Kabarety w czasach PRL-u to jedno z tych zjawisk, bez których trudno wyobrazić sobie codzienność tamtej epoki. Dla jednych były po prostu dobrą rozrywką, dla innych — wentylem bezpieczeństwa, chwilą wytchnienia i sposobem, by na głos powiedzieć to, czego powiedzieć nie było wolno. W rzeczywistości pełniły obie te role jednocześnie.
W realiach ograniczonej wolności słowa kabaret był sprytnym mechanizmem przetrwania, formą zbiorowego porozumienia między artystami a publicznością. Wszyscy wiedzieli, że mówi się „nie wprost”, a sens ukryty jest między wierszami.
Polski kabaret poszedł własną drogą. Zamiast lekkich skeczy rodem z Zachodu, wykształciła się forma mocno literacka, pełna aluzji, metafor i politycznych podtekstów. Bardzo szybko pojawił się też wyraźny podział na „nas” — widownię i artystów — oraz „ich”, czyli władzę. W systemie monopartyjnym, z cenzurą czujnie zaglądającą do każdego tekstu, scena kabaretowa stała się swoistym poligonem językowych sztuczek i inteligentnych uników.
To była alternatywna wspólnota oparta na wspólnym doświadczeniu, poczuciu humoru i świadomości, że wszyscy rozumiemy więcej, niż oficjalnie wolno nam powiedzieć.
Piwnica pod Baranami – krakowska kolebka bohemy i surrealizmu
Piwnica pod Baranami narodziła się w 1956 roku, w czasie słynnej październikowej „odwilży”, kiedy to władza na moment poluzowała gorset socrealistycznych nakazów. Ten krótki oddech wystarczył, by w samym sercu Krakowa — w piwnicach Pałacu pod Baranami przy Rynku Głównym — powstało miejsce absolutnie wyjątkowe. Miejsce, które bardzo szybko stało się azylem dla artystycznej inteligencji i bohemy, zupełnie niepasującej do oficjalnej wizji kultury PRL.
„Piwnica” była od początku osobnym światem. Nie interesowało jej to, co „należało” tworzyć ani jak należało się zachowywać. Liczyła się wolność rozumiana jako sposób myślenia, mówienia i bycia.
Duchowym centrum tego świata był Piotr Skrzynecki — postać-legenda krakowskiej kultury — konferansjer, reżyser, animator, a przede wszystkim mistrz ceremonii. Skrzynecki nie prowadził kabaretu w klasycznym sensie. On tworzył widowisko totalne, w którym granica między sceną a widownią właściwie nie istniała. Każdy występ był wydarzeniem jednorazowym, nie do powtórzenia — trochę spektaklem, trochę happeningiem, a trochę towarzyskim spotkaniem wtajemniczonych.
Współtwórcami „Piwnicy byli” artyści z najwyższej półki. Wśród nich znaleźli się m.in. rzeźbiarz Bronisław Chromy czy kompozytor Krzysztof Penderecki. Z czasem przez „piwniczną” scenę przewinęła się cała galeria osobowości, które na trwałe zapisały się w historii polskiej kultury.
To właśnie tu debiutowały i dojrzewały takie osobistości jak:
- Ewa Demarczyk — „Czarny Anioł” polskiej piosenki. Jej dramatyczne interpretacje poezji Tuwima czy Baczyńskiego, do muzyki Zygmunta Koniecznego, hipnotyzowały publiczność i szybko przekroczyły granice kraju.
- Wiesław Dymny — plastyk, aktor, autor tekstów — człowiek chaosu kontrolowanego, który wnosił do „Piwnicy” brutalny humor, absurd i surrealistyczną wyobraźnię.
- Marek Grechuta — wraz z zespołem Anawa wprowadził do „Piwnicy” nurt poezji śpiewanej o wyjątkowej liryczności i muzycznej wrażliwości.
- Zygmunt Konieczny i Jan Kanty Pawluśkiewicz — kompozytorzy odpowiedzialni za charakterystyczne „piwniczne” brzmienie, balansujące między krakowską tradycją a artystyczną awangardą.
Repertuar Piwnicy pod Baranami rządził się własnymi prawami. Zamiast doraźnej satyry politycznej dominował humor literacki, absurd i celowa abstrakcja. Skrzynecki uwielbiał sięgać po teksty zupełnie nieoczywiste — fragmenty dawnych encyklopedii, instrukcje użytkowe czy nawet „Podręcznik zbiorowego żywienia”. W skeczach takich jak legendarne „Zupy” czytane przez Krystynę Zachwatowicz, zwykły język urzędowy w zderzeniu z rzeczywistością PRL-u zamieniał się w czystą groteskę.
Szczególne miejsce zajmowały także tzw. „Listy z nieba” — apokryficzne teksty odczytywane przez Skrzyneckiego. Były to zbiory zaleceń moralnych, pozornie oderwane od polityki, lecz w „piwnicznym” kontekście pełniły rolę subtelnej edukacji obywatelskiej i etycznej z inteligentnym mrugnięciem oka.
Piwnica pod Baranami rzadko atakowała władzę wprost. A jednak jej absolutna niezależność, konsekwentna odmowa podporządkowania się oficjalnemu nurtowi i ochrona artystów spychanych na margines sprawiały, że była postrzegana jako instytucja niemal polityczna. Miejsce, które — nie nawołując do buntu — uczyło myśleć samodzielnie.
Kabaret Starszych Panów – telewizyjna elegancja przeciwko szarzyźnie
Gdy w 1958 roku na ekranach Telewizji Polskiej pojawili się dwaj dystyngowani panowie we frakach i cylindrach, wielu widzów musiało przecierać oczy ze zdumienia. Kabaret Starszych Panów — emitowany do 1966 roku — był zjawiskiem absolutnie wyjątkowym. W czasach, gdy codzienność epoki Gomułki miała raczej odcień burej szarości, Przybora i Wasowski zaproponowali coś zupełnie innego: świat elegancji, dobrych manier i wyrafinowanego humoru.
Ten kabaret oferował widzom estetyczny i intelektualny azyl. Była to telewizyjna wersja przedwojennego salonu, w którym liczyło się słowo, rytm zdania i subtelna ironia. Kontrast z rzeczywistością PRL-u był tak wyraźny, że działał niemal terapeutycznie.
Jeremi Przybora — mistrz słowa — i Jerzy Wasowski — kompozytor o niezwykłej muzycznej wrażliwości — stworzyli spójny, zamknięty świat. Każdy odcinek miał formę eleganckiego wieczoru tematycznego, w którym piosenka liryczna płynnie przechodziła w dialog oparty na absurdzie, językowych kalamburach i perfekcyjnej polszczyźnie. Wszystko było tu dopracowane: od kostiumu, przez gest, aż po pauzę.
Przez Kabaret Starszych Panów przewinęła się prawdziwa elita aktorska, często tworząc role, do których widzowie wracali myślami przez lata:
- Irena Kwiatkowska — mistrzyni monologu komediowego, niezapomniana wykonawczyni „Tanga Kat” czy „Ballady o doktorze Praszczadku”.
- Wiesław Michnikowski — obdarzony głosem i dykcją idealnie pasującymi do świata Starszych Panów. Jego „Addio pomidory”, „Jeżeli kochać” czy „Wuja całuj z dubeltówki” przeszły do kanonu.
- Kalina Jędrusik — ikona zmysłowości PRL-u. Jej „Bo we mnie jest seks” czy „Dla ciebie jestem sobą” wywoływały obyczajowe skandale, a jednocześnie wnosiły do kabaretu niezbędny element erotycznej prowokacji.
- Edward Dziewoński, Mieczysław Czechowicz i Wiesław Gołas — współtwórcy zespołowych numerów, takich jak „Tanie dranie” czy „Rodzina”, w których perfekcyjnie łączyli aktorstwo z muzyczną precyzją.

Kabaret Starszych Panów: Kulisy powstania, skecze i piosenki
Kabaret Starszych Panów – kultowe piosenki, legendarni artyści, ponadczasowy humor i nieprzemijający wpływ na polską kulturę i telewizję.
Do historii przeszły nie tylko piosenki, lecz także całe sekwencje dialogowe. „Starsi Panowie” z łagodnym uśmiechem i wyczuwalną ironią komentowali ludzkie słabości, marzenia i drobne absurdalności codziennego życia. Refren utworu „Piosenka jest dobra na wszystko” stał się wręcz programowym manifestem — przekonaniem, że sztuka potrafi oswoić nawet najbardziej prozaiczną rzeczywistość.
Choć kabaret konsekwentnie unikał bezpośrednich odniesień politycznych, w tekstach sprytnie przemycano aluzje do braków rynkowych, urzędniczej opieszałości czy drobnych absurdów systemu. Dzięki temu Kabaret Starszych Panów pozostawał aktualny, a jednocześnie bezpieczny — schowany za maską elegancji i dobrego tonu.
Kabaret „Dudek” – estradowa perfekcja i tradycja szmoncesu
Gdy w 1965 roku Edward Dziewoński otworzył w warszawskiej kawiarni „Nowy Świat” kabaret, który od jego pseudonimu nazwano „Dudkiem”, od początku było jasne jedno: tu nie będzie improwizowanej bohemy ani salonowej poezji. „Dudek” stawiał na perfekcję. Na zawodowstwo. Na kabaret dopracowany w każdym geście, słowie i pauzie.
Było to przedsięwzięcie zarówno artystyczne, jak i towarzyskie — świadoma próba kontynuacji najlepszych tradycji przedwojennego kabaretu literackiego. Dziewoński doskonale wiedział, że kabaret nie musi krzyczeć, by być skuteczny. Wystarczy precyzyjnie uderzyć w punkt.
Do współpracy zaprosił ścisłą czołówkę autorów: Agnieszkę Osiecką, Wojciecha Młynarskiego, Jeremiego Przyborę, Stanisława Tyma i Andrzeja Waligórskiego. Oprawę wizualną, w tym słynne logo, przygotował Eryk Lipiński.
Sercem „Dudka” był zespół aktorski — bez słabych ogniw, bez przypadkowych ról:
- Jan Kobuszewski — mistrz pantomimy i komizmu słownego, aktor o niepodrabialnej energii scenicznej.
- Wiesław Gołas — wykonawca legendarnej piosenki „W Polskę idziemy”, gorzkiej, a jednocześnie piekielnie zabawnej satyry na narodowe wady.
- Wiesław Michnikowski i Edward Dziewoński — duet oparty na perfekcyjnym timingu komediowym, w którym każde spojrzenie i każde zawahanie miało swoje znaczenie.
To właśnie w „Dudku” powstały utwory, które do dziś stanowią fundament polskiej kultury popularnej i kabaretowego kanonu. Skecz „Sęk”, napisany jeszcze przed wojną przez Konrada Toma, w interpretacji Michnikowskiego i Dziewońskiego stał się wręcz „skeczem wszech czasów”. Telefoniczna rozmowa dwóch przedsiębiorców, Kuby i Rappaporta, oparta na absurdalnej logice „interesu z sękiem”, była popisem klasycznego humoru szmoncesowego: inteligentnego, precyzyjnego i opartego na rytmie słowa.
Równie kultowy okazał się skecz „Ucz się Jasiu”, będący bezlitosną satyrą na niekompetencję i chamstwo rzemieślników oraz urzędników. Majster (Kobuszewski) instruuje ucznia (Gołas) w obecności klienta (Michnikowski), wygłaszając tyrady o „wężyku” i wyższości praktyki nad teorią. Publiczność śmiała się do łez, bo każdy widział w tym własne doświadczenia z życia w PRL.
Popularność Kabaretu „Dudek” nie była przypadkiem. Ten kabaret bezlitośnie obnażał bylejakość codzienności, ale robił to z klasą. Bez tanich chwytów, bez prymitywnej farsy. Śmiech widowni wynikał z rozpoznania prawdy — boleśnie znajomej, ale podanej w mistrzowskiej formie.
Kabaret Owca – absurd jako diagnoza systemu
Kabaret Owca powstał w 1966 roku w Warszawie z inicjatywy Jerzego Dobrowolskiego, artysty, który już wcześniej dał się poznać jako twórca bezkompromisowy. Po doświadczeniach z Kabaretem Koń było jasne, że „Owca” nie będzie ani grzeczna, ani bezpieczna. I rzeczywiście: była formacją znacznie bardziej drapieżną, skupioną na bezpośredniej krytyce mechanizmów władzy i społecznych złudzeń epoki.
Dobrowolski doskonale rozumiał, że w realiach PRL-u najskuteczniejszą bronią nie jest publicystyczny wykład, lecz absurd. To właśnie on stał się znakiem rozpoznawczym „Owcy”. Skecze nie tyle komentowały rzeczywistość, co ją rozbierały na części pierwsze, pokazując jej wewnętrzną nielogiczność, pustkę języka i groteskowość oficjalnych rytuałów.
Teksty pisali Jerzy Dobrowolski, Andrzej Bianusz i Stanisław Tym — trio autorów o wyjątkowym wyczuciu ironii i rytmu dialogu. Na scenie pojawiali się m.in. Wojciech Pokora, Józef Nowak czy Jerzy Turek, aktorzy potrafiący nadać absurdowi precyzyjną formę.
Skecze „Owcy” bezlitośnie punktowały: niekompetencję i chamstwo elit, nowomowę władzy (język pełen wielkich słów i zerowej treści), tandetę oficjalnej rozrywki, społeczny konformizm i zgodę na bylejakość. Nie było tu metaforycznych zasłon ani estetycznego kostiumu. Śmiech często grzązł w gardle, bo widzowie rozpoznawali w skeczach własną codzienność podaną co prawda w krzywym zwierciadle, ale boleśnie prawdziwą.
Jerzy Dobrowolski bardzo szybko znalazł się pod lupą organów kontroli państwowej. Kabaret Owca uderzał w fundamenty systemu socjalistycznego, ośmieszając jego paradoksy w sposób zbyt czytelny, by można było udawać, że „to tylko żarty”. Popularność była ogromna, widownia pękała w szwach, lecz właśnie to zwróciło uwagę cenzury. W 1969 roku władze PRL zakazały grania programu. Działalność kabaretu została definitywnie zakończona. „Owca” nie przetrwała długo ale zdążyła powiedzieć wszystko, co najważniejsze.
Kabaret „Pod Egidą” – warszawska trybuna inteligencji
Kiedy w 1967 roku Jan Pietrzak zakładał w Warszawie kabaret „Pod Egidą”, było jasne, że nie powstaje kolejna scena rozrywkowa. Ten kabaret od początku miał ambicje większe. Wyrastał z tradycji studenckich „Hybryd” i bardzo szybko stał się jedną z najważniejszych trybun satyrycznych PRL-u. Był miejscem, w którym inteligencja nie tylko się śmiała, ale też mówiła głośno to, co w innych przestrzeniach trzeba było przemilczeć.
Kabaret „Pod Egidą” nie uciekał w poezję ani w elegancki kostium. Jej znakiem rozpoznawczym była bezpośredniość często balansująca na granicy dopuszczalności. Skecze i piosenki otwarcie punktowały absurdy systemu komunistycznego, jego hipokryzję, język propagandy i oderwanie władzy od rzeczywistości.
Przez scenę kabaretu przewinęła się prawdziwa plejada nazwisk. W pierwszym składzie znaleźli się m.in. Jonasz Kofta, Barbara Krafftówna, Adam Kreczmar i Wojciech Siemion — artyści o ogromnym zapleczu literackim i aktorskim.
Z czasem kabaret stał się miejscem spotkania kolejnych pokoleń twórców. W latach 80. na scenie pojawili się m.in. Piotr Fronczewski i Wojciech Pszoniak, którzy stworzyli kultowy skecz „Awas”, będący popisem improwizacji, absurdu i aktorskiej precyzji. Obok nich występowali Janusz Gajos, Ewa Błaszczyk, Krystyna Janda czy Edyta Geppert, wnosząc do programu powagę i dramatyczny ciężar, rzadko spotykany w kabarecie. Szczególne miejsce zajmował także Jacek Kaczmarski, którego pieśni nadawały kabaretowi wyraźnie niepodległościowy ton.
Kabaret zasłynął przede wszystkim z piosenek, które bardzo szybko przestawały być numerami estradowymi, a zaczynały żyć własnym życiem. Utwory Jana Pietrzaka i jego współpracowników stawały się hymnami pokolenia:
- „Żeby Polska była Polską” — pieśń-symbol, szczególnie ważna w czasie karnawału Solidarności, śpiewana na salach, placach i w domach.
- „Czy te oczy mogą kłamać?” oraz „Gdzie ci mężczyźni?” — utwory obyczajowe, perfekcyjnie wykonane i niezwykle nośne.
- „Pamiętajcie o ogrodach” Jonasza Kofty — poetyckie przypomnienie o wartościach humanistycznych w świecie coraz bardziej zdominowanym przez brutalną politykę.
Popularność „Pod Egidą” brała się z odwagi. Kabaret mówił wprost to, co publiczność myślała, ale czego nie mogła powiedzieć. Każdy występ dawał widzom poczucie wspólnoty i siły, a śmiech stawał się formą oporu.
Kabaret Elita i wrocławskie „Studio 202”
Kabaret Elita powstał w 1968 roku na Politechnice Wrocławskiej, czyli w miejscu, które z kabaretem kojarzy się średnio. A jednak właśnie tam narodziła się jedna z najbardziej autentycznych formacji satyrycznych PRL-u. Elita od początku była „z boku”: poza Warszawą, poza Krakowem, bez wielkich salonów.
Trzon zespołu stanowili Tadeusz Drozda, Jan Kaczmarek i Jerzy Skoczylas, a z czasem dołączyli do nich Leszek Niedzielski i Stanisław Szelc. Była to grupa oparta na kolektywie — bez gwiazdorskich zapędów, za to z wyraźnym poczuciem wspólnego tonu i humoru. Ich dowcip był swojski, ale nigdy prymitywny, inteligentny, ale nie oderwany od codzienności.
Prawdziwym przełomem okazało się związanie „Elity” z radiowym „Studiem 202”, prowadzonym przez Andrzeja Waligórskiego. Radio dało kabaretowi coś bezcennego: regularny kontakt z masową publicznością. Skecze i piosenki zaczęły żyć własnym życiem, powtarzane, cytowane, zapamiętywane, nawet przez tych, którzy nigdy nie widzieli Elity na żywo.
Ogólnopolską rozpoznawalność przyniósł im występ na festiwalu w Opolu w 1971 roku. Piosenka „Kurna chata” w ironiczny, ale ciepły sposób komentowała zderzenie aspiracji z rzeczywistością polskiej wsi i małych miasteczek. To nie była złośliwa satyra, a raczej uważna obserwacja, w której każdy mógł odnaleźć coś znajomego. Popularnością cieszył się także utwór „Panicz i kwiaciareczka”, utrzymany w podobnym, lekko nostalgicznym tonie.
Styl Kabaretu Elita opierał się na błyskotliwym dowcipie i świetnie napisanej piosence. Teksty Jana Kaczmarka — pozornie lekkie — punktowały absurdy rzeczywistości. Elita nie była kabaretem frontalnego ataku. Raczej spokojnym, konsekwentnym komentarzem, który trafiał w punkt właśnie dlatego, że był naturalny i bliski codziennemu doświadczeniu widzów i słuchaczy.
Salon Niezależnych – kabaret kontestacji i buntu
Na przełomie lat 60. i 70. na studenckiej mapie Polski pojawił się Salon Niezależnych — formacja, która od początku nie udawała, że chodzi jej wyłącznie o żart. Tworzyli go Jacek Kleyff, Janusz Weiss i Roman Walisiak, a ich kabaret wyrastał z kontrkultury i sprzeciwu wobec rzeczywistości PRL-u.
Salon Niezależnych nie operował aluzją ani eleganckim kostiumem. Tu słowa były ostre, czytelne i wymierzone wprost w mechanizmy władzy. Piosenki i skecze uderzały w propagandę sukcesu, język manipulacji i medialną fikcję. Najlepszym przykładem był utwór „Telewizja” Jacka Kleyffa, będący bezlitosnym komentarzem do systemu dezinformacji, który w tamtych latach był jednym z filarów władzy.
Konsekwencje przyszły szybko. W latach 1975–1976 Kleyff podpisał List 59 (znany również jako Memoriał 59), który był protestem przeciwko planowanym zmianom w konstytucji. Dla władzy był to akt nie do wybaczenia. Artysta został objęty całkowitym zakazem występów i publikacji, co w praktyce oznaczało zawodowe wykluczenie. Salon Niezależnych zakończył działalność nie dlatego, że zabrakło pomysłów czy publiczności, lecz dlatego, że władza nie mogła dłużej tolerować tak bezpośredniego sprzeciwu.
Kabaret Tey – fabryka dowcipu i głos epoki „Solidarności”
Jeśli jakiś kabaret PRL-u zasłużył na miano masowego, to był nim bez wątpienia poznański Kabaret Tey. Założony przez Zenona Laskowika, Krzysztofa Jaślara i Aleksandra Gołębiowskiego, w latach 70. i 80. stał się absolutnym numerem jeden polskiej satyry. A gdy do zespołu dołączył Bohdan Smoleń, Tey osiągnął status zjawiska kulturowego.
To już nie był kabaret dla wtajemniczonych. To był kabaret dla wszystkich. Śmiech Tey’a był głośny, dosadny i powszechny — dokładnie taki, jakiego potrzebowało społeczeństwo zmęczone kryzysem i codziennym absurdem.
Momentem przełomowym był rok 1980 i występ na festiwalu w Opolu z programem „S tyłu sklepu”. Spektakl powstał w samym środku narastającego kryzysu gospodarczego oraz narodzin „Solidarności” i idealnie trafił w nastroje społeczne. Tey bezlitośnie obnażał realia gospodarki niedoboru, puste półki i propagandowe zaklęcia władzy.
Na scenie pojawiły się postacie, które przeszły do historii. Pani Pelagia, grana przez Bohdana Smolenia to zmęczona, pogodzona z losem pracownica handlu, która na pytania dziennikarza (Laskowik) odpowiadała z kamiennym spokojem. Każde zdanie Pelagii demaskowało fikcję socjalistycznego planowania lepiej niż niejeden artykuł publicystyczny.
Była też piosenka o szczawiu, która stała się legendą. Refren: „Nam polędwica oraz schab nie smakuje tak jak szczaw” został wykreślony przez cenzurę dosłownie dzień przed występem. Artyści wykonali go mimo zakazu. Publiczność wiedziała, że właśnie dzieje się coś ważnego. To był jawny gest sprzeciwu wobec kłamstw propagandy.
Pojawiła się również postać „tępego osiłka”, grana przez Rudiego Schubertha, śpiewającego o budowie szklarni — symbolu „badylarzy”, prywatnej inicjatywy i ekonomicznych paradoksów PRL-u. Prosty żart, a w tle celna diagnoza systemu, który jednych tłamsił, a innym pozwalał się dorobić półlegalnie.
W wybranych okresach na scenie Teya występował także Janusz Rewiński, dokładając do tej mieszanki swój charakterystyczny, ekspresyjny styl.
Siła Kabaretu Tey polegała na genialnym połączeniu humoru sytuacyjnego z trafną obserwacją społeczną. Nie było tu literackich gier ani metafor wymagających objaśnień. Wszystko było czytelne, ostre i natychmiast rozpoznawalne. Tey stał się zbiorowym „wentylem bezpieczeństwa” dla społeczeństwa żyjącego w permanentnym kryzysie.
Kabarety Olgi Lipińskiej – telewizyjna metafora rozpadu
Olga Lipińska, scenarzystka i reżyserka związana z TVP, stworzyła unikalną formę kabaretu autorskiego, który ewoluował pod różnymi szyldami: „Głupia sprawa”, „Gallux Show”, „Właśnie leci kabarecik”, „Kurtyna w górę”.
Programy Lipińskiej rozgrywały się zazwyczaj w scenerii podupadającego teatrzyku rewiowego, co było czytelną metaforą państwa PRL. Charakterystyczny był chaos, kłótnie aktorów, urywająca się kurtyna i program przygotowywany „na łapu-capu”.

Kabarety Olgi Lipińskiej – satyra w czasach cenzury
Kabarety Olgi Lipińskiej – od Gallux Show po Kurtynę w górę – były satyrycznym zwierciadłem PRL. Programy, które z humorem i finezją obnażały absurdy epoki.
Lipińska zgromadziła zespół wybitnych aktorów, którzy wcielali się w archetypowe role:
- Woźny Turecki (Janusz Gajos) – symbol cwaniactwa, niekompetencji i oporu wobec jakichkolwiek zmian.
- Dyrektor (Wojciech Pokora) – wiecznie spanikowany szef, próbujący zapanować nad niesubordynowanym zespołem.
- Prezes Misiek (Janusz Rewiński) – zamordysta i szef, który przejął władzę, wprowadzając rządy silnej ręki.
- Pan Janek (Jan Kobuszewski) – przewodniczący związków zawodowych, podsłuchujący pod drzwiami dyrektora.
- Siostry Sisters (Barbara Wrzesińska i Krystyna Sienkiewicz) – duet wiecznie narzekających artystek, żyjących w świecie złudzeń.
Kabarety Lipińskiej były ostre, drapieżne i krzykliwe, czerpiąc inspiracje z tekstów Gałczyńskiego oraz polskiej literatury klasycznej. Były wielokrotnie zdejmowane z anteny (np. w 1977 roku po żartach o Związku Radzieckim), co potwierdzało jego siłę oddziaływania politycznego.
Znaczenie kulturowe i społeczne kabaretów w PRL
Historia kabaretu w PRL to nie tylko rozrywka, lecz także opowieść o napięciach między władzą a społeczeństwem. W trudnych czasach PRL, charakteryzujących się szarzyzną, brakiem wolności i niedostatkami materialnymi, wspólny śmiech działał jak „pochłaniacz frustracji”. Kabaret budował poczucie wspólnoty, dając ludziom do zrozumienia, że nie są sami w swoim postrzeganiu absurdów systemu.
Występujący w kabaretach artyści stali się legendami, ponieważ potrafili sformułować to, co większość obywateli czuła, ale nie mogła tego publicznie wypowiedzieć. Kabarety uczyły krytycznego myślenia, demaskowały manipulacje władzy i przygotowywały grunt pod przemiany świadomościowe, które ostatecznie doprowadziły do transformacji ustrojowej w 1989 roku.
Kabarety w PRL nie obaliły systemu, ale odebrały mu powagę. A to bywa pierwszym krokiem do jego końca.




