Dziś trudno wyobrazić sobie święta bez „Kevina”, choć nie każdy przyznaje się do corocznego jego oglądania. Ale zanim nastała epoka chłopca z Chicago i „Listów do M.”, telewizja PRL musiała sama zapełnić ten świąteczny czas. I robiła to po swojemu. Co więc oglądało się w Boże Narodzenie, gdy na ekranach królowała jedynie czarno-biała (a później kolorowa) telewizja z Woronicza?
Telewizor był wtedy czymś więcej niż sprzętem. Był oknem na świat, jedyną masową rozrywką, która każdego wieczoru gromadziła przed ekranem całe rodziny. Z dzisiejszej perspektywy program telewizyjny wydaje się skromny: Teatr Telewizji w poniedziałek, „Kobra” w czwartek, pierwsze polskie seriale, trochę filmów. A jednak w święta Bożego Narodzenia telewizja dokładała wszelkich starań, by rozjaśnić szarą codzienność wyjątkową ramówką.
Był to też czas szczególny pod względem ideologicznym. Głęboko zakorzenione w polskiej tradycji katolickiej Boże Narodzenie nie bardzo pasowało do państwa, które propagowało materializm i świeckość. Telewizja miała więc trudne zadanie. Z jednej strony musiała zagospodarować czas widzów i dostarczyć im „bezpiecznej” rozrywki, a z drugiej spróbować oswoić święta tak, by nie kłóciły się z socjalistyczną narracją.
A pamiętajmy, że okres świąteczny w PRL to była osobna epopeja. „Przedświąteczna gorączka” oznaczała wielogodzinne kolejki, polowanie na podstawowe produkty i nerwową nadzieję, że uda się kupić choć odrobinę tego, co w sklepach pojawiało się na chwilę. W telewizji tych braków nie wypadało pokazywać. Wręcz przeciwnie, ekran miał pełnić rolę wentyla bezpieczeństwa. W czasach, gdy zdobycie pomarańczy graniczyło z cudem, a szynka z paczek z USA była symbolem luksusu, świąteczne programy miały dać widzom namiastkę piękniejszego świata.
Pojawienie się w telewizji informacji o statkach z cytrusami zbliżających się do Gdyni czy Gdańska bywało dla wielu równie wyczekiwanym sygnałem świąt, co zapach choinki. Mimo ideologicznych kajdan telewizja w grudniu stawała się miejscem, w którym PRL próbował wyglądać choć trochę bardziej kolorowo.
Lata 50. – telewizja skromna i nie dla każdego
W latach 50. Telewizja Polska dopiero raczkowała. Nadawanie miało charakter eksperymentalny, zasięg obejmował właściwie tylko Warszawę i kilka najbliższych ośrodków, a program nadawano przez zaledwie kilka godzin dziennie, głównie wieczorem. Obraz, oczywiście czarno-biały, migotał na ekranach nielicznych odbiorników, które były wówczas prawdziwą rzadkością.
Świąteczne ramówki nie miały jeszcze żadnej ustalonej tradycji. Telewizja była na tyle młoda, że każde Boże Narodzenie stawało się właściwie nowym testem możliwości tego medium. Dominowały transmisje na żywo, koncerty muzyki poważnej oraz audycje kulturalne i edukacyjne. Najważniejszym punktem programu pozostawał Teatr Telewizji oparty głównie na klasycznych tekstach literatury, bo to one uchodziły za bezpieczne ideologicznie.
Ta surowość wynikała nie tylko z biedy technicznej. Władze PRL traktowały telewizję przede wszystkim jako narzędzie kształtowania „świadomego obywatela”. Rozrywka miała być obecna, ale kontrolowana, a święta, choć dla społeczeństwa głęboko religijne, musiały zostać przetworzone na świecki kulturalno-edukacyjny przekaz. Telewizja miała nie tyle odciągać ludzi od Kościoła, ile pokazywać, że państwo również potrafi zorganizować im czas wolny.
Mimo skromnych możliwości coś jednak zawsze starano się przygotować. W 1956 roku pokazano francuski film „Czerwona oberża” z niezapomnianym Fernandelem. Rok później widzowie mogli obejrzeć „Miałem siedem córek” oraz koncert Orkiestry Tanecznej Polskiego Radia. W 1958 roku ramówka również była oszczędna. Telewizyjna inscenizacja „Opowieści wigilijnej” Dickensa, transmisja opery „Halka” z Teatru Nowego w Łodzi, a w drugi dzień świąt – konkurs skoków narciarskich z Oberhof.
Rok 1959 przyniósł francuski film „Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu”, a wielbiciele operetki mogli obejrzeć „Ptasznika z Tyrolu”. Drugi dzień Bożego Narodzenia wypełniła radziecka ekranizacja „Królowej śniegu” oraz specjalny program estradowy przygotowany z okazji piętnastolecia Polskiego Radia.
Telewizja świąteczna lat 50. była więc skromna, momentami ascetyczna, ale dla tych, którzy mieli dostęp do odbiornika miała w sobie coś z magii. W tamtym czasie nawet kilka godzin programu potrafiło stać się wydarzeniem.
Lata 60. – gomułkowskie święta z Flipem i Flapem, „Bonanzą” i Myszką Miki
W latach 60. telewizja przestała być eksperymentalną ciekawostką i powoli stawała się częścią codzienności. Rosnący zasięg, lepsza jakość produkcji i coraz bogatsza oferta sprawiły, że święta Bożego Narodzenia przed ekranem telewizora zaczęły mieć swój własny klimat. To także czas złotego okresu Teatru Telewizji, który w okresie świątecznym był jednym z najważniejszych punktów programu. To dowód, że władza lubiła pokazywać się jako mecenas kultury.
Ramówka świąteczna lat 60. otworzyła się również na kino. Obok filmów polskich i produkcji z bloku wschodniego pojawiały się ostrożnie dobierane tytuły zachodnie, jak „Pół żartem, pół serio”, „Powrót Lassie”, czy jugosłowiańsko-enerdowski „Ostatni Mohikanin”. Prawdziwym rarytasem były animacje Disneya. Ich pojawienie się w programie miało w sobie coś z magii, bo większość dzieci znała je tylko z opowieści.
Już w 1960 roku wielu Polaków zaglądało do sąsiadów, by wspólnie obejrzeć stare polskie filmy „Papa się żeni” i „Ada, to nie wypada”. Najmłodsi widzowie mieli Myszkę Miki, Kaczora Donalda oraz naszego rodzimego „Misia z okienka”. Wieczorem natomiast dorośli siadali przed telewizorami, by zobaczyć Irenę Dziedzic w „Tele-Echu” i pośmiać się przy przygodach Flipa i Flapa.

Tele-Echo – pionierski talk-show w PRL-u
Tele-Echo to pierwszy talk-show w Polsce, który przez 25 lat kształtował telewizję PRL. Odkryj historię programu, jego gości i kontrowersje wokół Ireny Dziedzic.
W kolejnych latach te elementy stały się niemal obowiązkowe. Specjalne, świąteczne wydanie „Tele-Echa” oraz teleturniej „Parada kłamców i blagierów” regularnie pojawiały się w świątecznej ramówce. W 1964 roku Polacy spędzili Boże Narodzenie na ranczu Ponderosa wraz z Benem Cartwrightem i jego synami, dzięki serialowi „Bonanza”. Rok później telewizja pozwoliła przekonać się, że w Wigilię zwierzęta naprawdę mówią ludzkim głosem emitując serial „Koń, który mówi”, czyli przygody Mister Eda.
Nie brakowało też polskiego kina. W 1961 roku pojawił się „Szczęściarz Antoni”, rok później „Historia żółtej ciżemki” i komedia „Mąż swojej żony”, a w 1967 – film „Żona dla Australijczyka”.
Święta w latach 60. były również okazją do spotkań z bohaterami rodzącej się polskiej serialowej klasyki. W 1965 roku na ekranie gościł „Kapitan Sowa na tropie”, rok później kultowa „Wojna domowa”, w 1968 – „Stawka większa niż życie” z Hansem Klossem, a rok później, już bardziej historycznie, „Przygody pana Michała” z Tadeuszem Łomnickim w roli Małego Rycerza.
Świąteczna telewizja lat 60. miała w sobie coś z ciepła domowego ogniska, choć była to codzienność gomułkowskiej Polski. W czasach oszczędności i niewielkiego wyboru nawet pojawienie się Flipa i Flapa czy krótka kreskówka Disneya potrafiły zrobić święta.
Lata 70. – Fantomas, Flinstonowie i Flip i Flap w świątecznym prezencie od Gierka
Lata 70. to w telewizji PRL czas gierkowskiego „dobrobytu”. Polityka otwarcia na Zachód, choć finansowana kredytami, sprawiła, że oferta telewizyjna stała się bardziej kolorowa, dosłownie i w przenośni. Uruchomienie drugiego kanału oraz wprowadzenie koloru odmieniły świąteczną ramówkę, która zyskała rozmach i stała się prawdziwym widowiskiem dla masowej widowni.
Kolor otworzył twórcom nowe możliwości. Teatr Telewizji, koncerty, duże produkcje studyjne i filmy familijne wyglądały teraz po prostu atrakcyjniej. Telewizja doskonale wpisywała się w gierkowską narrację budowy „drugiej Polski”, obiecującej rozrywkę, nowoczesność i luksus, choć tylko na ekranie.
Świąteczna ramówka tej dekady była najmocniej nasycona filmami. Obok polskich pozycji pojawiały się widowiska familijne, baśnie czechosłowackie i radzieckie, filmy przygodowe oraz coraz śmielej yselekcjonowane hity zachodnie.
W 1970 roku telewizja pokazała m.in. jugosłowiańsko-zachodnioniemiecki film „Winnetou”, a do tego lekkie polskie komedie „Kochajmy syrenki” oraz „Gangsterzy i filantropi”. W kolejnym roku w święta zadebiutował program „Z kamerą wśród zwierząt” Hanny i Antoniego Gucwińskich, szybko stając się jedną z ikon telewizji. Nie mogło też zabraknąć „Tele-Echa”, które było absolutnym żelaznym punktem każdej świątecznej ramówki.
Kino zza południowej granicy również miało swoje pięć minut. Widzowie mogli zobaczyć m.in. „Dzielnego wojaka Szwejka” oraz „Melduję posłusznie”. W 1972 roku święta upłynęły pod znakiem przygód Franka Dolasa dzięki filmowi „Jak rozpętałem II wojnę światową” oraz monumentalnego „Pana Wołodyjowskiego”.
W połowie dekady dzieci i dorośli przenieśli się do Afryki. Telewizja emitowała film „W pustyni i w puszczy”. Atrakcją tych świąt był również francuski hit „Fantomas” z Jeanem Marais i Louisem de Funèsem, a w 1976 roku jego kontynuacja „Fantomas kontra Scotland Yard”.

Z kamerą wśród zwierząt – fenomen i kontrowersje
Odkryj historię programu Z kamerą wśród zwierząt i jego nierozerwalny związek z Ogrodem Zoologicznym we Wrocławiu. Poznaj Hannę i Antoniego Gucwińskich.
Gierkowskie „otwarcie na świat” wprowadziło do świątecznej ramówki prawdziwe hollywoodzkie hity: westerny „Siedmiu wspaniałych”, „Złoto MacKenny”, „Z piekła do Teksasu”, widowiskową „Kleopatrę” z Elizabeth Taylor, „Działa Nawarony” z Gregorym Peckiem czy wzruszającą opowieść „Elza z afrykańskiego buszu”. Nie brakowało też francuskich komedii z Louisem de Funèsem. „Hibernatus” czy „Mania wielkości”.
Telewizja nie zapominała także o polskich produkcjach. W latach 70. emitowano m.in. kultowe „Nie lubię poniedziałku”, monumentalnego „Faraona”, „Potop”, a także „Szatana z VII klasy”. Ważnym elementem świątecznej oferty były również seriale „Daleko od szosy”, „Polskie drogi”, „Czterdziestolatek” i „Hrabina Cosel”.
Program 2 TVP serwował widzom tematyczne bloki filmowe. W 1975 roku był to „Dzień kina melodramatów” i „Dzień kina westernów”, rok później cykl „Klasycy na ekranach”, a w 1977 – „Adaptacje filmowe literatury światowej”.
Święta były też czasem dla programów, które budowały telewizyjną tożsamość dekady: „Klub sześciu kontynentów”, „Piórkiem i węglem”, legendarny cykl „W starym kinie” Stanisława Janickiego (często z Flipem i Flapem), „Bajka dla dorosłych”, a także regularnie powracająca „Parada kłamców i blagierów”. Na ekranie pojawiał się także „Kabaret Starszych Panów” i kabarety Olgi Lipińskiej.
Najmłodsi widzowie mogli spotkać „Jacka i Agatkę”, „Pszczółkę Maję”, obejrzeć świąteczne spektakle oraz kreskówki pokroju Flinstonów („Między nami jaskiniowcami”) czy „Powrotu Lassie”, kochanych zresztą przez całe rodziny.
Lata 80. – Flintstonowie, Smurfy, „Seksmisja”, „Szczęki” i generał Jaruzelski
Lata 80. w PRL to czas kolejek, kartek i nerwowego szukania wszystkiego „po znajomości”. Nic dziwnego, że święta przed telewizorem stawały się jednym z niewielu momentów, kiedy kraj mógł na chwilę wziąć głębszy oddech. Choć i ten oddech, zwłaszcza po grudniu 1981 roku, bywał mierzony rytmem przemówień generała Jaruzelskiego i decyzji cenzury.
Największą cezurą świątecznej telewizji było oczywiście wprowadzenie stanu wojennego. 13 grudnia 1981 roku ramówkę anulowano jednym ruchem ręki, „Dwójkę” wyłączono, a z anteny zniknęły wszystkie programy rozrywkowe. Dla dzieci był to szok. Niedzielny „Teleranek” po prostu się nie pojawił. Zniknęły też planowane premiery zagranicznych seriali, w tym brytyjski „Klan Cameronów”.
W pierwszym okresie po wprowadzeniu stanu wojennego telewizja powoli „odmrażała” ofertę świąteczną, ale zawsze w bezpiecznych granicach. Fasadowa rozrywka mieszała się z klasyką filmową i programami kulturalnymi. Dopiero druga połowa dekady przyniosła trochę swobody. „Dwójka” zaczęła oferować widzom więcej filmów, także zachodnich, stając się niekiedy przyjemną odskocznią od bardziej oficjalnej „Jedynki”.
Boże Narodzenie 1980 to jeszcze telewizja sprzed załamania, niezbyt imponująca, ale stabilna. Pojawiły się znane programy: „Klub sześciu kontynentów”, „Tele-Echo”, „Z kamerą wśród zwierząt”, polski serial „Tajemnica Enigmy”, film Charliego Chaplina „Dzisiejsze czasy”, a także dwa mocne kąski: amerykański musical „My Fair Lady” i spaghetti western „Garść dynamitu”. Dzieci kompletnie przepadły przy „Muppetach w Hollywood”, które wtedy robiły furorę.
Pierwsze święta w stanie wojennym były już zupełnie inne. Jedyny działający kanał oferował program chudy jak portfele Polaków. Gdyby nie „Sami swoi” i „Nie ma mocnych”, trudno byłoby mówić o jakimkolwiek świątecznym nastroju. Oprócz tego widzowie mogli obejrzeć „Między nami jaskiniowcami”, polski film „Rzeczpospolita babska”, serial „Do krwi ostatniej” oraz „The Muppet Show”. Z tamtych dni pamięta się raczej pustkę na antenie niż jej zawartość.
Boże Narodzenie w 1982 roku wciąż mijało pod znakiem stanu wojennego, choć „Dwójkę” już przywrócono. Ramówka była jednak tak dobrana, by łagodziła nastroje. Powrócili Flintstonowie, pojawiło się „Studio 2”, „Król w Nowym Jorku” (przedostatni film Chaplina) oraz polskie komedie „Ewa chce spać” i „Niespotykanie spokojny człowiek”. To były święta, które próbowały udowodnić, że normalność powoli wraca.

Blisko, coraz bliżej
Serial opowiada dzieje wielopokoleniowej górnośląskiej rodziny Pasterników, żyjącej najpierw pod zaborami a później w trakcie I i II wojny światowej.
W kolejnych latach oferta stawała się coraz bogatsza. W 1983 roku w „Kinie nocnym” pokazano amerykański film „Francuski łącznik” z Genem Hackmanem. Obok tego telewizja konsekwentnie dbała o klasykę polską i radziecką emitując m.in. „Przygody Tomka Sawyera”, „Blisko, coraz bliżej” i „Najdłuższą wojnę nowoczesnej Europy”.
W połowie dekady zaczęła się mała rewolucja. Do świątecznych ramówek trafiało coraz więcej hitów zachodnich. Widzowie mogli zobaczyć „Różową panterę”, „Nędzników”, a nawet wielkie hollywoodzkie przeboje. Gwoździem programu były „Szczęki” Spielberga oraz ich druga część. Było to wydarzenie na miarę epoki, bo każdy wiedział, że seans filmu, który na Zachodzie zarabiał miliony dolarów, w PRL był ucztą.
Rok 1986 przyniósł „Potop” w trzech częściach, czyli coś dla wielbicieli Sienkiewicza i Hoffmana. Rok później święta w telewizji były wręcz kultowe: „Seksmisja” Juliusza Machulskiego, „Zmiennicy” Barei, a do tego masa zagranicznych hitów. 25 grudnia 1988 roku odbyła się z kolei premiera pierwszej polskiej opery mydlanej – „W labiryncie”. Był to znak, że telewizja szykuje się na zupełnie nową epokę.
Dla najmłodszych były: „Księga dżungli”, „Przygody Hucka”, „Asterix i niespodzianka dla Cezara”, „Smurfy”, „Akademia Pana Kleksa” oraz „Ania z Zielonego Wzgórza”. Każdy rok przynosił coś, co zapisywało się w pamięci całego pokolenia.
W drugiej połowie dekady pojawiło się też coraz więcej kolęd w wykonaniu „Mazowsza”, Chóru Stuligrosza, Poznańskiego Chóru Chłopięcego, Anny Jurksztowicz, Andrzeja Hiolskiego i wielu innych. W czasach, gdy kraj był zmęczony politycznym maratonem, telewizyjne kolędy potrafiły stworzyć namiastkę wspólnoty, której tak wtedy brakowało.
Okiem autora
Gdy dziś wspominamy święta w PRL-u, łatwo zapomnieć, że wcale nie były one tak kolorowe jak dekoracje na ekranie. Kolejki po karpia, brak pomarańczy, mróz w oknach i nieodłączny zapach pasty do podłogi. A jednak telewizja potrafiła zrobić coś, co dziś wydaje się niemal magią.
Nieważne, czy ktoś mieszkał w Katowicach, Suwałkach czy na warszawskim Targówku — wszyscy oglądaliśmy to samo. Ten sam Fantomas gonił po dachach Paryża, te same Smerfy walczyły z Gargamelem i te same Muppety robiły świąteczny bałagan. Coś w tym było z narodowej terapii, bo choć na chwilę można było przestać myśleć o kartkach, cenzurze i inflacji.
Telewizja PRL, mimo swoich ograniczeń, miała jedną zaletę, której żadna współczesna platforma nie przebije: nie dawała wyboru. A brak wyboru bywa zbawienny. Zamiast tracić pół wieczoru na szukanie filmu, siadało się i oglądało to, co było. I choć często narzekaliśmy, to dziś z rozrzewnieniem powtarzamy tytuły, które wtedy były po prostu elementem telewizyjnego krajobrazu.
Tak, święta w PRL wyglądały różnie. Bywały biedne i dostatniejsze, czasem ideologiczne, czasem zaskakująco barwne. Ale jedno było wspólne: przez te parę dni telewizja robiła wszystko, żeby dać ludziom trochę radości. Czasem niewiele, czasem całkiem sporo. I może właśnie dlatego wspominamy te programy z taką czułością. Były one częścią świąt, które już nie wrócą, ale zawsze będą żyły w pamięci.






