Festiwal w Jarocinie – muzyczna swoboda i wolność w PRL

Historia Festiwalu w Jarocinie – od Wielkopolskich Rytmów Młodych po symbol wolności i buntu młodzieży w PRL. Muzyka, cenzura i kontrkultura lat 80.

Historia festiwalu w Jarocinie to opowieść o czymś znacznie większym niż tylko muzyka. To historia drogi od niepozornego, lokalnego przeglądu amatorskich zespołów do jednego z najważniejszych symboli polskiej kontrkultury lat osiemdziesiątych. W realiach PRL-u, gdzie wolność miała bardzo wyraźne granice, Jarocin stał się miejscem, w którym te granice zaczęły się niebezpiecznie rozmywać.

Wszystko zaczęło się w 1970 roku. Wtedy to, z inicjatywy lokalnych działaczy kultury, w Jarocinie zorganizowano pierwszą edycję imprezy pod nazwą Wielkopolskie Rytmy Młodych. Było to wydarzenie skromne, pozbawione wielkich ambicji, ale już wtedy dało się wyczuć, że chodzi tu o coś więcej niż tylko scenę i mikrofony.

Kluczową rolę w narodzinach festiwalu odegrał Środowiskowy Klub Młodzieżowy „Olimp”, który stał się jego organizacyjnym zapleczem. To właśnie tam wykuwała się pierwsza formuła przeglądu, a ogromny wpływ na jej kształt mieli ludzie z pasją i wizją – m.in. Jacek Chudzik oraz muzycy lokalnej grupy Kwiaty. Ich pomysłowość i determinacja sprawiły, że jarocińska impreza zaczęła żyć własnym życiem, stopniowo wychodząc poza ramy typowego, „bezpiecznego” wydarzenia kulturalnego.

Na tym etapie nikt jeszcze nie przypuszczał, że kilka lat później Jarocin stanie się miejscem, gdzie spotkają się punkowcy, metalowcy, nowofalowcy i wszyscy ci, którzy w muzyce szukali nie tylko dźwięków, ale też wolności, buntu i prawdy o rzeczywistości.

Wielkopolskie Rytmy Młodych (1970–1979)

Pierwsza edycja Wielkopolskich Rytmów Młodych odbyła się w dniach 12–14 czerwca 1970 roku i otworzyła zupełnie nowy rozdział w historii Jarocińskiego Ośrodka Kultury. Na początku była to impreza o wyraźnie regionalnym charakterze, tworzona niemal w całości oddolnie, bez wielkich budżetów, centralnych decyzji i instytucjonalnego zadęcia.

Organizacja festiwalu opierała się głównie na zaangażowaniu lokalnej społeczności. Sprzęt nagłaśniający wypożyczano z pobliskich szkół i innych placówek oświatowych, a całość miała bardziej klimat wspólnego przedsięwzięcia niż profesjonalnego wydarzenia estradowego. Paradoksalnie to właśnie ta prowizoryczność nadawała WRM autentyczności, której próżno było szukać w wielu oficjalnych imprezach kulturalnych tamtej epoki.

Mimo skromnych początków Wielkopolskie Rytmy Młodych z roku na rok rosły w siłę. Przez całą dekadę lat siedemdziesiątych festiwal stopniowo poszerzał swój zasięg i formułę, przyciągając coraz więcej artystów i solistów. Na jarocińskiej scenie spotykały się bardzo różne muzyczne światy – od tradycyjnej estrady, przez bluesa, aż po wczesne formy rocka, które z czasem zaczęły coraz wyraźniej dominować.

Od Ogólnopolskiego Przeglądu Muzyki Młodej Generacji (1980–1982) do Festiwalu Muzyków Rockowych

Prawdziwy przełom w historii jarocińskiego festiwalu nastąpił w 1980 roku. To wtedy, dzięki wizji i determinacji ludzi doskonale czujących puls młodej sceny muzycznej – Waltera Chełstowskiego, Jacka Sylwina, Wojciecha Korzeniewskiego oraz Marcina Jacobsona – lokalne Wielkopolskie Rytmy Młodych przestały być jedynie regionalnym wydarzeniem. Zostały przekształcone w Ogólnopolski Przegląd Muzyki Młodej Generacji.

Za tą zmianą stała bardzo trafna diagnoza rzeczywistości. Pod koniec lat siedemdziesiątych narastała potrzeba stworzenia przestrzeni dla zjawiska określanego mianem „Muzyki Młodej Generacji” – muzyki buntowniczej, szczerej i coraz wyraźniej wymykającej się obowiązującym schematom. Był to nurt, który w oficjalnych mediach PRL praktycznie nie istniał. Władze faworyzowały pop i „bezpieczną” estradę, a rodzący się rock i nowa fala funkcjonowały na marginesie, często w półoficjalnym obiegu.

Jarocin okazał się miejscem idealnym dla tej nowej energii. Dysponował odpowiednią infrastrukturą, doświadczeniem organizacyjnym i – co równie ważne – przychylnością lokalnych decydentów. W latach 1980–1982 festiwal działał już jako wydarzenie o zasięgu ogólnopolskim, integrując coraz silniejszą falę polskiego rocka i stając się punktem odniesienia dla młodych zespołów z całego kraju.

Kolejny krok był już tylko formalnością. Od 1983 roku impreza przyjęła nazwę Festiwal Muzyków Rockowych, co ostatecznie przypieczętowało jej gatunkowy profil. Jarocin stał się wówczas największym festiwalem muzyki rockowej i alternatywnej w całym bloku wschodnim, miejscem, gdzie rock przestał być marginesem, a zaczął być głosem całego pokolenia.

Festiwal w Jarocinie – oaza i wentyl bezpieczeństwa w PRL

Dla całych pokoleń młodych ludzi dorastających w szarej, reglamentowanej rzeczywistości PRL Jarocin stał się czymś znacznie więcej niż festiwalem muzycznym. Był symbolem wolności, buntu i autentyczności. Mówiono o nim jak o „oazie wolności” albo „kolorowej wyspie” – miejscu, gdzie na kilka dni zawieszano obowiązywanie sztywnych norm społecznych i obyczajowych narzucanych przez państwo.

Dla wielu uczestników była to jedyna okazja w roku, by bez skrępowania wyrazić siebie: poprzez strój, fryzurę, gesty i otwarte manifestowanie przynależności do określonych subkultur. Punk, metal, nowa fala – w Jarocinie wszyscy mogli być sobą, bez tłumaczenia się, bez masek i bez autocenzury.

Do dziś trwają spory o to, dlaczego władza ludowa tolerowała tak masowe i potencjalnie niebezpieczne zgromadzenie młodzieży. Jedna z interpretacji mówi o Jarocinie jako o „wentylu bezpieczeństwa”. Według tej teorii partia pozwalała na istnienie festiwalu, aby skanalizować młodzieńczy bunt w kontrolowanych ramach kilku dni koncertów, zapobiegając jego eskalacji na ulicach i w formie otwartych protestów politycznych.

Z taką oceną nie zgadzał się jednak Walter Chełstowski, który wielokrotnie podkreślał, że Jarocin był przestrzenią autentycznej wolności. Jego zdaniem fakt, że festiwal nie został zlikwidowany, wynikał raczej z niedocenienia przez władzę skali i siły tego zjawiska, a nie z jakiejkolwiek długofalowej, przemyślanej strategii.

Znaczenie Jarocina nie ograniczało się jednak wyłącznie do indywidualnego doświadczenia wolności. Festiwal budował także silną więź pokoleniową. Tysiące młodych ludzi, przyjeżdżających tu z całej Polski, stworzyło z czasem coś, co zaczęto nazywać „pokoleniem Jarocina” – wspólnotę opartą na własnym kodzie kulturowym i systemie wartości, w jawnej kontrze do oficjalnej propagandy i państwowej narracji.

Dla artystów Jarocin był natomiast prawdziwą próbą ognia. Stanowił trampolinę do kariery i często jedyne miejsce, gdzie mogli skonfrontować swoją twórczość z masową, ale jednocześnie bezlitośnie szczerą i wymagającą publicznością. Sukces w Jarocinie – zwłaszcza ten potwierdzony nagrodą publiczności – miał dla wielu zespołów znacznie większą wartość niż obecność na listach przebojów oficjalnych rozgłośni radiowych.

Ewolucja gatunkowa i artyści jarocińskiej sceny

Muzyka grana w Jarocinie zmieniała się gwałtownie – niemal z roku na rok – doskonale odzwierciedlając przemiany zachodzące zarówno w światowej, jak i polskiej kulturze muzycznej. Festiwal był swoistym barometrem nastrojów młodego pokolenia, a jego brzmienie ewoluowało wraz z nimi.

W latach siedemdziesiątych, jeszcze w czasach Wielkopolskich Rytmów Młodych, na scenie dominował rock tradycyjny, blues oraz pop-rock. Była to muzyka stosunkowo bezpieczna, osadzona w znanych formach. Wszystko zmieniło się wraz z przełomem 1980 roku, kiedy do głosu doszła tak zwana „Muzyka Młodej Generacji”. Jarocin stał się miejscem, gdzie swoje piętno odcisnęły zespoły takie jak Kombi czy Maanam.

Szczególne znaczenie miał występ Maanamu w 1980 roku, uznawany dziś za jeden z kamieni milowych polskiego rocka. To właśnie wtedy wyraźnie zarysowała się nowofalowa estetyka, która na kolejne lata zdefiniowała brzmienie rodzimej sceny.

W Jarocinie, w przeciwieństwie do Opola, nie gra się jednej piosenki. To jest typowy festiwal rockowy. My Jarocin otwieraliśmy, byliśmy zespołem, który Jarocin wspierał. Można by długo opowiadać jak to było… Było ostro. To były lata 80. Pamiętam, że kiedyś zasadzono kwiatki na przodzie sceny. Istniały one tak długo, dopóki nie zaczęliśmy grać. Później ktoś podpalił płot. Trzeba było przerwać koncert. Ciągle coś się działo… (…) Mamy sentyment do festiwali rockowych. Zagraliśmy na ogromnej ilości tego typu imprez na świecie. Możemy na nich, w przeciwieństwie do „festiwali jednej piosenki”, zbudować na scenie atmosferę, która trwa znacznie dłużej. W Jarocinie oczywiście graliśmy, graliśmy, graliśmy… nikt nas nigdy nie limitował.

— Kora Jackowska z zespołu Maanam

Z czasem festiwal stawał się jednak coraz bardziej radykalny brzmieniowo. Od 1983 roku, już pod nazwą Festiwal Muzyków Rockowych, jarocińska scena zaczęła przypominać muzyczną mozaikę. Obok siebie funkcjonowały punk rock, heavy metal, blues, reggae oraz szeroko pojęta alternatywa. Jarocin przestał być festiwalem jednego nurtu. Stał się miejscem konfrontacji skrajnie różnych estetyk.

Kilka momentów zapisało się w jego historii szczególnie wyraźnie. W 1981 roku występ opolskiego zespołu TSA uznawany jest za punkt zwrotny dla polskiego heavy metalu. Z kolei rok 1984 przyniósł legendarny, bezkompromisowy koncert grupy Siekiera, który na trwałe ugruntował pozycję hardcore punka na polskiej scenie niezależnej.

Przez jarocińską scenę przewinęła się niemal cała czołówka polskiego rocka i alternatywy lat osiemdziesiątych. Publiczność mogła usłyszeć m.in.:

  • Punk i nowa fala: Dezerter, Moskwa, KSU, Siekiera, Armia, T.Love Alternative, Farben Lehre, Brygada Kryzys, Tilt.
  • Heavy metal: TSA, Kat, Acid Drinkers, Turbo, IRA.
  • Reggae i blues: Izrael, Daab, Dżem, Gedeon Jerubbaal.
  • Rock alternatywny i artystyczny: Voo Voo, Lech Janerka, Kult, Sztywny Pal Azji, Kobranocka, Closterkeller.

Warto przy tym podkreślić, że jarocińska publiczność była bezlitosna wobec wykonawców uznawanych za nieautentycznych lub zbyt blisko związanych z oficjalnym nurtem mediów państwowych. W 1983 roku swoje występy musiały odwołać takie gwiazdy jak Lady Pank, Republika czy Lombard. Festiwal, coraz bardziej radykalny i bezkompromisowy, nie akceptował artystów kojarzonych z regularną obecnością w kontrolowanej przez państwo telewizji.

Nagrody i laureaci festiwalu w Jarocinie

System nagród przyznawanych w Jarocinie zmieniał się wraz z rozwojem i rosnącą rangą festiwalu. W czasach Wielkopolskich Rytmów Młodych zespoły i soliści rywalizowali o trzy główne trofea: Złotego, Srebrnego i Brązowego Kameleona. Były to wyróżnienia o charakterze prestiżowym, przyznawane przez jury złożone z dziennikarzy muzycznych i samych artystów, a ich zdobycie oznaczało zauważenie w środowisku.

Przełom przyniósł rok 1980, kiedy festiwal przekształcił się w ogólnopolski przegląd. Wtedy system nagród uległ swoistej „demokratyzacji”. Choć nadal przyznawano Złotego Kameleona, o jego losie zaczęła decydować publiczność w drodze głosowania. To właśnie ta nagroda stała się najbardziej pożądanym wyróżnieniem w polskim świecie rockowym, była bowiem dowodem autentyczności i akceptacji ze strony najbardziej wymagającego gremium słuchaczy w kraju.

W historii festiwalu zapisało się wielu laureatów, którzy dziś stanowią ważną część muzycznego pejzażu tamtej epoki. Wśród nich znaleźli się m.in.:

  • Sekwens (Poznań) oraz Kwiaty (Jarocin) – laureaci pierwszej edycji Wielkopolskich Rytmów Młodych w 1970 roku,
  • Heam z Markiem Bilińskim (Poznań) – zdobywca Złotego Kameleona w 1975 roku,
  • Trapez (Poznań) – laureat Złotego Kameleona w 1978 roku,
  • Ubodzy Krewni (Oborniki) – zwycięzcy X edycji Wielkopolskich Rytmów Młodych w 1979 roku,
  • Maanam i Kombi – gwiazdy pierwszego Ogólnopolskiego Festiwalu Muzyki Młodej Generacji w 1980 roku,
  • TSA (jeszcze bez Marka Piekarczyka) – zwycięzcy konkursu II Ogólnopolskiego Festiwalu Muzyki Młodej Generacji w 1981 roku.

Nagrody w Jarocinie nie kończyły się jednak na statuetkach. Zwycięzcy często otrzymywali także nagrody rzeczowe, a przede wszystkim – możliwość udziału w profesjonalnych sesjach nagraniowych. Te z kolei otwierały drogę do wydania płyt w państwowych wytwórniach, takich jak Tonpress czy Polskie Nagrania. Dla wielu amatorskich zespołów była to jedyna realna szansa, by wyjść z podziemia i zaistnieć w oficjalnym obiegu muzycznym PRL.

Jarocin pod nadzorem cenzury i Służby Bezpieczeństwa

Choć Jarocin funkcjonował w zbiorowej świadomości jako oaza wolności, nie był miejscem całkowicie wolnym od zainteresowania aparatu władzy. Festiwal od samego początku znajdował się na styku buntu i kontroli, a relacje między jego uczestnikami a państwem miały charakter napięty i pełen wzajemnej nieufności.

Już w 1980 roku lokalna milicja raportowała o „demoralizacji młodzieży” i obecności grup hippisów. W języku ówczesnych służb były to pojęcia-wytrychy, oznaczające zagrożenie dla ładu socjalistycznego i potencjalne zarzewie niepokojów społecznych. Mimo to przez pierwsze lata dekady władze centralne PRL dość lekceważąco podchodziły do jarocińskiej imprezy, traktując ją jako lokalną ciekawostkę o ograniczonym znaczeniu.

Ten błąd w ocenie pozwolił festiwalowi rozwijać się względnie swobodnie. Symbolicznym przykładem tej sytuacji był rok 1982, kiedy Jarocin odbył się mimo trwającego stanu wojennego. Podczas gdy festiwale w Opolu i Sopocie zostały zawieszone, jarocińska impreza doszła do skutku, co więcej – współorganizowało ją „Studio 2”, a koncerty były rejestrowane przez telewizję. Był to paradoks epoki: oficjalne media dokumentowały wydarzenie, które w swojej istocie podważało fundamenty systemu.

Wtedy trwał w Polsce stan wojenny. Cały festiwal był otoczony milicją. Wszyscy byli kontrolowani na każdym kroku, spisywani, nam się wydawało to rzeczą normalną. Byliśmy dziećmi PRL-u, więc dla nas to nie było nic strasznego.

— Krzysztof Grabowski, perkusista zespołu Dezerter, dla Polskiego Radia Program 4

Od połowy lat osiemdziesiątych sytuacja zaczęła się jednak zmieniać. Inwigilacja festiwalu stawała się coraz bardziej systematyczna, a od 1986 roku Służba Bezpieczeństwa prowadziła już regularne operacyjne zabezpieczenie Jarocina. Funkcjonariusze SB przebierali się w stroje stylizowane na ubiór uczestników – zakładali punkowe ramoneski, dżinsowe katany i próbowali wtopić się w tłum. Ich zadaniem było obserwowanie nastrojów, fotografowanie publiczności oraz identyfikowanie „elementów niepożądanych”.

Paradoks polegał na tym, że esbecy często koncentrowali się na opisie zewnętrznych rytuałów subkulturowych – fryzur, naszywek czy zachowań pod sceną – kompletnie nie rozumiejąc antysystemowego przekazu, który płynął z samej muzyki i tekstów piosenek.

Z doświadczeń lat ubiegłych i po zasięgnięciu opinii społeczeństwa impreza ta tylko z nazwy kulturalna jest w niej w połowie, lecz w sumie jest to impreza zorganizowanych grup hippisów. Organa zobowiązane do utrzymania porządku nie są w stanie zapewnić bezpieczeństwa. W tym roku gdyby nie pomoc ze strony służb wynajętych OSP, ORMO, udział przedstawicieli „Solidarności” wątpliwe jest czy zapewniony byłby porządek. Ściągnięto znaczne siły MO z województwa. Powoduje to demoralizację społeczeństwa, szerzy się używanie narkotyków.

— wypowiedź komendanta Milicji Obywatelskiej na posiedzeniu egzekutywy KMG PZPR w Jarocinie 18 grudnia 1980 r. (źródło: Instytut Pamięci Narodowej)

Równie istotną rolę odgrywała cenzura instytucjonalna, sprawowana przez Główny Urząd Kontroli Publikacji i Widowisk. Cenzorzy ingerowali w teksty utworów zespołów takich jak T.Love, Siekiera czy Izrael, usuwając fragmenty uznane za godzące w podstawy ustroju lub sojusz ze Związkiem Radzieckim. Artyści coraz częściej jednak ignorowali te zalecenia, wykonując na jarocińskiej scenie nieocenzurowane wersje piosenek. Sprzyjała temu specyfika koncertu na żywo, nad którym aparat kontroli miał znacznie ograniczone możliwości reakcji.

Jarocińska cenzura stała się z czasem symbolem erozji wpływów państwa. Im silniejsze były próby kontroli, tym bardziej radykalny i niezależny stawał się przekaz artystyczny. Jarocin nie tylko przetrwał nadzór – on go stopniowo ośmieszył.

Festiwalowe wyzwania dla Jarocina

Festiwal w Jarocinie był nie tylko wydarzeniem muzycznym, ale też ogromnym wyzwaniem organizacyjnym dla niewielkiego, liczącego zaledwie kilkanaście tysięcy mieszkańców miasta. Przez kilka dni Jarocin zmieniał się w tętniącą życiem, chaotyczną metropolię, która musiała pomieścić dziesiątki tysięcy przyjezdnych z całej Polski.

Koncerty odbywały się w kilku lokalizacjach. Wieczorami największe gwiazdy występowały w amfiteatrze, natomiast wcześniej – w ciągu dnia – w Jarocińskim Ośrodku Kultury odbywały się konkursowe przesłuchania zespołów amatorskich. Wraz z rosnącą popularnością festiwalu ta infrastruktura przestała jednak wystarczać. W 1983 roku, przy ogromnym napływie uczestników, po raz pierwszy wykorzystano Stadion Miejski, gdzie wyznaczono nawet specjalne sektory przeznaczone do tańca pogo, co samo w sobie było znakiem, jak bardzo zmieniała się formuła imprezy.

Warunki bytowe uczestników trudno nazwać komfortowymi. Dominowały pola namiotowe, prowizoryczne obozowiska i noclegi u prywatnych gospodarzy. Te spartańskie warunki miały jednak swój urok. Sprzyjały integracji, rozmowom do świtu i wymianie doświadczeń między przedstawicielami różnych subkultur, które na co dzień rzadko miały okazję spotkać się w jednym miejscu.

Spaliśmy w 60 zespołów na wielkiej sali gimnastycznej i tam praktycznie trwała nieustająca impreza. Jak jedni padali, to drudzy akurat się budzili i to powodowało takie nakręcanie się, kto dalej, kto mocniej. Wspinaliśmy się na drabinki, skakaliśmy na materace, na których się spało. Jarocin to był jeden wielki odlot.

— Olaf Deriglasoff z grupy Dzieci Kapitana Klossa dla Polskiego Radia Program 4

Podczas trwania festiwalu obowiązywała ścisła prohibicja. Oficjalnie miała ona zapewnić porządek i bezpieczeństwo, choć w praktyce – jak skrupulatnie odnotowywała milicja w swoich raportach – dochodziło do pokątnego spożywania alkoholu.

To wszystko sprawiało, że festiwal był doświadczeniem totalnym – nie tylko koncertem, ale kilkudniowym testem wytrzymałości miasta, organizatorów i samych uczestników.

Dziedzictwo Jarocina i koniec pewnej epoki

Festiwal w Jarocinie w swojej klasycznej formule przetrwał do 1994 roku. To wtedy narastająca agresja oraz coraz częstsze starcia publiczności z policją doprowadziły do zawieszenia imprezy na wiele lat. Gdy festiwal reaktywowano w 2005 roku, funkcjonował już w zupełnie innej rzeczywistości – wolnorynkowej i postkomunistycznej. W nowych warunkach Jarocin nie mógł być tym samym, czym był w PRL. Stał się raczej skansenem własnej legendy niż żywym, pulsującym ruchem kontrkulturowym.

Nie zmienia to jednak faktu, że jego rola w realiach Polski Ludowej była nie do przecenienia. Jarocin pełnił funkcję katalizatora zmian społecznych, był kolebką polskiej alternatywy i jednym z nielicznych miejsc, w których młodzi ludzie mogli doświadczyć poczucia podmiotowości i wspólnoty. To właśnie tam kształtowały się postawy buntu wobec narzuconej rzeczywistości – buntu, który z czasem przeradzał się w realne zaangażowanie obywatelskie i opozycyjne.

Jarocin pozostaje fascynującym przykładem autonomicznej przestrzeni wolności, wywalczonej wewnątrz autorytarnego systemu. Przestrzeni, która – choć formalnie tolerowana – stopniowo podkopywała fundamenty władzy, przyczyniając się do jej erozji i symbolicznej dekonstrukcji.

Dzięki wyjątkowemu połączeniu pasji lokalnych organizatorów, wizji menedżerów muzycznych oraz autentycznej potrzeby wolności tysięcy młodych ludzi, Jarocin na zawsze zapisał się w historii polskiej kultury. Nie tylko jako festiwal, ale jako symbol niezależności, który udowodnił, że nawet w najbardziej kontrolowanym systemie mogą powstawać szczeliny, przez które przedostaje się wolność.

Wojtek Płusa

Wojtek Płusa

Szperam w programach TV z PRL jak archeolog – wyciągam serialowe skarby, audycje i ciekawostki. Codziennie dorzucam felieton i szczyptę nostalgii. Jeśli podoba Ci się to, co robię, postaw mi kawę. Po dobrej kawie działam lepiej niż Unitra na bateriach.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *