piotr Pręgowski jako Krashan Bhamaradżanga stworzył postać absolutnie kultową – egzotycznego „biznesmena”, który z łamaną polszczyzną i walizką pełną dolarów porusza się po Polsce z zadziwiającą swobodą. W tej grotesce kryje się jednak trafna obserwacja: w PRL-u obcokrajowiec z twardą walutą mógł więcej.

Najważniejszy udział w kreowaniu postaci miał reżyser, który mnie wybrał do tej roli i zgodził się na moje propozycje. Miałem to szczęście, że pozwalał mi realizować różne moje wizje. To był mój taki pierwszy 'poligon doświadczalny’, gdzie moje pomysły były akceptowane i przyjmowane. Teraz, jak patrzę z dystansu na tę rolę, na efekt końcowy, bardzo mnie to cieszy, że mam w tym swój udział.

— Piotr Pręgowski dla portalu Głos24.pl – „Może mam geny Czyngis-chana…?”

Z kolei Krzysztof Kowalewski jako prezes Tomasz Michalik to kwintesencja partyjnego dygnitarza – niekompetentny, zapatrzony w siebie, uwikłany w romanse i drobne układy. To właśnie on często uruchamia lawinę zdarzeń, które uderzają w innych bohaterów, w tym w Kasię.

Drugi plan, który kradnie show

„Zmiennicy” to także prawdziwa parada charakterystycznych postaci, które – choć pojawiają się czasem na chwilę – zostają w pamięci na długo:

  • Bronisław Pawlik jako Stanisław Lesiak – taksówkarz z doświadczeniem, mentor i symbol zawodowego etosu
  • Irena Kwiatkowska jako Maria Piórecka – energiczna, konkretna, zawsze „ogarnięta”
  • Kazimierz Kaczor jako Zenon Kuśmider – człowiek o bardzo elastycznym kręgosłupie moralnym
  • Wojciech Pokora jako Antoni Kłusek – pechowiec, który zawsze trafia nie tam, gdzie trzeba
  • Marian Opania jako Ceglarek – mechanik, przedsiębiorca i kombinator w jednym
  • Artur Barciś jako Wiesio Ceglarek – młodsze pokolenie „zaradnych inaczej”
  • Jan Englert jako Wojciech Rawicz – autoironiczna parodia aktorskiego gwiazdorstwa
  • Janusz Rewiński jako Zdzisław Mroczkowski – specjalista od „załatwiania spraw”

Na deser zostaje jeszcze smaczek dla uważnych widzów – w serialu pojawia się sam Stanisław Bareja, w roli Krokodylowego. To jego znak firmowy – dyskretne, ale zawsze znaczące cameo.

Fabuła „Zmienników”: od Bangkoku po Warszawę

Fabuła „Zmienników” to prawdziwa układanka – gęsta, wielowątkowa i pełna drobnych historii, które splatają się w jedną, zaskakująco spójną całość. Punktem wyjścia jest sytuacja Kasi Pióreckiej, która po odejściu z pracy u Michalika trafia na ścianę – w Miejskim Przedsiębiorstwie Taksówkowym nie ma dla niej miejsca, bo jest kobietą.

I tu zaczyna się klasyczna barejowska historia: spryt, przypadek i odrobina desperacji. Kasia wykorzystuje wyjazd syna sąsiadów do Tajlandii, przejmuje jego tożsamość, przebiera się za mężczyznę i jako Marian Koniuszko wsiada za kierownicę taksówki. Ten prosty pomysł staje się osią całego serialu – źródłem humoru, ale też komentarzem do absurdów systemu.

Zobacz także: Zmiennicy — twórcy serialu, obsada aktorska oraz streszczenie odcinków

Równolegle rozwija się wątek kryminalny, który momentami przypomina wręcz film sensacyjny w krzywym zwierciadle. Krashan Bhamaradżanga planuje przemyt heroiny ukrytej w gipsowym pomniku Zwycięskiej Myszy Postępu i Tradycji. Ten groteskowy artefakt – będący parodią socrealistycznych monumentów – krąży między Bangkokiem a Warszawą, wywołując serię nieporozumień, pomyłek i zupełnie nieprzewidzianych zwrotów akcji.

Na tym jednak nie koniec. Jednym z najbardziej barejowskich wątków jest postać Jana Oborniaka – grafomana przekonanego o własnej wielkości. Jego powieści, o tytułach takich jak „Krzyk ciszy” czy „Bankiet w piekarni”, są genialną parodią literatury „moralnego niepokoju”. Patos miesza się tu z absurdem, a próba opisania rzeczywistości kończy się jej kompletnym niezrozumieniem. Gdy Oborniak wyrusza w teren, by „poczuć prawdziwe życie”, trafia do Skórca – i oczywiście nic nie idzie tak, jak powinno.

Akcja serialu rozciąga się na około półtora roku, zaczynając się latem 1985 roku. Obserwujemy nie tylko zmieniające się miejsca – od egzotycznego Bangkoku po znajome ulice Warszawy – ale przede wszystkim ludzi i ich wybory. W świecie „Zmienników” relacje coraz częściej ustępują miejsca interesom, a prawdziwą walutą staje się dolar albo umiejętność załatwienia czegoś spod lady.

Cenzura wobec „Zmienników”

„Zmiennicy” powstawali w momencie, gdy cenzura w PRL-u zaczynała już tracić swoją dawną siłę, ale wciąż potrafiła pokazać pazury. Efekt? Serial Stanisława Barei musiał zmierzyć się z ingerencjami, które miały zarówno podłoże polityczne, jak i – co rzadkie – dramatycznie zbiegły się z prawdziwymi wydarzeniami.

Najbardziej poruszający przypadek dotyczy 5. odcinka pt. „Safari”. W pierwotnej wersji znalazła się scena awaryjnego lądowania samolotu LOT, podczas którego pilot decyduje się na zrzut paliwa nad lasem. Sekwencję nakręcono w 1985 roku, ale gdy serial miał swoją premierę, wydarzyła się tragedia – katastrofa lotu LOT 5055. W wyniku katastrofy zginęły 183 osoby. W tej sytuacji decyzja była szybka: z odcinka wycięto kilka minut materiału, który mógłby budzić zbyt oczywiste skojarzenia. Dopiero po latach te fragmenty wróciły w pełnej wersji.

Cenzura działała jednak także w mniej spektakularny, ale bardzo charakterystyczny sposób – poprzez tzw. „cenzurę dźwięku”. W wielu scenach aktorzy mówią coś zupełnie innego, niż wynikałoby to z ruchu ich warg. Dialogi były dogrywane już po zdjęciach, tak aby złagodzić lub zmienić wydźwięk niektórych kwestii. Efekt bywa momentami wręcz komiczny, szczególnie gdy obraz i dźwięk ewidentnie do siebie nie pasują.

Ciekawym przykładem „rozluźniania” cenzury jest scena z 9. odcinka („Podróż sentymentalna”), w której pojawia się odniesienie do Władysława Sikorskiego i sugestia, że „ich” (czyli Rosjan) udało się kiedyś przepędzić. Jeszcze kilka lat wcześniej taki fragment nie miałby żadnych szans na emisję. W drugiej połowie lat 80. – w cieniu pierestrojki – takie rzeczy zaczynały już „przechodzić”.

Nie obyło się też bez manipulowania ramówką. Początkowo „Zmiennicy” trafili do niedzielnego prime time’u, co gwarantowało ogromną widownię. Po dwóch odcinkach serial nagle zniknął z anteny na miesiąc, by później wrócić już w mniej atrakcyjnym, piątkowym paśmie. Przypadek? W realiach tamtych lat – raczej nie.

I tu dochodzimy do sedna. Siła Barei polegała na tym, że nigdy nie uderzał w system wprost. Jego satyra była subtelna, oparta na niedopowiedzeniach, aluzjach i dialogach, które można było rozumieć na kilka sposobów. Dzięki temu widzowie czytali między wierszami, a cenzura – przynajmniej oficjalnie – często nie miała się do czego przyczepić.

Perspektywa PRL: komedia jako wentyl bezpieczeństwa

W momencie premiery „Zmiennicy” przyciągali przed telewizory miliony widzów. I trudno się dziwić. Dla wielu był to serial, w którym jak w lustrze odbijała się codzienność: brak części zamiennych, benzyna na kartki, kolejki ciągnące się bez końca i nieustanne kombinowanie, żeby cokolwiek załatwić.

Humor Stanisława Barei działał jak terapia. Pozwalał oswoić rzeczywistość, a przede wszystkim – śmiać się z niej. W świecie, w którym niewiele rzeczy było normalnych, śmiech stawał się formą odreagowania. Tak właśnie działał ten serial: jako swoisty „wentyl bezpieczeństwa” dla społeczeństwa zmęczonego kryzysem i absurdem systemu.

Barei zrobiliśmy krzywdę. My – sfora filmowych pismaków. Nie warto już się bić w piersi, ale warto puknąć się w czoło. Im dokładniej przyglądam się z perspektywy czasu filmom Stanisława Barei, tym konieczność owego pukania wydaje mi się bardziej oczywista. Mamy w kinie pułk proroków, szwadron natchnionych szamanów, mamy gromadkę buntowników. Mamy tuzin publicystów, tłum kreacjonistów, dwa tłumy psychologów. Mamy wreszcie kilku odkłamywaczy i kilkunastu zakłamywaczy historii oraz pięciu piewców tragizmu. Ale Bareja był tylko jeden. Sam pośród mądrych min i rozdartych dusz. Jedyny w swym zdumiewającym uporze zapisywania absurdu codzienności.

— Maciej Pawlicki w dwutygodniku „Film” (1988 rok)

Paradoksalnie, w tym samym czasie krytycy nie mieli dla Barei litości. To wtedy narodziło się pojęcie „bareizmu” – początkowo używane raczej jako zarzut niż komplement. Miało oznaczać kino proste, momentami wręcz przaśne, oparte na gagach i trafiające do niewybrednej publiczności.

Spojrzenie współczesne: dokument epoki

Dziś patrzymy na „Zmienników” zupełnie inaczej. To już nie tylko komedia – to dokument swoich czasów. Serial pokazuje detale życia w PRL-u, których próżno szukać w oficjalnych kronikach: sposób mówienia, relacje międzyludzkie, modę, realia pracy i codzienne patenty na przetrwanie.

Sam „bareizm” przeszedł długą drogę – z obelgi stał się komplementem. Dziś oznacza przenikliwość, umiejętność obserwacji i uchwycenia absurdu, który – co ciekawe – wcale nie zniknął wraz z końcem PRL-u.

Dla młodszych widzów „Zmiennicy” są często pierwszym, lekkim i przystępnym kontaktem z historią tamtych lat. Dla starszych – powrotem do świata, który mimo wszystkich swoich wad, był ich codziennością.

I chyba najlepszym dowodem na ponadczasowość serialu jest to, że wciąż można go oglądać – choćby w serwisie TVP VOD. Ponad trzy dekady po premierze „Zmiennicy” nadal bawią, ale też – może nawet bardziej niż kiedyś – dają do myślenia.

Kultowy żółty duży Fiat: taksówka o numerze bocznym 1313

W świecie „Zmienników” nawet przedmioty potrafią grać pierwsze skrzypce. I trudno o lepszy przykład niż legendarny Fiat 125p o numerze bocznym 1313 – taksówka, która stała się niemal pełnoprawnym bohaterem serialu.

Ten charakterystyczny, żółty „duży Fiat” (w kolorze Bahama Yellow) na stałe zapisał się w popkulturze. Co ciekawe, na planie wykorzystywano aż trzy różne egzemplarze tego samochodu, które starannie upodabniano do siebie. Nie było to proste zadanie. Jeden z samochodów miał nawet nowocześniejszą, 5-biegową skrzynię, którą trzeba było wymienić na klasyczną 4-biegową, żeby zgadzała się z realiami końca lat 70.

Mam sentyment do fiata 125p, mam sentyment do tego filmu i sentyment do Stanisława Barei. To wszystko są takie ciepłe wspomnienia.

— Ewa Błaszczyk w audycji Polskiego Radia z 2021 roku

Serialowa taksówka przechodzi przez całą serię mniej lub bardziej absurdalnych przygód:

  • W przedostatnim odcinku jej licznik dobija do 200 000 kilometrów
  • W finale zostaje zlicytowana za zawrotną kwotę 10 100 000 złotych
  • Jej numer – 1313 – urósł do rangi symbolu i pojawiał się później jako mrugnięcie oka do widzów, np. w serialu „Bank nie z tej ziemi”
  • Nawet tablica rejestracyjna (WAT 039P) „zagrała” później epizod w serialu „13 posterunek”

Ale „Zmiennicy” to nie tylko Fiat. Na ekranie przewija się cała motoryzacyjna galeria PRL-u – od dostawczego Żuka A07 M, przez Steyr-Fiat 132, aż po elegancki Mercedes-Benz W111 230S. Ten ostatni to zresztą prywatne auto samego Stanisława Barei. Kupił go za pieniądze ze stypendium w Essen i – mimo że samochód bywał kapryśny – postanowił wykorzystać go w serialu. Trochę z sentymentu, a trochę pewnie dlatego, że idealnie pasował do tej barwnej, lekko absurdalnej rzeczywistości.

I znów wracamy do sedna: w „Zmiennikach” nawet samochód potrafi opowiedzieć historię. A czasem – powiedzieć o epoce więcej niż niejeden dialog.

Tajemnice planu i nieznane fakty

Przy tak dużej produkcji jak „Zmiennicy” nie mogło zabraknąć anegdot, wpadek i historii z planu, które dziś są prawdziwą gratką dla fanów. I – co najciekawsze – wiele z nich brzmi jak scenariusz napisany przez samego Stanisława Bareję.

Zdjęcia w Tajlandii okazały się wyzwaniem na wielu poziomach. Piotr Pręgowski, przygotowując się do roli Krashana, przechodził intensywną charakteryzację – malowanie skóry, wyskubywanie brwi, a do tego doszły jeszcze sceny walki. Jako były zapaśnik zgodził się spróbować sił w tajskim stylu – i choć walkę wygrał, zapłacił za to utratą zęba. To właśnie w Bangkoku usłyszał melodię, która później stała się podstawą kabaretowego przeboju „Taj bez jaj”.

Ale prawdziwe smaczki kryją się w detalach, które łatwo przeoczyć przy pierwszym oglądaniu:

  • Prawdziwe truskawki w środku zimy – w czasach, gdy na planach często używano atrap z powodu braków w sklepach, scena z Mastalerzem (Mieczysław Czechowicz), który zajada się świeżymi truskawkami w grudniu, wygląda jak mały cud PRL-u. Z kolei przy scenach przemytu kiełbasy pojawiły się problemy tak absurdalne, że aż „barejowskie” – członkowie ekipy zostali zatrzymani za próbę zakupu prawdziwej wędliny na bazarze.
  • Podrobione Levi’sy – Jacek Żytkiewicz paraduje w koszulkach z logo Levi’s, ale nie są to oryginały. To bazarowe podróbki, kupione hurtowo, bo budżet produkcji nie pozwalał na więcej.
  • Pierwszy „crossover” w PRL? – w jednym z odcinków pojawia się blok z serialu „Alternatywy 4”, wraz z charakterystycznymi postaciami. Dziś nazwalibyśmy to crossoverem – wtedy był to raczej żart dla uważnych widzów.
  • Paszport Krashana – choć bohater jest Tajem, w jednej ze scen posługuje się amerykańskim paszportem. Mała wpadka, która tylko dodaje uroku całej historii.

Na koniec jeszcze ciekawostka muzyczna. Piosenka tytułowa w serialu zmieniała się razem z fabułą. W większości odcinków słyszymy klasyczną wersję, ale już w epizodach 4–6 refren wzbogacono o stylizowane zgłoszenie telefonistki („Radio Taxi, proszę czekać…”). Z kolei od 13. odcinka zmieniono ostatnią zwrotkę, subtelnie nawiązując do momentu, w którym Jacek odkrywa prawdziwą tożsamość „Mariana”.

Świat się kręci, czas nie stoi, czas ucieka
Pędzi życie, nie ma lekko, dobrze wiemy
A w słuchawce: „Radio Taxi, proszę czekać”
Poczekamy, przeczekamy, dojedziemy.

— fragment tytułowej piosenki śpiewanej przez Przemysława Gintrowskiego

I właśnie takie detale sprawiają, że „Zmiennicy” żyją własnym życiem. Można oglądać serial po raz dziesiąty i wciąż odkrywać coś nowego.

Coś być musi, do cholery, za zakrętem…

Choć „Zmiennicy” są mocno osadzeni w realiach PRL-u, ich siła polega na czymś więcej niż tylko odtwarzaniu epoki. To opowieść o rzeczach uniwersalnych – o walce o własną godność, o zderzeniu jednostki z bezduszną biurokracją i o tym, że nawet w najbardziej absurdalnych warunkach człowiek potrafi być sobą. Stanisław Bareja ubrał te tematy w humor, ale pod nim kryje się coś bardzo prawdziwego.

Dla tych, którzy pamiętają PRL, serial jest powrotem do przeszłości – często z nutą nostalgii, ale też lekkiego uśmiechu podszytego ironią. Bo choć nikt nie tęskni za pustymi półkami czy kolejkami, to jednak pewien klimat tamtych czasów gdzieś w pamięci zostaje. I właśnie „Zmiennicy” potrafią go przywołać doskonale.

Z kolei dla młodszych widzów to trochę jak podróż w czasie. Bez patosu, bez szkolnego zadęcia – za to z humorem i konkretem. Serial pokazuje codzienność PRL-u od środka: jak się żyło, jak się kombinowało, jak się rozmawiało. To taki nieoficjalny dokument epoki – bardziej szczery niż niejeden podręcznik.

I wreszcie jest ten wers z czołówki: „Coś być musi, coś być musi do cholery za zakrętem”. W kontekście końcówki lat 80. brzmiał jak cicha nadzieja na zmianę. Dziś? Wciąż potrafi wybrzmieć zaskakująco aktualnie, zwłaszcza w momentach, gdy rzeczywistość znów zaczyna skręcać w nieprzewidywalnym kierunku.

Może właśnie dlatego „Zmiennicy” się nie starzeją. Bo to nie jest tylko serial o PRL-u. To serial o nas – o naszych słabościach, sprycie, nadziejach i sposobach radzenia sobie z rzeczywistością. I właśnie dlatego wciąż chce się do niego wracać.

Wojciech Płusa

Wojciech Płusa

Szperam w programach TV z PRL jak archeolog – wyciągam serialowe skarby, audycje i ciekawostki. Codziennie dorzucam felieton i szczyptę nostalgii. Jeśli podoba Ci się to, co robię, postaw mi kawę. Po dobrej kawie działam lepiej niż Unitra na bateriach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *