„Z kamerą wśród zwierząt” to coś znacznie więcej niż zwykła telewizyjna audycja. Dla milionów widzów była to brama do egzotycznego świata przyrody, a zarazem kawałek dzieciństwa i wspomnienie sobotnich czy niedzielnych popołudni. Program stał się prawdziwym kamieniem milowym w polskiej kulturze. Przez ponad trzy dekady kształtował sposób, w jaki Polacy patrzyli na zwierzęta i otaczający ich świat.
Znajome twarze i głosy Hanny i Antoniego Gucwińskich kojarzyły się nieodłącznie z królestwem zwierząt. To oni sprawili, że wrocławskie zoo będące ich miejscem pracy przenosiło się wprost do milionów domów w całym kraju.
Produkcja TVP Wrocław, emitowana w Programie Pierwszym Telewizji Polskiej od 17 stycznia 1971 roku aż do 22 czerwca 2002 roku, liczyła blisko tysiąc odcinków. Początkowo czarno-biała, z czasem przeszła na kolor, a jej popularność nie słabła przez kolejne dekady. W czasach PRL dawała widzom szansę zobaczenia egzotycznych gatunków, których wcześniej mogli szukać jedynie w atlasach czy książkach. Dla wielu dzieci była to pierwsza lekcja biologii, a zarazem przygoda pełna emocji.
Fenomen „Z kamerą wśród zwierząt” polegał na połączeniu edukacji z autentycznym zachwytem. Program trafiał do społeczeństwa, które miało ograniczone możliwości podróży i dostępu do zachodnich mediów. To właśnie dlatego tak mocno wpisał się w zbiorową wyobraźnię, kształtując wspólne rozumienie natury i stając się jednym z fundamentów polskiej kultury popularnej drugiej połowy XX wieku.
Prowadzący – Hanna i Antoni Gucwińscy
Sercem i duszą programu byli Hanna i Antoni Gucwińscy – małżeństwo, które dla wielu Polaków stało się symbolem miłości do zwierząt. Oboje urodzeni w 1932 roku, nie byli typowymi prezenterami telewizyjnymi, lecz prawdziwymi ekspertami w swojej dziedzinie. Hanna Gucwińska była zootechnikiem, a Antoni – zootechnikiem i lekarzem weterynarii.
Ich praca nie ograniczała się do telewizyjnego studia. Na co dzień zarządzali Ogrodem Zoologicznym we Wrocławiu, gdzie Antoni Gucwiński przez cztery dekady – od 1966 do 2006 roku – pełnił funkcję dyrektora. Dzięki temu każde nagranie, każda opowieść miały solidne oparcie w praktyce i doświadczeniu.
To właśnie ta autentyczność sprawiała, że widzowie im ufali. Miliony Polaków polubiły ich nie tylko za ogromną wiedzę, lecz także za przystępny sposób mówienia i widoczną pasję. W epoce, gdy nie było internetu ani całodobowych kanałów dokumentalnych, taka bezpośredniość była czymś absolutnie wyjątkowym. Dlatego program zyskiwał niepowtarzalny klimat – wiarygodny, szczery i bliski.
Ogród Zoologiczny we Wrocławiu – naturalna scena programu
Wrocławskie zoo nie było tylko tłem dla „Z kamerą wśród zwierząt”. To właśnie ono było miejscem, w którym rodziły się wszystkie opowieści. Hanna i Antoni Gucwińscy, jako prowadzący i jednocześnie zarządcy ogrodu, sprawili, że zdecydowana większość odcinków koncentrowała się na mieszkańcach właśnie tego zoo.
Dzięki temu audycja nabierała wyjątkowej autentyczności. Widzowie nie oglądali przypadkowych nagrań, lecz podglądali codzienne życie zwierząt we wrocławskim ogrodzie – ich zwyczaje, narodziny młodych, a czasem także trudności opiekunów. Z biegiem lat program i zoo stały się w świadomości publicznej nierozerwalne – jedno nie istniało bez drugiego.
Sam Ogród Zoologiczny we Wrocławiu ma zresztą imponującą historię. Założony w 1865 roku, jest najstarszym zoo w Polsce i jednym z najchętniej odwiedzanych ogrodów zoologicznych w Europie.
Kulisy produkcji programu
Nagrywanie „Z kamerą wśród zwierząt” nie było łatwą sprawą. W czasach, gdy telewizyjna technologia była daleka od dzisiejszych standardów, każdy odcinek wymagał ogromnej cierpliwości i umiejętności. Filmowanie zwierząt w zoo wiązało się z dodatkowym wyzwaniem – naturalną nieufnością mieszkańców ogrodu wobec kamerzystów, oświetleniowców czy dźwiękowców. Zanim udało się uchwycić autentyczne zachowania, zwierzęta musiały oswoić się z obecnością ekipy.
Przy dzikich zwierzętach najlepiej być samemu. A tymczasem do nakręcenia takiego programu potrzebna była ekipa: kamerzysta, oświetleniowiec, dźwiękowiec. Zwierzęta się bały, musiały się oswoić z obcymi ludźmi. Musieliśmy zmienić sposób myślenia, jaki panował w TV. To kamera musiała się dostosowywać do zwierzęcia, a nie na odwrót. Kamera miała filmować to, co się dzieje. Być, towarzyszyć. Bez nadmiernej ingerencji.
– Hanna Gucwińska w wywiadzie dla „Gazety Wrocławskiej”
Ta filozofia w dużej mierze zadecydowała o wyjątkowym charakterze programu. To nie zwierzęta miały grać pod kamerę, to kamera musiała stać się cierpliwym towarzyszem. Często sam Antoni Gucwiński przejmował rolę operatora, bo jako osoba dobrze znana mieszkańcom zoo potrafił zbliżyć się do nich na tyle, by zarejestrować naturalne zachowania.
Takie podejście, stawiające komfort zwierząt ponad sztywne wymogi telewizyjnej produkcji, dawało efekt nie do podrobienia. Nawet przy ograniczonych możliwościach technicznych PRL-u, każdy 25-minutowy odcinek wciągał autentycznością i różnorodnością. Widzowie mogli oglądać zarówno goryle, orangutany czy żyrafy, jak i niedźwiedzie, papugi czy węże. A każde nowe zwierzę we wrocławskim zoo szybko stawało się bohaterem kolejnego programu.
Popularność i misja programu
„Z kamerą wśród zwierząt” szybko stał się jednym z najpopularniejszych programów telewizyjnych w Polsce. Szczególnie w latach 80. oglądalność sięgała rekordowych poziomów. Niektóre źródła mówią nawet o 12 milionach widzów przed telewizorami. Gucwińscy dostawali tysiące listów od fanów z całego kraju, co najlepiej pokazuje, jak głęboką więź udało im się nawiązać z publicznością.
Obowiązkiem każdego współczesnego ogrodu zoologicznego jest propagowanie wiedzy przyrodniczej. I my, wierni temu obowiązkowi, 25 lat temu, 17 stycznia 1971 roku nadaliśmy pierwszy program „Z kamerą wśród zwierząt”. Od tej pory spotykaliśmy się około 670 razy. Byliśmy z państwem wspólnie 15.500 minut, a więc 260 godzin i prawie 32 dni robocze. Obejrzeliśmy wspólnie 3.350 gatunków zwierząt, a od państwa, oprócz przemiłych telefonów i życzeń otrzymaliśmy prawie 100 tysięcy listów. Staraliśmy się możliwie na wszystkie odpowiedzieć. Jeżeli któreś pozostały bez odpowiedzi, będziemy to robić w następnym ćwierćwieczu podczas naszych spotkań. Oczywiście, tak jak to życie niesie, w programie naszym były zwierzęta, które występowały częściej, inne pokazywaliśmy tylko jednorazowo. Były takie, od których rozpoczynaliśmy program, m.in. takimi właśnie byli goryle, które niemal przez 15 lat często towarzyszyły nam we wspólnych spotkaniach. […] Były to czasy, kiedy nie dysponowaliśmy zapisem magnetycznym, przedziwny był sprzęt, wnosiło się do mieszkania ogromne kamery, a łącza były gdzieś na naszym dachu i na Sobótce. Programy były na żywo i to był cudowny okres, kiedy to wszystko co się tu u nas działo, było niepowtarzalnym. To od razu wędrowało na ekrany państwa telewizorów.
– wypowiedź Antoniego Gucwińskiego w programie zrealizowanym z okazji 25-lecia „Z kamerą wśród zwierząt” (17 stycznia 1996 r.)
Program miał też swoje symbole, które na zawsze zapisały się w pamięci widzów. Charakterystyczna czołówka i melodia końcowa – „The Pelican Dance” w wykonaniu zespołu The Baronet – stały się prawdziwym znakiem rozpoznawczym audycji. Do dziś wystarczy kilka dźwięków, by przywołać lawinę wspomnień i nutę nostalgii.
Jednak „Z kamerą wśród zwierząt” nie ograniczał się tylko do prezentowania egzotycznych stworzeń. Gucwińscy mieli świadomość, że ich praca w telewizji niesie ze sobą ważną misję. Program uczył Polaków szacunku do zwierząt i odpowiedzialnego podejścia do przyrody.
Mamy tę świadomość, że swoją pracą, tym, co robiliśmy w TV, wytworzyliśmy dobry klimat dla zwierząt. Szacunek do nich. Uczyliśmy Polaków kochać zwierzęta, kochać mądrze. Bo zwierząt nie można traktować jak maskotki.
– Antoni Gucwiński dla „Gazety Wrocławskiej”
W czasach, gdy edukacja ekologiczna była jeszcze słabo rozwinięta, a kontakt z egzotycznymi gatunkami praktycznie niemożliwy, program pełnił rolę pionierską. Był dla wielu dzieci pierwszym spotkaniem z przyrodą w takiej skali, a dla dorosłych – źródłem wiedzy i zachwytu nad światem zwierząt. Można śmiało powiedzieć, że stał się jednym z najważniejszych narzędzi popularyzacji nauki i miłości do natury w powojennej Polsce.
Sprawa Mago i zakończenie programu
Długa kadencja Gucwińskich we wrocławskim zoo (Antoni Gucwiński pełnił funkcję dyrektora aż do 2006 roku) zakończyła się w cieniu kontrowersji.
Najgłośniejszą z nich była sprawa niedźwiedzia brunatnego o imieniu Mago. Zwierzę, sprowadzone do zoo z Tatr w 1991 roku, przez wiele lat przebywało w ciasnym betonowym pomieszczeniu o wymiarach około 2×2 metry, bez dostępu do wybiegu i naturalnego światła dziennego. Podobno trwało to nawet 9–10 lat. Antoni Gucwiński tłumaczył, że izolacja była konieczna: Mago miał wykazywać agresję wobec opiekunów i dopuszczać się aktów przemocy wobec własnej siostry Mani, z którą doczekał się trójki potomstwa.
Sprawę nagłośniła Fundacja Viva, a dochodzenie ciągnęło się latami. Choć prokuratura we Wrocławiu początkowo dwukrotnie umarzała postępowanie, sprawa ostatecznie trafiła aż do Sądu Najwyższego. To właśnie tam zapadło przełomowe orzeczenie: „Przestępstwo popełnia również ta osoba, która pozwala na to, by zwierzę cierpiało”. W efekcie w 2011 roku Antoni Gucwiński został uznany winnym znęcania się nad zwierzęciem i skazany na symboliczną grzywnę w wysokości 1000 zł na rzecz Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami.
I zniszczono nam opinię, na którą całe życie pracowaliśmy. Mamy etykietę ludzi, którzy znęcali się nad zwierzętami. Przeciągnęli nas przecież przez sądy, przecież mamy wyrok za znęcanie się nad misiem Mago. Przyjęliśmy ten wyrok, żeby się w końcu „od nas odczepili”. A czemu nie powiedzieli, co tak naprawdę działo się z misiem Mago? Każdy usta zamknął i milczy. A przecież pomieszczenia, w których siedział, były budowane przez Niemców dla niedźwiedzi – nie powiemy, że dobre, ale pewne, że niedźwiedź z nich nie wyjdzie. Na przodzie był wolny wybieg – z tego właśnie wybiegu wyskoczyła wcześniej niedźwiedzica, matka Mago i myśmy się bali, że ten ogromny Mago jak wyjdzie, to momentalnie wyskoczy na ludzi. A ten, kto pracuje w ogrodzie zoologicznym, kto prowadzi ogród, też odpowiada za bezpieczeństwo ludzi.
– Antoni Gucwiński w wywiadzie dla „Gazety Wrocławskiej”
Sprawa Mago nie była pierwszym zarzutem pod adresem Gucwińskich. Już wcześniej pojawiały się głosy krytyczne, m.in. o złych warunkach żywienia zwierząt. Jednak to właśnie ten proces przesądził o końcu kariery Antoniego Gucwińskiego i jego odejściu z funkcji dyrektora zoo.
Po przymusowym rozstaniu z ogrodem zoologicznym w 2006 roku Hanna i Antoni Gucwińscy stopniowo wycofali się z życia publicznego, które przez dekady definiowało ich codzienność.
Antoni Gucwiński zmarł 8 grudnia 2021 roku, w wieku 89 lat. Dwa lata później, 12 listopada 2023 roku, odeszła również Hanna, dożywając 91 lat. Ich śmierć symbolicznie zamknęła epokę nie tylko w historii polskiej telewizji, ale i w zbiorowej pamięci pokoleń, które dzięki „Z kamerą wśród zwierząt” uczyły się patrzeć na świat przyrody z ciekawością i szacunkiem.
Okiem autora
Pisząc o „Z kamerą wśród zwierząt”, trudno mi rozdzielić ten program od wspomnień z dzieciństwa. To była telewizja, którą nie tylko się oglądało, ona po prostu działa się w domu. Pamiętam dobrze, że kiedy w sobotni wieczór między dobranocką, a Dziennikiem na ekranie pojawiali się państwo Gucwińscy, w moim domu zapadała cisza. Nie dlatego, że ktoś kazał, ale dlatego, że wszyscy w naturalny sposób skupiali się na tym, co działo się na ekranie telewizora. Było w tym coś uspokajającego – spokojny ton Antoniego Gucwińskiego, ciepło jego żony, a przede wszystkim zwierzęta, które dla wielu z nas były pierwszym kontaktem z egzotycznym światem przyrody.
Z perspektywy lat myślę, że program miał jeszcze jedną ogromną wartość – autentyczność. Widać było, że Gucwińscy żyją tym, o czym mówią. Nie było w tym udawania, reżyserowanych scen, plastikowych uśmiechów. Była pasja, zaangażowanie i prawdziwy kontakt z naturą. To sprawiało, że dzieci, takie jak ja wtedy, chłonęły każde słowo i obraz, a dorośli mieli wrażenie uczestniczenia w czymś prawdziwym.
Wrocławskie zoo dzięki „Z kamerą wśród zwierząt” stało się czymś więcej niż tylko miejscem na mapie. Dla całych pokoleń Polaków, także dla mnie, była to niemal baśniowa kraina, w której zwierzęta nie były anonimowe, lecz miały swoje historie i charaktery. Do dziś mam poczucie, że program ten uczył nas czegoś więcej niż tylko biologii, uczył szacunku do życia w każdej jego formie.
Może dlatego tak dobrze pamiętam ten klimat. Ilekroć odwiedzam Ogród Zoologiczny we Wrocławiu, odzywa się we mnie ten sam głos z dzieciństwa: cichy, spokojny, uczący patrzeć na świat z większą uwagą i czułością.







