W czasach, gdy codzienność PRL-u pachniała octem, a telewizja była jednym z nielicznych okien na świat, Olga Lipińska potrafiła zrobić coś niezwykłego – rozśmieszyć i zmusić do myślenia jednocześnie. Jej kabarety były jak tlen w dusznej atmosferze propagandy sukcesu. „Gallux Show”, „Właśnie leci kabarecik” i „Kurtyna w górę” nie tylko bawiły, ale też pozwalały ludziom na chwilę oddechu od absurdów socjalistycznej rzeczywistości.
Dla milionów widzów stały się cotygodniowym rytuałem. To był moment, w którym można było śmiać się z tego, o czym oficjalnie mówić nie wypadało. Lipińska z chirurgiczną precyzją obnażała zakłamanie, biurokratyczną bezradność i nasze narodowe przywary. Robiła to jednak z humorem, finezją i wdziękiem, które sprawiały, że nawet cenzorzy czasem się uśmiechali.
Trudne początki i pierwsze potyczki z cenzurą PRL-u
Zanim Olga Lipińska stała się ikoną telewizyjnej satyry, jej droga na szczyt była pełna zakrętów i zderzeń z betonem cenzury. Zaczynała niewinnie od „Kabaretu literackiego Miks” (1963), który w nowatorski sposób zaglądał za kulisy telewizji. Już wtedy widać było, że nie interesuje jej prosta rozrywka, lecz inteligentna gra z widzem i rzeczywistością.
Prawdziwy test przyszedł jednak kilka lat później, wraz z programem „Głupia sprawa” (1968–1970). Tytuł mówił wszystko, a jednocześnie zbyt wiele, jak na ówczesne realia. W czasach, gdy władza świętowała 25-lecie Polski Ludowej, każda aluzja do tego, że coś może być głupie w systemie, była traktowana jak atak na państwo. Cenzorzy nie mieli więc wątpliwości. Program zdjęto z anteny błyskawicznie.
Dla Lipińskiej była to lekcja na całe życie. Zrozumiała, że w PRL-u nie da się mówić prawdy wprost, ale można ją wyśmiać. Właśnie wtedy narodził się styl, który później zachwycał miliony widzów – satyra z podwójnym dnem, absurd, aluzja i błyskotliwy dialog, który potrafił prześlizgnąć się przez cenzorskie nożyczki.
Blichtr na miarę Gierka – „Gallux Show” (1970–1974)
Po burzliwych starciach z cenzurą Olga Lipińska wróciła do telewizji z rozmachem godnym nowej epoki – epoki Gierka. Lata początku dekady przyniosły Polakom złudzenie dobrobytu. Półki sklepowe zaczęły się zapełniać, z Zachodu docierały modne fasony i błyszczące reklamy, a w telewizji pojawił się… „Gallux Show”, kabaret, który miał wyglądać na luksusowy, kolorowy i nowoczesny.
Ludzie nas kochali. Ten tytuł wziął się z nazwy sklepów z luksusową galanterią. Edward Gierek uchylił trochę żelazną kurtynę, poczuliśmy „powiew Zachodu”, pojawiły się jakieś towary dotąd niedostępne. Myśmy się z tego śmiali. Andrzej Zaorski we fraku i w sandałach był symbolem tamtej epoki.
— fragment rozmowy Marii Szabłowskiej z Olgą Lipińską — Interia.pl – „Olga Lipińska: Wraca jej kultowy kabaret”
Już sama nazwa była zresztą żartem. „Gallux” to przecież sieć sklepów z towarami luksusowymi, w których najczęściej świeciły pustki. Lipińska z właściwą sobie ironią stworzyła więc program, który jednocześnie kpił z fasadowego „luksusu” PRL-u i wpisywał się w jego estetykę. Scenografia błyszczała, muzyka porywała, a tancerze i aktorzy prezentowali widowisko, jakiego dotąd w polskiej telewizji nie było.
To właśnie tutaj uformował się żelazny skład Lipińskiej – plejada gwiazd, które na stałe zapisały się w historii kabaretu: Jan Kobuszewski, Wojciech Pokora, Piotr Fronczewski, Barbara Wrzesińska i Krystyna Sienkiewicz. Ich lekkość, wyczucie absurdu i doskonałe aktorstwo sprawiły, że „Gallux Show” był nie tylko rozrywką, ale i pierwszym krokiem ku telewizyjnej sztuce z najwyższej półki.
W „Galluxie” narodził się styl, który już wkrótce miał eksplodować pełnią blasku. Było to połączenie kabaretowej finezji z teatralnym rozmachem i subtelną drwiną z rzeczywistości, w której wszystko miało być „na pokaz”.
Przemiana w reakcji na kryzys – „Właśnie leci kabarecik” (1974–1977)
Gdy Gierek zaczął tracić swój blask, a codzienność Polaków coraz mniej przypominała folder z propagandą sukcesu, Olga Lipińska ponownie wyczuła ducha czasu. Wraz z pojawieniem się nowego, nowoczesnego jak na tamte czasy pasma „Studio 2”, jej kabaret przeszedł metamorfozę. Tak narodził się „Właśnie leci kabarecik”, który zyskał status kultowego i idealnie wpisał się w klimat połowy lat 70.
Formuła została dopracowana, a bohaterowie stali się bardziej wyraziści, jakby każdy z nich miał swoje małe alter ego wśród widzów. Już sama czołówka zdradzała, że nie będzie to zwykła rozrywka. Zdzisław Leśniak spadający ze schodów i rozsypujący wiklinowy kosz pełen „dóbr” był mistrzowską metaforą PRL-u. Wystarczyło jedno ujęcie, by widzowie od razu wiedzieli, o co chodzi: chaos, niedobory i nieustanna improwizacja w życiu codziennym.
Nie można też pominąć Czesława Majewskiego, czyli niezrównanego Pana Czesia. Jego spokojne, flegmatyczne pytanie: „Mam grać?” wypowiadane w środku kabaretowego rozgardiaszu stało się symbolem epoki. Był jak oaza spokoju w świecie absurdów. Był inteligentem zagubionym pośród twórczego bałaganu, który mimo wszystko trwał na swoim posterunku.
„Kabarecik” stał się hitem. Dzięki znakomitemu aktorstwu – Kobuszewskiego, Pokory, Fronczewskiego, Wrzesińskiej i Sienkiewicz program osiągnął rekordową oglądalność. Każdy odcinek był jak lustro, w którym Polacy widzieli samych siebie z całym naszym narodowym humorem, ironią, słabościami i pogodnym dystansem do rzeczywistości.
Arcydzieło absurdu – „Kurtyna w górę” (1977–1981)
Po sukcesie „Kabareciku” Olga Lipińska sięgnęła po formę, która stała się jej najwybitniejszym osiągnięciem w czasach PRL-u. „Kurtyna w górę”, formalnie występująca pod tytułem „Kabaret Olgi Lipińskiej”, była już nie tylko programem rozrywkowym. To było satyryczne arcydzieło o Polsce w miniaturze.
Akcja rozgrywała się w małym, podupadającym teatrzyku rewiowym, gdzie wszystko się sypie, nikt niczego nie ogarnia, a mimo to wszyscy próbują grać dalej. Ten teatrzyk był metaforą kraju końca lat 70. Kraju, w którym nic nie działało, ale każdy udawał, że wszystko jest w porządku. Kaloryfery nie grzeją, rekwizyty giną, próby do „spektaklu o świetlanej przyszłości” kończą się katastrofą, a mimo to kurtyna wciąż idzie w górę.
To właśnie tutaj narodziły się postacie, które na trwałe wpisały się w kanon polskiego humoru:
- Dyrektor (Wojciech Pokora) – tchórzliwy, zagubiony w gąszczu absurdalnych przepisów, przerażony „czynnikami wyższymi”, symbol inteligenta w systemie, który nie pozwala mu na nic poza potakiwaniem.
- Pan Turecki (Janusz Gajos) – wszechwładny woźny, palacz, złota rączka i faktyczny władca teatrzyku. Wiedział, gdzie zdobyć papier toaletowy, jak załatwić gwoździe i komu podpaść nie wolno. Uosabiał realną siłę zwykłego człowieka, który potrafi przetrwać każdą władzę.
- Pan Janek (Jan Kobuszewski) – przewodniczący związku zawodowego.
- Panna Basieńka (Barbara Wrzesińska) – rozmarzona artystka, żyjąca w świecie piosenek i rekwizytów, często nieświadoma, że jej teatr to tylko metafora upadającej rzeczywistości.
- Pan Piotruś (Piotr Fronczewski) – błyskotliwy konferansjer, wiecznie palący papierosa, z ironicznym dystansem komentujący cały ten bałagan. Był jak głos rozsądku – inteligentny, sarkastyczny i boleśnie prawdziwy.
Już pierwszy odcinek pt. „Kaloryfery” trafiał w punkt. Niedziałające ogrzewanie stawało się alegorią całego systemu, w którym nic nie funkcjonowało tak, jak powinno. Każdy kolejny epizod z chirurgiczną precyzją obnażał nonsensy PRL-u: biurokrację, braki w zaopatrzeniu, wszechobecną prowizorkę i narodowe kompleksy.
„Kurtyna w górę” była nie tylko śmiechem przez łzy. To było lustro, w którym społeczeństwo mogło się przejrzeć – z całą swoją bezradnością, ironią i cichą nadzieją, że może jednak kiedyś zagramy spektakl do końca.
„Zabawa” z cenzurą i afera pierogowa
Tworzenie satyry w PRL-u było jak chodzenie po linie nad przepaścią. Każdy żart mógł okazać się zbyt odważny, a każda aluzja zbyt czytelna. Olga Lipińska doskonale rozumiała tę grę. Zamiast frontalnych ataków wybierała ironię, niedopowiedzenie i podwójne znaczenia, które widz odczytywał bezbłędnie, a cenzor… cóż, czasem już nie miał się do czego przyczepić.
Lipińska była w tym prawdziwą mistrzynią. Potrafiła drwić z cenzury nawet na antenie. W jednym z pamiętnych skeczy Dyrektor (grany przez Wojciecha Pokorę) z przerażeniem analizował wiersz „Lokomotywa” Tuwima, dopatrując się w nim podejrzanych aluzji politycznych, bo przecież pociąg „jedzie na wschód”! Ten absurdalny auto-komentarz był jak mrugnięcie okiem do publiczności. Wszyscy wiedzieli, że chodzi o coś więcej niż tylko dziecięcy wierszyk.
Byliśmy w oku cyklonu. Robiliśmy bardzo popularny kabaret, a każda władza najbardziej boi się ośmieszenia. Miałam ciągłe kłopoty z cenzurą. Oni nie mogli zrozumieć, dlaczego te moje kolejne kabarety są tak oglądane. A w nich była Polska właśnie, śmieszna i straszna. Ja nawet robiłam parodię cenzury w moim kabarecie, wyśmiewałam się z różnych jej instrukcji. Kiedyś cenzor skreślił mi zdanie: „Musi to na Rusi, a w Polsce jak kto chce”. Wymyśliłam: „biegiem to nad brzegiem, a w Polsce jak kto chce” i wszyscy zrozumieli, o co chodzi. Gdy przygotowywaliśmy programy dla TVP Rozrywka, Tomek Raczek powiedział, że dziwi się, jak wiele cenzura nam „puszczała”. Także rzeczy, które dzisiaj by nie przeszły.
— fragment rozmowy Marii Szabłowskiej z Olgą Lipińską — Interia.pl – „Olga Lipińska: Wraca jej kultowy kabaret”
Prawdziwy kryzys przyszedł jednak w 1978 roku, kiedy wybuchła słynna „afera pierogowa”. W jednym ze skeczy Jan Kobuszewski miał powiedzieć żart: Kto prosił ruskie pierogi?
– Nikt. Same przyszły.
Prosty, błyskotliwy dowcip okazał się dla władz zbyt celny. Aluzja do „nieproszonych gości” ze wschodu, czyli wojsk radzieckich stacjonujących w Polsce, była aż nazbyt oczywista. Reakcja była błyskawiczna. Po interwencji Ambasady Radzieckiej program Lipińskiej został zdjęty z anteny na osiem miesięcy, a sama reżyserka musiała tłumaczyć się przed Służbą Bezpieczeństwa, która próbowała ustalić, „kto ją zainspirował” do tak niebezpiecznego żartu.
Dla widzów ta sytuacja tylko potwierdziła jedno: kabaret Olgi Lipińskiej był ostatnim bastionem inteligentnego sprzeciwu, przestrzenią, w której można było śmiać się z władzy, choćby szeptem, choćby w aluzjach. A każdy zakaz, każda kara tylko dodawała jej programowi legendy.
Koniec epoki Lipińskiej w telewizji PRL
Symboliczny finał tej niezwykłej telewizyjnej przygody nadszedł 12 grudnia 1981 roku. Tego wieczoru ekipa Olgi Lipińskiej przygotowywała się do nagrania kolejnego odcinka zatytułowanego „Blondynka”. Nikt jeszcze nie wiedział, że będzie to ostatni raz, gdy w studiu padnie hasło „Kurtyna w górę!”. Nocą wprowadzono stan wojenny, a świat, z którego Lipińska czerpała inspirację – pełen groteski, absurdów i codziennych niedorzeczności – zamarł w rzeczywistości, w której żart przestał być bezpieczny.
Program zniknął z anteny na kilka lat. W 1984 roku kabaret powrócił, ale to już nie było to samo. Zmienili się ludzie, klimat, a i cenzura miała jeszcze cięższą rękę. Tamten dawny „złoty wiek” satyry, pełen aluzji, ironii i gier z widzem, należał do epoki Gierka i pierwszych lat kryzysu – czasu, gdy śmiech był formą przetrwania.
Kabarety Olgi Lipińskiej z czasów PRL nie były tylko rozrywką. Były wentylem bezpieczeństwa, lekcją odwagi i zbiorową terapią dla milionów Polaków. Pokazywały, że można mówić o rzeczach trudnych z inteligencją, humorem i błyskiem w oku. W świecie, gdzie wszystko miało być „na poważnie”, Lipińska udowodniła, że śmiech może być bronią i to skuteczniejszą niż niejeden manifest.
Po latach, jej kabarety wciąż ogląda się z zachwytem. Nie tylko dla świetnych dialogów i aktorstwa, ale też dla tego nieuchwytnego ducha – sztuki, która potrafiła mówić prawdę, nawet wtedy, gdy wolno było tylko milczeć.
Okiem autora
Kiedy dziś wracam do archiwalnych nagrań kabaretów Olgi Lipińskiej, mam wrażenie, że przenoszę się do osobnego świata — niby groteskowego i przerysowanego, a jednak boleśnie prawdziwego. Jej sceniczne szaleństwo było w istocie bardzo precyzyjną diagnozą epoki. Gierkowski blichtr, propaganda sukcesu, kolejne „otwarcia na Zachód” – wszystko to odbijało się w skeczach niczym w krzywym zwierciadle, które mówiło więcej niż niejeden publicystyczny komentarz.
To w „Gallux Show” po raz pierwszy telewizja PRL tak wyraźnie flirtowała z iluzją luksusu, a jednocześnie sama się z niej śmiała. Lipińska potrafiła stworzyć kabaret, który wyglądał jak show z Paryża, ale mówił o kolejkach, absurdach i codziennym kombinowaniu. W jej świecie nawet najjaśniejsze światło rampy nie potrafiło ukryć polskiej prowizorki. I właśnie za to ją pokochano.
„Kurtyna w górę” była końcem pewnej epoki nie tylko w telewizji, ale i w mentalności widzów. Kiedy w grudniu 1981 roku przerwano nagrania, skończyła się nie tylko produkcja programu, lecz także czas, w którym można było śmiać się z władzy wprost, choć z przymrużeniem oka.
Z perspektywy lat kabarety Olgi Lipińskiej jawią się jako pomost między estradą a teatrem, między śmiechem a refleksją. Były – i wciąż są – kroniką polskiej codzienności w zwierciadle absurdu. I może właśnie dlatego, oglądając je dziś, czujemy nie tylko nostalgię, ale i podziw, że tak wiele można było powiedzieć między wierszami, gdy wprost mówić nie było wolno.






