Ekran z bratkiem – złoty wiek telewizji dziecięcej z pasją

Ekran z bratkiem to złoty wiek polskiej telewizji dla dzieci i młodzieży. Poznaj historię programu Macieja Zimińskiego, który kształtował całe pokolenie.

Telewizja w czasach PRL-u nie zawsze była jedynie tubą propagandy ani prostą rozrywką na sobotni wieczór. Obok „Dziennika” i seriali wojennych istniały formaty, które próbowały czegoś więcej: uczyć, wychowywać i inspirować młodych widzów. Jednym z najciekawszych i dziś już trochę zapomnianych zjawisk tamtego okresu był program „Ekran z bratkiem” nadawany w Telewizji Polskiej w latach 1967–1977.

Audycja ta stała się wizytówką Redakcji Telewizji Dziewcząt i Chłopców (TDC), kierowanej przez Macieja Zimińskiego, człowieka, który wierzył, że telewizja może być narzędziem mądrego wychowania, a nie tylko biernego „gapienia się w ekran”. „Ekran z bratkiem” uczył samodzielności, ciekawości świata, podstaw techniki i odpowiedzialności społecznej, docierając do milionów młodych Polaków w całym kraju.

Aby zrozumieć fenomen tej audycji, nie wystarczy przyjrzeć się jej formule czy zawartości poszczególnych wydań. Trzeba cofnąć się do fundamentów pedagogicznych, na których została zbudowana oraz do realiów dekady gierkowskiej — czasu modernizacji, wielkich ambicji i wiary w to, że „jutro będzie lepiej”. To właśnie w tym klimacie „Ekran z bratkiem” wyrósł na coś znacznie więcej niż zwykły program dla dzieci i młodzieży.

Geneza i koncepcja programowa Telewizji Dziewcząt i Chłopców

Zanim „Ekran z bratkiem” pojawił się na antenie Telewizji Polskiej 5 października 1967 roku, telewizja dla dzieci i młodzieży dopiero szukała własnego języka. Był to czas eksperymentów, prób i stopniowego porządkowania oferty skierowanej do najmłodszych widzów. Właśnie wtedy narodziła się Telewizja Dziewcząt i Chłopców (TDC), która przez blisko cztery dekady, od 1957 do 1993 roku, wyznaczała standardy programów młodzieżowych w PRL.

Jej powstanie było czymś więcej niż tylko kolejną reorganizacją redakcyjną. Oznaczało zmianę sposobu myślenia o młodym widzu — nie jako biernym odbiorcy treści, ale jako kimś, kogo trzeba traktować serio. Dziecko przestało być „adresatem”, a zaczęło być partnerem do rozmowy.

Głównym architektem tej koncepcji był Maciej Zimiński, który wychodził z prostego, choć jak na tamte czasy dość rewolucyjnego założenia, że telewizja nie powinna być medium dla dzieci w sensie mentorsko-pouczającym, lecz „ich” medium. Takim, które wyrasta z realnych zainteresowań młodych ludzi, odpowiada na ich potrzeby i zachęca do aktywności, a nie tylko do siedzenia przed ekranem.

To właśnie z tej filozofii narodziły się programy, które nie traktowały młodego widza z góry i które na lata ukształtowały sposób myślenia o telewizji dziecięcej w Polsce.

Powstanie „Ekranu z bratkiem”

Nazwa „Ekran z bratkiem” nie wzięła się z redakcyjnej burzy mózgów ani z odgórnych wytycznych. Jej źródłem był list od młodego widza. Jak po latach wspominali twórcy programu, impulsem stała się wiadomość od chłopca, który pisał, że swoją nagrodę chętnie odda „okropnej” siostrze. W tym prostym geście — trochę rozbrajającym, trochę wzruszającym — redakcja dostrzegła coś znacznie ważniejszego niż dziecięcą anegdotę.

Ten list stał się metaforą relacji, jaką program chciał budować z widownią: bez mentorstwa, za to z życzliwością, uważnością i poczuciem wspólnoty. To Zofia Chećko, jedna z redaktorek TDC, zaproponowała nazwę łączącą dwa pozornie odległe światy — nowoczesny ekran telewizora i skromnego bratka, symbol ciepła, pamięci i codziennych emocji.

Choć estetyka tej symboliki była mocno zakorzeniona w realiach lat 60., jej przekaz okazał się zaskakująco uniwersalny. „Ekran z bratkiem” miał być miejscem refleksji, rozmów i różnorodnych tematów, dokładnie takich, jakie pojawiają się w życiu młodych ludzi.

Emisja programu w czwartkowe popołudnia szybko zamieniła się w stały rytuał dla dzieci dorastających w blokowiskach i mniejszych miejscowościach. To był ten moment tygodnia, kiedy po szkole siadało się przed telewizorem. Co istotne, „Ekran z bratkiem” nie był formatem skostniałym, ale zmieniał się razem z technologią i epoką. Przejście z obrazu czarno-białego na kolorowy w 1974 roku było czymś więcej niż tylko estetyczną nowinką. Stanowiło wyraźny sygnał modernizacji, idealnie wpisujący się w ambicje i atmosferę gierkowskich lat siedemdziesiątych.

Filozofia pedagogiczna Macieja Zimińskiego i etos partnerstwa „Ekranu z bratkiem”

Jeśli szukać jednego klucza do sukcesu „Ekranu z bratkiem”, to bez wątpienia jest nim postać Macieja Zimińskiego. To on nadał programowi ton i kierunek, opierając swoje myślenie o telewizji dziecięcej na ideałach bliskich Januszowi Korczakowi. Przede wszystkim na szacunku do dziecka jako pełnoprawnego człowieka, ze swoim światem przeżyć, wątpliwości i emocji.

Zimiński konsekwentnie odrzucał rolę wszechwiedzącego belfra. Zamiast moralizować, wolał opowiadać. Zamiast pouczać – rozmawiać. W „Ekranie z bratkiem” był raczej starszym przyjacielem i przewodnikiem niż nauczycielem. Jego charakterystyczne gawędy, kierowane zarówno do harcerzy, jak i do zwykłych uczniów, wyróżniały się piękną, staranną polszczyzną i całkowitym brakiem protekcjonalności.

Demonstrowaliśmy nasze uczucia chwaląc dzieci za każdy nadesłany wierszyk, każdą namalowaną laurkę. Cała zabawa polega na tym, by widz czuł, że obdarza się go szacunkiem i zaufaniem. Dzięki temu mogliśmy z czasem podpowiadać naszym młodym odbiorcom różne rzeczy.

— Fragment rozmowy z Maciejem Zimińskim w Onet Film – „Pan Niewidzialna Ręka” (15.10.2010)

Programy Telewizji Dziewcząt i Chłopców, a „Ekran z bratkiem” w szczególności, promowały wartości, które dziś nazwalibyśmy po prostu przyzwoitością. Honor, bezinteresowna pomoc, samodzielność — to nie były puste hasła. „Słowo honoru” w świecie Zimińskiego znaczyło naprawdę coś więcej niż obietnica. Kłamstwo i nieuczciwość nie spotykały się z gromkim potępieniem, ale z cichą, stanowczą dezaprobatą, która często działała skuteczniej niż moralny wykład.

Choć ten system wartości na papierze mógł wydawać się zbieżny z oficjalnym, socjalistycznym modelem wychowania, w praktyce TDC była zaskakująco wolna od nachalnej ideologii. Zamiast wychowywać do posłuszeństwa wobec państwa, wychowywano do odpowiedzialności za siebie, za drugiego człowieka i za najbliższe otoczenie.

Rezygnacja z autorytarnego tonu na rzecz partnerskiego dialogu pozwoliła zbudować coś, co w telewizji jest bezcenne — prawdziwe zaufanie między nadawcą a młodym widzem. To właśnie ten korczakowski duch „Ekranu z bratkiem” sprawia, że program do dziś może być punktem odniesienia dla współczesnych twórców treści edukacyjnych.

„Ekran z bratkiem” – różnorodność tematów i sztuka przyciągania uwagi

„Ekran z bratkiem” był klasycznym telewizyjnym multimagazynem. Takim, który w ciągu jednej godziny potrafił przenieść widza z warsztatu domowego majsterkowicza prosto na dno oceanu, a chwilę później na mury średniowiecznego zamku. Ta różnorodność mogłaby łatwo zamienić się w chaos, ale w praktyce była starannie zaplanowana i zaskakująco spójna.

Każdy segment miał swojego gospodarza-eksperta, człowieka, który nie tylko znał się na rzeczy, ale przede wszystkim potrafił mówić o swojej pasji w sposób zaraźliwy. Dzięki temu wiedza była przemycana naturalnie, bez szkolnej sztampy i bez nudy.

Taka formuła pozwalała doskonale zarządzać uwagą młodego widza. Krótkie, intensywne wejścia tematyczne sprawiały, że co chwilę działo się coś nowego, a jednocześnie każde spotkanie z wiedzą miało sens i ciężar.

W ramach „Ekranu z bratkiem” funkcjonowały m.in.:

  • „Niewidzialna ręka” — autorski pomysł Macieja Zimińskiego, skierowany do młodych altruistów. Program promował anonimową pomoc i działania prospołeczne, pokazując, że dobre uczynki nie potrzebują rozgłosu ani pochwał.
  • „Zrób to sam” Adama Słodowego — legendarny poradnik dla domowych majsterkowiczów, który uczył zaradności technicznej, cierpliwości i kreatywnego myślenia.
  • Gawędy żeglarskie Krzysztofa Baranowskiego, zaszczepiające w młodych widzach odwagę, dyscyplinę i marzenia o dalekich podróżach.
  • Telewizyjny Klub Pancernych, powiązany z ogromnie popularnym serialem „Czterej pancerni i pies”. Inspirował dzieci do działań społecznych i patriotycznych, tworząc ogólnopolski ruch wzorowany na załodze legendarnego „Rudego 102”.
  • Sat-Okh, czyli Stanisław Supłatowicz, podający się za pół-Indianina z plemienia Szaunisów, który opowiadał nie tylko o świecie Indian, ale przede wszystkim uczył tolerancji i popularyzował wiedzę etnograficzną.

Na tym jednak lista się nie kończyła. Były też propozycje prostych gier podwórkowych autorstwa Marka Grota oraz kącik gier umysłowych prowadzony przez Lecha Pijanowskiego. To właśnie dzięki niemu młodzi widzowie poznali m.in. polski wariant Scrabble’a. Były także „Spotkania z architekturą” Stanisława Jankowskiego oraz cykl „Tajemnice zamków polskich” Tomasza Jurasza.

Istotnym elementem misji edukacyjnej „Ekranu z bratkiem” była również popularyzacja kultury ludowej i regionalnej. Spotkania poświęcone różnym zakątkom kraju, często prowadzone przez charyzmatycznych lokalnych liderów, takich jak Józef Broda, uczyły szacunku do historii „małych ojczyzn”. Występy zespołów góralskich, nauka wyszywania tradycyjnych wzorów czy opowieści o dawnych instrumentach pasterskich nie były muzealny skansenem, lecz żywą kulturą, z której można czerpać inspirację.

„Ekran z bratkiem” był także oknem na świat serialowej przygody. To właśnie w jego ramach zadebiutowało wiele kultowych produkcji młodzieżowych: „Wakacje z duchami”, „Stawiam na Tolka Banana”, „Podróż za jeden uśmiech” czy „Przygody psa Cywila”. Emitowano również seriale zagraniczne — „Znak Zorro”, „Ivanhoe” czy „Sir Lancelot”. Te seriale nie były zwykłymi „wypełniaczami” ramówki. Stawały się pretekstem do rozmów o honorze, odwadze i etosie rycerskim, a także uczyły, że wielka przygoda często zaczyna się tuż za rogiem własnego podwórka.

Co ciekawe, to właśnie w ramach „Ekranu z bratkiem” po raz pierwszy na antenie Telewizji Polskiej pojawił się francuski serial animowany „Był sobie człowiek”, który szybko zdobył ogromną popularność i na długo zapisał się w pamięci widzów.

„Zwierzyniec” Michała Sumińskiego

Jednym z najbardziej popularnych audycji „Ekranu z bratkiem” był bez wątpienia „Zwierzyniec” Michała Sumińskiego. Jego spokojne, pełne ciepła gawędy o zwierzętach wnosiły do programu pierwiastek miłości do natury i szacunku dla świata przyrody. Na długo przed tym, zanim słowo „ekologia” weszło do powszechnego użycia, Sumiński kształtował u młodych widzów wrażliwość, empatię i poczucie odpowiedzialności za istoty słabsze od człowieka.

„Zwierzyniec” po raz pierwszy pojawił się na antenie w 1968 roku i od razu spotkał się z entuzjastycznym odbiorem. Po pierwszych występach Sumińskiego w „Ekranie z bratkiem” do telewizji napłynęły setki listów z prośbami, by „ten pan z wąsami jeszcze coś opowiedział”. W swoich opowieściach Sumiński zabierał dzieci do ogrodów zoologicznych, na wycieczki terenowe i spacery po lesie, pokazując – poprzez zmieniające się pory roku – rytm życia przyrody.

Wizyty Michała Sumińskiego w studiu nie kończyły się jednak tylko na opowieściach. W programie gościli również pracownicy ogrodów zoologicznych, nierzadko w towarzystwie swoich podopiecznych: lwów, tygrysów czy węży. Dzięki temu „Zwierzyniec” stawał się nie tylko lekcją biologii, ale przede wszystkim szkołą wrażliwości, z której wielu widzów wyniosło trwałą fascynację naturą.

„Zrób to sam” i Adam Słodowy

Jednym z najbardziej ikonicznych elementów „Ekranu z bratkiem” był bez wątpienia kącik majsterkowicza prowadzony przez Adama Słodowego. Jego spokojny sposób bycia, charakterystyczna strzałka i modele pokazywane na kolejnych etapach powstawania stały się wręcz symbolem dziecięcej zaradności w czasach PRL.

Słodowy nie ograniczał się do instrukcji „krok po kroku”. Uczył czegoś znacznie ważniejszego — kultury technicznej. Pokazywał, że zanim cokolwiek się zrobi, trzeba to zaplanować, przemyśleć kolejność działań i materiały, nawet te najbardziej prowizoryczne. Logika, cierpliwość i pomysłowość były tu równie istotne jak sam efekt końcowy.

W realiach PRL, gdy dostęp do gotowych zabawek i narzędzi był mocno ograniczony, programy Adama Słodowego miały wręcz emancypacyjny charakter. Dawały dzieciom poczucie sprawstwa — przekonanie, że coś można zrobić samemu. Wystarczyła sklejka, kawałek drutu, puszka po kawie albo tubka po paście do zębów, by w domowych warunkach powstała zabawka lub całkiem użyteczny przedmiot.

Nieodłącznym elementem tych prezentacji był również „magiczny wskaźnik”, który towarzyszył Adamowi Słodowemu przez całą jego telewizyjną karierę. Prosty, niemal ascetyczny w formie: brzozowa pałeczka zakończona aluminiowym grotem, z jednej strony pomalowanym na biało, z drugiej na czarno.

„Niewidzialna ręka” i masowa mobilizacja

Najsilniejszym narzędziem społecznego oddziaływania „Ekranu z bratkiem” była bez wątpienia akcja „Niewidzialna ręka”. Prosta w założeniach, a jednocześnie niezwykle skuteczna, zamieniała bierne oglądanie telewizji w realne działanie. Zamiast kolejnego apelu czy moralizatorskiego kazania pojawiała się konkretna propozycja: zrób coś dobrego tu i teraz, dla kogoś obok.

Zachęcani przez Macieja Zimińskiego młodzi widzowie podejmowali się drobnych, ale ważnych zadań — pomagali sąsiadom, osobom starszym, samotnym czy potrzebującym wsparcia w najbliższym otoczeniu. Przyniesienie wody ze studni, porąbanie drewna, uporządkowanie ogrodu czy zwykła pomoc w codziennych obowiązkach miały często większą wartość niż najbardziej wzniosłe hasła.

Tym, co wyróżniało „Niewidzialną rękę”, była anonimowość. Po wykonaniu dobrego uczynku nikt się nie przedstawiał i nie oczekiwał podziękowań. Jedynym śladem obecności pomocnika była odbita „niewidzialna dłoń” i krótki liścik pozostawiony na miejscu. Relacje z takich działań trafiały do redakcji, a najciekawsze z nich były później odczytywane na antenie. Nie po to, by kogoś wyróżnić, lecz by inspirować innych.

Zależało nam, by młodzież myślała altruistycznie. Zasada numer jeden: Działaj w sposób niewidzialny. Śpiesz z pomocą, ale pod żadnym pozorem nie ujawniaj się, nie chwal się, że pomogłeś. Po udzieleniu pomocy dzieci zostawiały karteczkę na miejscu wykonanego zadania i znikały. Do redakcji odsyłał ją znalazca – osoba, której pomoc została udzielona, nie wiedząc oczywiście kim jest dobroczyńca.

— Fragment rozmowy z Maciejem Zimińskim w Onet Film – „Pan Niewidzialna Ręka” (15.10.2010)

Ten model działania kształtował najczystszy rodzaj altruizmu — pomoc płynącą z wewnętrznej potrzeby, a nie dla nagrody czy rozgłosu. „Niewidzialna Ręka” pokazała, że telewizja może być czymś więcej niż medium jednostronnego przekazu. Może stać się impulsem do prawdziwej zmiany w realnym świecie, uruchamiając empatię i odpowiedzialność na masową skalę.

W realiach PRL, gdzie kolektywizm był często narzucany odgórnie i pozbawiony ludzkiego wymiaru, akcja ta stanowiła autentyczną, humanistyczną alternatywę. Uczyła uważności na drugiego człowieka.

SOWA – książki, które naprawdę chciało się czytać

„Ekran z bratkiem” był także potężnym promotorem kultury żywego słowa i czytelnictwa. Jednym z najważniejszych miejsc poświęconych literaturze była rubryka SOWA, czyli Stowarzyszenie Opiniodawców, Wydawców i Autorów, prowadzona przez Hannę Bielawską. Dla wielu młodych widzów była to pierwsza prawdziwa przygoda ze światem książek wykraczająca poza szkolny kanon.

SOWA działała jak okno wystawowe dobrze zaopatrzonej księgarni. Opowiadano o nowościach wydawniczych, prezentowano książki rodzimych autorów (takich jak Hanna Ożogowska czy Arkady Fiedler), ale nie zapominano też o klasyce i literaturze zagranicznej (np. Juliusz Verne).

Co ważne, redakcja nie poprzestawała na samym omawianiu tytułów. SOWA aktywnie zachęcała do czytania, a niekiedy wręcz do małego literackiego śledztwa. Rozwiązanie zagadek prezentowanych w programie często wymagało wizyty w bibliotece, sięgnięcia po encyklopedie czy almanachy. W ten sposób „Ekran z bratkiem” uczył samodzielnego zdobywania wiedzy i przyjemności płynącej z szukania odpowiedzi poza ekranem telewizora.

„Telewizyjny Klub Pancernych” – historia, przygoda i etos wspólnoty

Telewizyjny Klub Pancernych był naturalnym przedłużeniem fenomenu serialu „Czterej pancerni i pies”, który w latach 60. i 70. podbił serca Polaków. Serial budował pozytywny obraz wojskowości, braterstwa i patriotyzmu, a pomysł Macieja Zimińskiego sprawił, że to, co działo się na ekranie, zaczęło żyć także poza telewizorem.

Zamiast biernego oglądania pojawiło się działanie. „Klub Pancernych” przekształcał serialową fascynację w aktywność społeczną, angażując tysiące dzieci w zadania związane z historią, pamięcią wojenną i codziennymi sprawami najbliższego otoczenia.

Młodzi widzowie organizowali się w tzw. „załogi”, często noszące fantazyjne nazwy w rodzaju „Załoga psa Azora”. Ze „sztabu” napływały zadania, których bynajmniej nie brakowało. Członkowie załóg mieli odszukiwać weteranów wojennych i spisywać ich wspomnienia, dbać o porządek w swojej okolicy, organizować podwórkową łączność, brać udział w konkursach sprawnościowych, ocieplać psie budy na zimę, a nawet pomagać pułkownikowi Januszowi Przymanowskiemu w wymyślaniu nowych przygód załogi „Rudego”.

Każda załoga musiała mieć oczywiście swojego Szarika, choć rzeczywistość bywała elastyczna. Nie wszyscy dysponowali psem, więc rolę serialowego bohatera często przejmował podwórkowy kot, królik, świnka morska, a czasem nawet chomik. Liczyła się wspólna zabawa i poczucie przynależności.

Skala tego zjawiska do dziś robi wrażenie. W drugim wydaniu „Telewizyjnego Klubu Pancernych” (1969/1970) wzięło udział niemal 40 tysięcy załóg, co oznacza około 160 tysięcy dziewcząt i chłopców w całej Polsce. Był to jeden z najważniejszych przykładów tego, jak telewizja potrafiła integrować, inspirować i budować wspólnotę opartą na historii, przygodzie i elementarnych wartościach.

Krzysztof Baranowski i jacht „Polonez”

W 1971 roku kapitan Krzysztof Baranowski przygotowywał się do czegoś, co rozpalało wyobraźnię dorosłych i dzieci — samotnego rejsu dookoła świata. O wszystkich etapach tych przygotowań opowiadał widzom „Ekranu z bratkiem”, a program bardzo szybko zamienił się w coś więcej niż tylko relację z wielkiej wyprawy.

Skala zaangażowania młodych widzów była ogromna. Gdy Baranowski wyruszył w rejs, w niemal każdym porcie, do którego zawijał, czekały na niego pakunki z listami od polskich dzieci. Był to żywy dowód na to, że telewizyjna opowieść potrafiła realnie połączyć świat telewizyjnego studia z dalekimi morzami.

Szczególnie barwny epizod dotyczył nazwy jachtu. Konkurs na jej wybór Baranowski ogłosił właśnie na antenie „Ekranu z bratkiem”. Odzew przerósł wszelkie oczekiwania. Do redakcji napłynęły tysiące kartek pocztowych z najróżniejszymi propozycjami. Problem w tym, że władza ludowa postanowiła rozwiązać sprawę po swojemu i zdecydowała, że jacht będzie nosił nazwę „Polonez”.

Twórcy programu znaleźli się w kłopotliwej sytuacji. Nie pozostało im nic innego, jak przez całą noc przekopywać się przez stosy kartek w poszukiwaniu choć jednej propozycji z tą właśnie nazwą. I wtedy wydarzył się cud redakcyjnej determinacji. Okazało się, że „Polonez” rzeczywiście się pojawił, a zaproponowała go 14-letnia Jadzia z Bydgoszczy.

W nagrodę mogła ona odbyć jednodniowy rejs po Bałtyku u boku samego Krzysztofa Baranowskiego. Dla niej była to przygoda życia, a dla tysięcy widzów kolejny dowód na to, że „Ekran z bratkiem” potrafił zamieniać marzenia w coś namacalnego.

Społeczna percepcja i dziedzictwo „Ekranu z bratkiem”

Wartości, które promowała Telewizja Dziewcząt i Chłopców — partnerstwo, bezinteresowność, honor — wydają się dziś być być może bardziej potrzebne niż kiedykolwiek, bo żyjemy w świecie zdominowanym przez konsumpcję i materializm. Postawy społeczne zaszczepione przez „Ekran z bratkiem” utrwaliły się u wielu osób na całe życie, co jest najlepszym dowodem na skuteczność pedagogiki Macieja Zimińskiego.

Program stworzył prawdziwe zjawisko społeczne, które można określić mianem „bratkowego pokolenia”. Dla tych młodych ludzi czwartkowe popołudnia nie były zwykłą rozrywką, ale czasem formowania światopoglądu, kształtowania charakteru i odkrywania świata. Wspomnienia o programie niosą dziś nostalgię za czasami, w których wartości były jasne, a media służyły autentycznemu rozwojowi.

„Ekran z bratkiem” nie był zwykłym programem telewizyjnym. Był instytucją wychowawczą, która w specyficznych warunkach PRL stworzyła bezpieczną przystań dla młodych talentów i charakterów. Jego historia dowodzi, że media publiczne, kierowane przez wizjonerów i ludzi z pasją, potrafią realnie zmieniać społeczeństwo, pozostawiając trwały ślad w kulturze narodowej.

Zakończenie emisji „Ekranu z bratkiem” w czerwcu 1977 roku nie oznaczało końca idei Telewizji Dziewcząt i Chłopców. Wiele segmentów programu żyło dalej własnym życiem, a sam Zimiński kontynuował swoją misję w kolejnych projektach, takich jak „Piątek z Pankracym” (później przemianowany na „Okienko Pankracego”) czy „Teleferie”.

Jednak to właśnie dekada „Ekranu z bratkiem” pozostaje symbolem złotego wieku polskiej telewizji dla młodzieży — czasu, w którym potrafiono połączyć edukacyjną powagę z pasją odkrywania świata, a każdy czwartkowy wieczór mógł być małą szkołą życia i przygody jednocześnie.

Wojtek Płusa

Wojtek Płusa

Szperam w programach TV z PRL jak archeolog – wyciągam serialowe skarby, audycje i ciekawostki. Codziennie dorzucam felieton i szczyptę nostalgii. Jeśli podoba Ci się to, co robię, postaw mi kawę. Po dobrej kawie działam lepiej niż Unitra na bateriach.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *